Biblioteka


2. Z piątku na sobotę



 

Z piątku na sobotę

    1.  Gdy zatoczyli kamień grobowy, Józef podszedł do Łazarza:
 – Zapraszam was wszystkich do siebie.
 – My wracamy do Betanii – zdecydowała Maria Zebedeuszowa w imieniu kobiet.
 – Faktycznie, robi się późno, trzeba wracać do Betanii – odpowiedział Łazarz zmęczonym głosem.
 – Ale przecież nie pójdziecie z rękami we krwi. Przynajmniej musicie je umyć.
 – Dobrze. Masz rację – mówił Łazarz, wciąż na wpół obecny.
 Szli we czwórkę – Matka Jezusa, Magda, Łazarz, Nikodem wraz z Józefem – przez rozzieleniony park, prześlicznie zagospodarowany, cichy, pusty. Zdawało się, że końca nie będzie tym wspaniałym, rzadkim, egzotycznym drzewom, prześlicznym krzewom. Ale oni tych piękności nie dostrzegali. Szli bez słowa, przygnieceni ciężarem śmierci Jezusa. Aż wreszcie wśród drzew pojawiły się zabudowania. Nagle park się skończył i otworzył się widok na dom. Wyglądał niepozornie, a przecież był rozległy. Przed nim rozciągał się gazon, w środku którego szumiała fontanna.
 Łazarz podszedł do niej, podwinął wysoko rękawy i zaczął myć ręce poplamione krwią Jezusa. Zmywał przyschnięte skrzepy cierpliwie, nie spiesząc się, jakby z trudnością rozstawał się z nimi, jakby żałował, że tak się musi stać, jakby najchętniej nigdy już nie mył swoich rąk i ramion. Ale nie można chodzić po świecie z takimi rękami. Co by ludzie powiedzieli. A więc trzeba się umyć, zmienić suknię, również poplamioną krwią. Mył ręce i przepierał na swojej sukni krwawe ślady.
 Obok niego przystanęła Magdalena i zaczęła tak jak i on myć ręce. Spojrzał na nią. Nie pytał, ona też nic nie mówiła, ale wszystko wskazywało na to, że myśli to co on – świadczył o tym jej delikatny sposób mycia rąk, jej poważna, skupiona twarz, wreszcie oczy, oczy wpatrzone na wpół z przerażeniem, na wpół z nabożną adoracją w krew usuwaną z rąk.
 Po chwili przyszła Maryja, usiadła na kamiennym ocembrowaniu fontanny, zanurzyła dłonie w wodzie jak dziecko i przyglądała się, jak powoli schodzi z Jej rąk krew Syna.
 Łazarz obmył twarz. I tak ociekający wodą odszedł od fontanny. Jeszcze raz zapytał go Józef:
 – Nie zostaniecie u mnie na noc?
 – Nie, nie. Myślę, że Maryja najchętniej by wróciła do domu. Zresztą tam Marta czeka.
 – Odeślę was lektykami – zaproponował Józef.
 – Ja w żadnym wypadku. Idę pieszo. A jak Maryja, to nie wiem. Spytaj Jej.
 Ale Ona, do której doszła ta wymiana zdań, również zaprotestowała:
 – Ja wolę pieszo. Nie jestem przyzwyczajona. Całe życie chodzę na nogach. Jeszcze nie jestem taka stara – to ostatnie zdanie wypowiedziała z cieniem uśmiechu.
 Wobec tego pożegnali się z Józefem i Nikodemem, który zdecydował się skorzystać z zaproszenia. I ruszyli w drogę.

 2.  Ale przeliczyli się ze swoimi siłami. Gdy dobrnęli we trójkę do Betanii, byli prawdziwie zmęczeni. Również Magdalena, która zawsze twierdziła, że ma siły na wyrost. Niestety, najbardziej zmordowana była Maryja. Łazarz już pod koniec zwalniał kroku, robił przystanki pod byle pozorem i żałował, że nie zgodził się na propozycję Józefa, by skorzystać z lektyki.
 W drzwiach napotkał Martę, która niecierpliwie wyczekiwała ich powrotu.
 – Wiesz wszystko?
 – Tak. – Jakby dopiero teraz zobaczył jej zapłakane oczy i zdruzgotaną twarz. – Doniesiono mi, że umarł.
 – Ale jeszcze jest najnowsza wiadomość – Józef wymógł na Piłacie, że ten pozwolił pochować Jezusa w ogrodzie Józefa, w jego grobowcu.
 – Nie, to nie doszło do mnie. Dobrze, że tak się stało – Marta aż odetchnęła z ulgą. – Całe szczęście, że nie został wrzucony do wspólnego dołu dla złoczyńców. Ale przebieraj się, bo ludzie czekają – przynagliła Łazarza.
 – Na mnie? A czemu to? – zapytał zaniepokojony.
 – Czekamy na was z rozpoczęciem Paschy – odpowiedziała, dziwiąc się, że Łazarz zapomniał.
 – Paschy? Mój Boże! Paschy?
 Dopiero jakby teraz uświadomił sobie, że powinien spożyć z domownikami wieczerzę paschalną. Chociaż widział, idąc od grobu Jezusa, podwórka domostw, sady, pola, łąki pełne ludzi przygotowujących się do tego uroczystego posiłku. Widział – tak jak co roku – wszędzie dookoła ludzi w odświętnych szatach, rozpalone ogniska, baranki pieczone na rożnie, góry sałat, stosy ciastek, pękate dzbany z winem i z moszczem winnym. Ale to wszystko było jakby na zewnątrz niego, obce, obojętne, a nawet prawie nie rozumiał, że jeszcze ktoś może zajmować się takimi sprawami. Owszem, słyszał śpiewane psalmy, hymny, dochodził do niego zapach dymu, pieczonego mięsa, ciast. Ale reagował na to z obojętnością, a nawet z niechęcią. Uciekał do domu, aby się schronić przed tym obrazem płonących wzgórz, radosnych pieśni – bo jemu chciało się krzyczeć na znak protestu, krzyczeć, że teraz to wszystko jest świętokradztwem, nieprawdą. Ale nagle jakby zatrzymał się nad pytaniem, które się przed nim pojawiło: „Czymże jest Pascha? Dziękczynieniem za dary, którymi Bóg obdarzył naród wybrany. Czyż spośród wszystkich darów nie stał się Jezus największym? – Dar dla Żydów i dla całej ludzkości. Większy niż wyjście z Egiptu, niż przejście przez Morze Czerwone, niż manna, niż Synaj, niż Ziemia Obiecana”. To wszystko przeżył w tym mgnieniu oka, które trwało od pytania rzuconego przez Martę aż do jego odpowiedzi:
 – Tak, dobrze, zaczynamy, tylko umyję się i zmienię suknię. Proś do jadalni. A Ty chcesz wziąć udział w wieczerzy paschalnej? – spytał Maryję, która bez słowa przysłuchiwała się rozmowie.
 – Zrobię tak, jak mi polecisz – odpowiedziała.
 – To ja Cię serdecznie zapraszam do stołu.
 – Dobrze. Zaraz schodzę, tylko się przebiorę – przystała na propozycję.

 3.  Łazarz już wiedział, jak to będzie. Nie, na pewno nie potrafiłby dzisiaj poprowadzić Paschy zwyczajnej,  może nawet nie tylko dzisiaj – już nigdy więcej. Wkładał uroczystą szatę i myślał intensywnie, prawie jak w gorączce: „Przecież Jezus nakazał: »To czyńcie na moją pamiątkę«. Po co więc czekać. Niech to polecenie będzie już spełnione, należy powtórzyć wszystko tak, jak się działo w tamtej, ostatniej wieczerzy”.
 Wszedł do izby. Zlustrował ją jednym spojrzeniem. Wszystko było przygotowane do rozpoczęcia wieczerzy paschalnej. Jeszcze nikt nie ośmielił się zająć miejsca przy stole. Czekano na niego. A on, ku ich zaskoczeniu, wycofał się do kuchni, przewiązał się obszernym płótnem, które tam znalazł, wziął miednicę, ręcznik i dzban wody, wrócił do jadalni, zbliżył się do Maryi, która tak jak on dopiero co weszła do izby. Przyklęknął przed Nią i zaczął jak niewolnik wycierać Jej stopy mokrym ręcznikiem. Poczuł, że zamarła. A potem schyliła się ku niemu i z najczulszym słowem, na jakie Ją było stać, zapytała:
 – Syneczku najukochańszy, co ci się stało? Co ty robisz? Dlaczego tak? Trzeba teraz usiąść do stołu i zacząć spożywać Paschę.
 „Ona myśli, że ja zwariowałem” – nagle przyszło mu do głowy.
 – To On tak uczynił przed ostatnią wieczerzą – odpowiedział Jej półgłosem, ale wyraźnie. – Rozumiesz?
 Zrozumiała natychmiast. Przerażenie zamieniło się w zdumienie:
 – To On ci umył nogi?
 – Nie tylko mnie. Nam wszystkim – objaśnił Ją.
 – I Judaszowi? – zapytała nieoczekiwanie.
 – I Judaszowi. A na koniec powiedział: „To, co ja wam uczyniłem, i wy czyńcie sobie nawzajem”.
 – Chcesz nam wszystkim nogi umyć, tak? Jeżeli tak, to myj mi, syneczku, nogi, a potem ja tobie umyję.
 Tak też się stało. Wbrew protestom umył wszystkim nogi aż do ostatniego służącego, ale Jej nie pozwolił powtórzyć tego obrzędu.
 Dopiero wtedy zostawił dzban i miednicę w kuchni, ściągnął z siebie płótno, którym się przepasał, i powrócił do jadalni. Atmosfera nadzwyczajności trwała. Wszyscy zebrani już zdawali sobie z tego sprawę, że to nie będzie taka sama Pascha jak co roku. I chociaż odmówili wspólnie psalm na rozpoczęcie wieczerzy, to zaraz potem, gdy już siedzieli, z ust Marty padło pytanie, które paść musiało:
 – Jak to było przy waszej ostatniej wieczerzy? Opowiedz.
 Ona uznała to pytanie za normalne, a on przyjął je jak rytualne pytanie, które należało do obrządku wieczerzy paschalnej: pytanie o haggadę na temat tej nocy, kiedy naród izraelski wyszedł z Egiptu, prowadzony przez Mojżesza.
 Wobec tego opowiedział pokrótce to, co sam widział, słyszał albo przynajmniej był blisko tego, co się działo tej tragicznej nocy z czwartku na piątek. A oni słuchali, ale i pytali. Przecież Jezusa znali wszyscy – od Marty do najmłodszego kuchcika, do dziewcząt stajennych. Przecież On tu przychodził, siedział przy tym stole, jadł, rozmawiał, spacerował po ogrodzie, mieszkał jak domownik. Znali Go, szanowali i uwielbiali.
 Na koniec Łazarz przypomniał im, choć to było wczoraj, że każdy pobyt Jezusa u nich w domu był świętem, na które się czekało. Wtedy dom jakby stawał się inny, bo On przepromieniał go swoją osobą, swoim ciepłem, serdecznością. Z kolei oni pytali, dlaczego Bóg do tego dopuścił, że Jego Syn został pokonany. Nie tylko pokonany, ale tak nieludzko zhańbiony i ukarany najgorszą ze śmierci. A on odpowiadał tak, jak umiał. A oni dalej pytali o przebieg, o szczegóły, o ludzi, jak się sprawdzili: tak o apostołów – zwłaszcza o Piotra – jak dostojników – o Annasza i Kajfasza, o Piłata i Heroda. A on odpowiadał, opowiadał, na ile potrafił, dopóki Marta nie przywołała ich do porządku i wrócili do spożywania wieczerzy.
 Już się atmosfera rozładowała, wszystko zaczęło iść zwyczajnym torem, tak jak to było zawsze dotąd, aż doszło do ofiarowania chleba. Łazarz podniósł w górę chleb i zaczął odmawiać modlitwę:
 – Błogosławiony jesteś, Panie, Stwórco wszechświata, bo dzięki Twej hojności składamy Tobie chleb, owoc ziemi oraz pracy rąk ludzkich, aby stał się dla nas chlebem życia.
 Ale przerwał normalny tok liturgii paschalnej i przytłumionym głosem zaczął mówić:
 – Jezus, tej nocy, której był wydany, wziął chleb i dzięki Bogu składając, łamał i rozdawał nam, mówiąc: „To jest ciało moje, które za was będzie wydane”.
 Matka Jezusa zachowała się normalnie. Tylko z większą niż zazwyczaj miłością patrzyła na niego, wdzięczna, że słyszy to, w czym nie miała możliwości uczestniczyć, a co teraz było powtarzane przez Łazarza z całą dokładnością. Ale wszyscy inni zareagowali tak, jak przy myciu nóg – szokiem. Patrzyli, jak on po wypowiedzeniu tych słów Jezusa bierze Chleb i łamie go, rozdaje każdemu z siedzących. I po raz kolejny stali się świadomi tego, że to nie jest zwyczajna Pascha. Zrozumieli, że ta wieczerza, w której uczestniczą, jest tak nasycona Jezusem, że to już jest zupełnie coś innego.
 Później pascha-niepascha znowy wróciła do swojego tradycyjnego rytmu: do psalmów, spożywania gorzkich ziół, baranka, słodkich ciast, do kolejnych kielichów wina. I gdy już zbliżała się ku końcowi, gdy pozostał ostatni kielich – ten mesjański, Łazarz czuł, że musi powiedzieć drugą część tego, co sprzęgało tamtą wieczerzę jakby klamrą. Ale jakoś bał się tej chwili. Bał się, że to będzie stanowiło zgrzyt w tej swobodnej atmosferze, która zdążyła już zapanować przy stole. Nie było jednak wyjścia. Gdy nadszedł czas, wziął mesjański kielich, wzniósł go w górę i podobnie jak w wypadku chleba, zaczął powoli i wyraźnie odmawiać słowa błogosławieństwa:
 – Błogosławiony jesteś, Panie, Stwórco wszechświata, bo dzięki Twej hojności otrzymaliśmy wino, owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich, który Tobie ofiarujemy, aby stał się dla nas napojem duchowym.
 Przerwał. Zgromadzeni czekali teraz, że przyłoży kielich do ust, a oni podobnie uczynią. Niektórzy, spodziewając się tego, już go wyprzedzili. Ale spostrzegłszy, że on stoi nieporuszony, z kielichem podniesionym, zatrzymali się skonsternowani. Choć to już nie był ten szok jak za pierwszym razem. Już przygotowani, czekali na kolejną niespodziankę. A Łazarz ciągnął opowiadanie, które przeradzało się w nową rzeczywistość:
 Podobnie po wieczerzy, wziął kielich i dzięki czyniąc, podał go uczniom, mówiąc: „To jest kielich krwi mojej Nowego Testamentu, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę”.
 I znowu powrócił tamten wstrząs, jak przy chlebie. Znowu im wszystkim dzięki tym słowom stanął przed oczami Jezus, świadomy tego, ile zapłaci za prawdę. I podejmujący się tej ceny śmierci krzyżowej, decydujący się na nią.
 Teraz, gdy Łazarz podniósł kielich do ust, pili oni także – już nie zwyczajne wino, ale Jego Wino, przez które łączą się i z Jego męką, i śmiercią, którą poniósł. I pili z kielicha mesjańskiego. Pili Jego mękę i śmierć, którą poniósł za prawdę o Bogu-Miłości.

 4.  Piłat zerwał się z posłania. Obudził go jakiś zły sen. Śniło mu się, że słyszy Żydów podkradających się pod mury Antonii. Widzi ich, jak przystawiają drabiny do ścian, jak się pną w górę, wchodzą na blanki, a on się ruszyć nie może, patrzy na to wszystko sparaliżowany, bezradny i znikąd nie ma pomocy. Żadnego żołnierza. Biegnie po krużgankach, woła : „Do broni!” – nikt nie odpowiada, nikt nie spieszy na ratunek.
 Obudził się, zerwał. Jeszcze w uszach brzmiał mu własny krzyk. Rozglądnął się w ciemności. Nie mógł się połapać, gdzie jest, gdzie się znajduje. W świetle nikłego kaganka dopiero po chwili rozpoznał ściany swojej izby w Antonii. Uspokajał się powoli. Mokry od potu. „Musiało mnie coś uwierać. Może jakiś rzemień. Tak to jest spać w ubraniu”.
 Wiedział, że nie zaśnie. Szkoda się dalej męczyć. Lepiej coś zrobić. Wstał, zdjął z haka pancerz, narzucił na siebie, przypiął go rzemieniami. Wsadził na głowę hełm. Wyszedł na korytarz.
 – Chodź ze mną – Piłat powiedział, przechodząc, do żołnierza, który pełnił przy nim służbę. – Zrobimy przegląd twierdzy. Zobaczymy, czy nasi chłopcy czuwają.
 Szli wąskimi korytarzami, coraz natykając się na żołnierzy tkwiących przy otworach strzelniczych. Żadnego nie pominął. Przy każdym przystanął i przynajmniej rękę położył mu na ramieniu albo klepnął po plecach, nawet udając, że nie dostrzega, gdy któryś z nich drzemał, oparty o parapet. Jednego tylko skarcił, przykucniętego na kamiennej podłodze i śpiącego w najlepsze:
 – Nie śpij, bo się możesz obudzić z głową pod pachą. I my ci tego nie darujemy.
 Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że wyznaczony mu asystent to adiutant setnika.
 – A, to ty. Nie poznałem cię w pierwszej chwili. Czemu nie jesteś przy setniku?
 – Wyznaczył mnie do ciebie, panie, na dzisiejszą noc.
 – A cóż to za powód?
 – Powiedział, że może być gorąco tej nocy. A przynajmniej że ty się tego, panie, spodziewasz.
 – No, bo i tak jest. Nigdy nie wiadomo, co Żydzi wymyślą. Dlatego też trzeba być przygotowanym na wszystko – powiedział wymijająco.
 Po przebyciu kolejnych schodów wyszli na najwyższą platformę. Na czterech jej rogach stali wartownicy. Widok z tego punktu twierdzy był imponujący. Nad ich głowami rozciągała się czarna czasza nieba, wybita wyraźnie świecącymi gwiazdami. Pod ich nogami bielał potężny masyw świątyni. Dookoła rozciągały się, jak świetlisty dywan, dziesiątki tysięcy ognisk, łączących się niejako z gwiazdami. Ognisk płonących na terenie samego miasta, ale również rozrzuconych na okolicznych wzgórzach. Zwłaszcza wspaniale prezentowała się po lewej stronie Góra Oliwna. Byli zauroczeni tym niecodziennym widokiem. Nawet Piłat, mający niechętny a nawet pogardliwy stosunek do Izraelitów, był poruszony. Nie chodziło tylko o wrażenia wzrokowe. Miasto śpiewało. Poszczególne wątki melodii, teksty, dziesiątki, setki, tysiące zlewały się w jedną gigantyczną symfonię śpiewaną i graną na chwałę Boga Jedynego. Stali tak bez słowa i chłonęli to dziwowisko, jakie działo się przed ich oczami. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się Piłat:
 – Innymi laty o tej godzinie było już ciemno.
 – W tym roku mieli dłuższy dzień.
 – To prawda, że Jezus ciebie uzdrowił? – spytał niespodziewanie Piłat.
 – Prawda.
 – Jak do tego doszło?
 – Setnik poszedł do Niego prosić.
 – Do Żyda? – zdziwił się.
 – To nie był zwyczajny Żyd – asystent uciął.
 Ale Piłat nie chciał kończyć tej rozmowy.
 – Tyś był na Golgocie?
 – Byłem. – Przerwał, dopiero po dłuższej chwili dodał: – Przybijałem Go do krzyża.
 – Ty?! – wykrzyknął Piłat zaskoczony.
 – Polecił mi setnik.
 – Setnik? – zdziwienie rosło. – Po co?
 – Żebym to tak uczynił, aby Go najmniej bolało.
 – Jest to w ogóle możliwe? Nigdy mi coś takiego nie przyszło do głowy.
 – Zresztą to mi kiedyś przepowiedział jeden mój kolega – dodał adiutant niespodziewanie.
 – Co ci przepowiedział?
 – Że Go przybiję do krzyża za to, że mnie uratował od śmierci.
 – A gdzież to miało miejsce?
 – W koszarach w Kafarnaum, dokąd Jezus przyszedł z paroma uczniami.
 – A skąd się On wziął w koszarach?
 – Został zaproszony przez setnika.
 – Że ja się o takich rewelacjach dopiero teraz dowiaduję. Żyd w koszarach rzymskich. No, tegośmy jeszcze nie mieli.
 – Mówiłem ci, panie, że to nie był zwykły Żyd. Setnik, gdy On skonał, powiedział: „Zaprawdę, On był Synem Bożym”.
 – Nie mylisz się? Setnik to powiedział? – Piłat prawie nie chciał wierzyć swoim uszom.
 – Słyszałem, byłem przy nim, on to do mnie mówił.
 – Ale skąd takie stwierdzenie? Na jakiej podstawie? Co to znaczy Syn Boży? Syn Jowisza?
 – Nie wiem, panie, ale ja myślę, że to należy rozumieć w kategoriach żydowskich. A więc jako coś takiego jak prorok, jak mesjasz, tylko jeszcze więcej.
 – Czyżby setnik przystał do Żydów?
 – Chyba nie przystał do Żydów, ale myślę, że jemu bliska jest nauka Jezusa.
 – To uważasz,, że źle się stało, żeśmy skazali Jezusa na śmierć? – Piłat już otrząsnął się ze swoich zdziwień i zapytał podchwytliwie.
 – Ja jestem zwykłym żołnierzem – asystent, zaskoczony tym pytaniem, zaczął mówić ociągając się, ze zrozumiałych względów. – Nie do mnie należy ocenianie postępowania moich przełożonych. A już na pewno nie ciebie, panie, który jesteś namiestnikiem cesarza. Ale jeżeli mnie pytasz, to moim obowiązkiem jest dać ci odpowiedź. A więc uważam, że źle się stało.
 W miarę jak zagłębiali się w rozmowę, choć patrzyli na wspaniały widok, jaki się rozciągał przed nimi, coraz bardziej ginął on sprzed ich oczu. Chociaż mieli uszy otwarte, to już nie słyszeli śpiewów. Przed ich oczy powrócił Jezus – tak jakby Go widzieli, tak jakby Go słyszeli.
 – A jeżeli ci powiem – Piłat podjął się tłumaczenia swoich racji – że On był groźniejszy od najgorszego zeloty, od najniebezpieczniejszego partyzanta? Przecież to był anarchista, który chciał przewrócić cały porządek, na którym jest zbudowane każde państwo, również i państwo rzymskie – powtarzał to, co już w podobnych wersjach mówił dziesiątki razy i poczuł, jakby miał w ustach suchość, jakby słowa lepiły mu się do podniebienia, a właściwie nawet nie o to chodziło: może jakby to nie on mówił, może jakby to były czyjeś obce słowa, w które on nie wierzy. Ale brnął dalej, byle skończyć: – Że nieważna była dla Niego żadna władza, że nie chodziło Mu o dobro i potęgę państwa, a ważne było, a chodziło Mu o samowolę poszczególnego człowieka.
 – Słyszałem to od moich kolegów, z którymi rozmawiałeś, panie, w piątek w Antonii. Na to wszystko mam jedną odpowiedź: Nie wolno zabijać człowieka świętego. Niezależnie od tego, czego by nauczał.
 – Gdybym był na twoim miejscu – Piłat odpowiedział już innym tonem, jakby wracając do pozycji prokuratora – to mógłbym tak rozumować i tak decydować. Ale po to jestem na tym stanowisku, na którym jestem, aby pilnować dobra Imperium Romanum i zniszczyć każdego, kto temu państwu zagraża.
 Tu przerwał, jakby czekając na wypowiedź swojego asystenta, ale ponieważ ten milczał, mówił dalej:
 – Że się nie myliłem, świadczyło o tym stanowisko przełożonych żydowskich, Sanhedrynu, który domagał się Jego śmierci. Przecież im nie chodziło o to, że Jezus tam kogoś uzdrowił w szabat albo że jadał z grzesznikami. Nie o to, że nauczał, iż poganie będą zbawieni tak jak i Żydzi. Nie o to, że inaczej wyobrażał sobie funkcję świątyni, że ma być miejscem modlitwy, a nie zabijania zwierząt Bogu na chwałę, bo On ofiar nie potrzebuje… – tu przerwał tę wyliczankę nagle, bo spostrzegł, że się pogubił. Po chwili z namysłem dodał, jakby z głębokim przekonaniem: – A właściwie On za to wszystko zginął. Bo to wszystko składa się na obraz innego człowieka, który jest nie do przyjęcia, tak dla nas Rzymian, jak i dla Sanhedrynu.
 Asystent słuchał tego wywodu w milczeniu. Gdy namiestnik skończył, już nie odezwał się ani słowem. Uznał, że Piłat sam sobie odpowiedział na postawione pytanie.

 5.  Łazarz poszedł spać późno, nieprzytomny ze zmęczenia. Zbudziła go Marta. Nie wiedział czy to w głębi nocy, nad ranem, czy też tuż zaraz po zaśnięciu:
 – Piotr przyszedł.
 – Jaki Piotr? – nie wiedział, o kim ona mówi.
 – Piotr, apostoł Jezusa – tłumaczyła zaskoczona jego pytaniem.
 Powoli powracał do przytomności:
 – Czego chce ode mnie?
 – Nie wiem, chce z tobą rozmawiać.
 – Przyprowadź go – zgodził się niechętnie.
 Po chwili był Piotr. W blasku księżyca zobaczył jego twarz bladą ze zmęczenia i chyba ze strachu. Świadczyły o tym jego oczy, wyschłe wargi.
 – Co z Jezusem? – zapytał nieśmiało.
 – Jak to „co z Jezusem”? – Łazarz nie rozumiał pytania Piotra.
 – No, gdzie On jest teraz – Piotr tłumaczył niepewnie.
 – Dlaczego pytasz? Przecież wiesz, umarł na krzyżu – Łazarz w dalszym ciągu nie wiedział, o co mu chodzi.
 – Jak? – Piotr wykrztusił zdławionym głosem.
 – To ty o tym nie wiesz? A gdzieś ty był? – prawie wykrzyknął z wyrzutem.
 Piotr odpowiedział pytaniem:
 – Gdzie leży Jego ciało? – w głosie można było wyczuć rozpacz.
 – Pochowaliśmy je w grobie Józefa z Arymatei, tuż obok Golgoty.
 Zrobiło mu się żal Piotra. Dodał więc łagodnie:
 – Idź spać. Znasz dom. Rano porozmawiamy.

 6.  Wstał wcześnie rano. Magdaleny już nie było. Poszła do grobu Jezusa. Marta też obiecywała, że tam pójdzie, jak się odrobi, choć nie widziała końca roboty. Tym bardziej, że się wciąż coś działo.
 – Jeszcze w nocy przyszło paru apostołów i uczniów – powiedziała jakby nigdy nic.
 – Paru apostołów i uczniów? – zdziwił się. – Gdzie są?
 – Śpią tam, gdzie zawsze.
 Nie miał zamiaru ich budzić. Niech się wyśpią, to będzie czas na wszystko.
 Ale już podczas śniadania pojawił się markotny – choć jak zwykle pewny siebie – Szymek. Zasiadł do stołu obok Łazarza. Wziął placek chleba i zaczął go łamać. Niepytany przystąpił do opowiadania:
 – Szczęście od Boga, że nikt z naszych nie zginął przy Ogrodzie Oliwnym.
 – A co, doszło do jakiejś bijatyki?
 – Nie było żadnej. Zobaczyłem, co jest i dałem rozkaz: Uciekamy. I uciekliśmy bez strat.
 Łazarz milczał. Szymek, nie słysząc jego aprobaty, podjął się dalszego wyjaśniania:
 – Rozumiesz? Nie było szans. Ich przyszło, na mój gust, paręset ludzi, a przynajmniej setka – sprostował po chwili zastanowienia. – Zatłukliby nas, roznieśliby na mieczach, bo byli na wszystko przygotowani. A niektórzy mi mówią, czemuśmy Jezusa nie bronili. Czemuśmy nie zablokowali wejściowej bramy. Nie było szans! Mówię ci to, bo się na tym znam – niespodziewanie rozgadał się. – I tylko nas to uratowało, że oni zaczęli zapalać pochodnie. Myśleli, że my wszyscy jesteśmy wewnątrz ogrodu. A to mi pozwoliło zorientować się, jaka ich jest masa. Jeszcze wydałem rozkaz: „Uciekać nie razem, ale każdy w swoją stronę”.
 – A Piotr?
 – Jak zwykle wariat. Opowiadał mi. To, że go nie rozsiekali, zawdzięcza tylko Jezusowi. Gdyby Jezus Malchusa nie uzdrowił, Piotr by zginął. A tak, nie ma sprawy: ucho miał, ucho dostał, nikt nic nie wie, śladu nie ma.
 – Ale potem już was nigdzie nie było – Łazarz stwierdził. – U Piłata was nie było.
 Szymek, dotąd rozpędzony, pewny siebie, nagle oklapł. Oparł się ciężko obiema rękami o stół i powtórzył za Łazarzem:
 – Ale u Piłata nas nie było.
 – Pod krzyżem też nikogo z was nie było.
 Szymek powoli zwiesił głowę, wtulił jakby między swoje potężne ramiona i nie patrząc Łazarzowi w oczy, potwierdził jego słowa:
 – A pod krzyżem nikogo z nas nie było.
 – A wiesz, co ci powiem… – Łazarz urwał i zaczął się tłumaczyć: – Ja nie chcę ani tobie, ani wam nic wyrzucać, ale w nocy z czwartku na piątek znalazłem Go w piwnicy, po przesłuchaniu u Annasza i Kajfasza. Był tak zmasakrowany, że Go nie poznałem. Miał twarz jak bania. Zresztą tak Go zbili specjalnie, żeby ludzie Go nie poznawali. I wiesz, o co mnie spytał? – Łazarz przerwał i popatrzył z wyczekiwaniem na Szymka.
 Ten nawet nie drgnął, tylko jakby jeszcze głębiej zapadła mu się głowa, tylko jakby jeszcze bardziej wpatrywał się w stół.
 Łazarz, gdy się nie doczekał odpowiedzi, dodał cicho:
 – Pytał o was i to parokrotnie. Czy was nie poturbowali, czy nikt nie zginął, czy was nie uwięzili.
 Szymek nic nie odpowiedział, ale nagle wstrząsnął nim szloch.
 Potem przyszedł Piotr do stołu – cichy, zgaszony. I po chwili milczenia powiedział:
 – On na mnie spojrzał.
 – Kto On? – Szymek go zaatakował.
 – Jezus – odpowiedział Piotr, nie podnosząc oczu.
 – Kiedy?
 – Gdy się Go zaparłem. Gdy oświadczyłem: Nie znam tego człowieka.
 – Jak spojrzał? Przecież Go przy tobie nie było.
 – Szedł po schodach na przesłuchanie do Annasza. I przed wejściem do drzwi odwrócił się w moją stronę. On wiedział, że się Go zaparłem. Spojrzał na mnie.
 Już po śniadaniu wpadł Janek, spuchnięty od płaczu, ze wściekłym Jakubem. Kłócili się bez przerwy. Jakby nie zauważyli, że weszli do czyjegoś domu.
 – Nieprawda, nieprawda – Janek, łkając, zaprzeczał. – Ja nie chciałem uciekać, nie chciałem. To tyś mnie wyciągnął z ogrodu.
 – Tak, „nie chciałem uciekać”, jak śmiesz mówić takie rzeczy, to ty do mnie wołałeś: chodźmy stąd, bo nas zamordują, Jezusowi i tak nic a nic nie pomożemy.
 – To nieprawda. Nie słuchaj go – Janek rzucił się w stronę Łazarza. – Było tak, jak ja mówię.
 – Zostawcie te wasze kłótnie – Łazarz usiłował ich uspokoić. – Co się stało, to już się nie odstanie.
 – Nie, nie mów tak, proszę. Chcę, żebyś uwierzył w to, co ja mówię, a nie Jakub. Czy wierzysz? No powiedz.
 Tadek wszedł zmarnowany i smutny, nieszczęśliwy jak zbity pies. Nie odezwał się ani słowem.
 Andrzej wypytywał z troską:
 – Jak daliście sobie radę z pogrzebem? Kto wam pomagał? – dowiadywał się szczegółowo o przebieg wydarzeń.
 Tomasz pojawił się pod sam wieczór. Już myśleli, że coś mu się złego stało. I faktycznie, on chętnie podjął ten wątek, że po rozstaniu się – tak się wyrażał dokładnie: rozpierzchnięcie się nazywał rozstaniem – wpadł w jakąś dziurę po ciemku. Zwichnął sobie nogę. I nie mógł chodzić. A tak bardzo chciał być na procesie u Piłata, a potem już na Golgocie. Ale nie był w stanie. Ledwie tutaj się dowlókł.
 Jeszcze wcześniej przyszedł zawstydzony Filip z pokornym Mateuszem. Filip przyznał się:
 – Tak się przestraszyłem. Jeszczem nigdy tylu żołnierzy nie widział, i to tak uzbrojonych, i takich wściekłych. Myślałem, że zaraz nas wszystkich wymordują.
 Mateusz nie mógł sobie darować swojego tchórzostwa:
 – A On tak nam zaufał. Traktował nas jak braci. A myśmy nawet pod krzyż nie przyszli.
 Kuba tłumaczył się, że szukał kolegów, zwłaszcza Piotra, po rozmaitych znajomych miejscach, aż nareszcie tutaj przyszedł.
Do wieczora nikogo nie brakowało. Wszyscy się zeszli.

 7.  Kajfasz zobaczył Szymona Trędowatego, którego fizycznie nie znosił, wcześniej niżby przypuszczał, bo w sam szabat, i to przed południem. Przyszedł wraz z paroma wysoko postawionymi faryzeuszami i doktorami w Piśmie. Poprosili o rozmowę w najwęższym gronie. Przyjął ich wściekły jak chrzan.
 – Widzę, że przestajecie powoli szanować świątynię i ofiary, które Bogu składamy w dzień święty. Źle mówię?! – już wrzeszczał na cały głos, rozwścieczony tym więcej, że Szymon nic sobie nie robił z jego krzyku. – I ośmielacie się przychodzić z jakimiś waszymi sprawami.
 Ale Szymon nie zwrócił uwagi na jego prowokację:
 – Jezus zapowiedział, że na trzeci dzień zmartwychwstanie. Trzeci dzień jest jutro.
 – Jeżeli ty się przejmujesz głupstwami, które Jezus powiedział, to nie mam z tobą nic do gadania – Kajfasz już szalał.
 Ale Szymon i to przełknął bez mrugnięcia okiem.
 – A jeżeli Jego apostołowie wyniosą Go i powiedzą, że On sam wyszedł z grobu?
 Kajfasz zatrzymał się w drodze do drzwi, w których chciał zniknąć Szymonowi i jego kompanom i rzucił w ich stronę z pogardą:
 – Tylko musisz ich najpierw poszukać.
 – Są tacy, którzy ich znaleźli – odparł zimno Szymon.
 – A któż to taki i gdzie? – zapiszczał Kajfasz.
 – Ja osobiście. Nawet nie musiałem ich szukać. Wystarczyło wyjść z domu i popatrzeć, co się dzieje u sąsiada. Tak się składa, że moja skromna posiadłość sąsiaduje, jak wiesz, z majątkiem Łazarza.
 – Ale przecież Jego uczniowie rozbiegli się na cztery wiatry – Kajfasz usiłował się jeszcze bronić.
 – Nie, są wszyscy co do jednego. Widziałem na własne oczy. Może oprócz Tomasza. Wszyscy są w Betanii u Łazarza.
 – I ty mi to dopiero teraz mówisz?! – Kajfasz wrzasnął wpatrzony w Szymona jak kogut w koguta.
 Ale Szymon już był w siodle i pokazał zęby:
 – Nie miałem i nie mam obowiązku czegokolwiek ci mówić. A jeżeli ci teraz to donoszę, toś powinien mi za to być wdzięczny.
 – A mówiłem, że trzeba Łazarza jeszcze raz zabić – Kajfasz mruknął do siebie. – Wcześniej czy później to go nie minie. Co robimy? – zapytał pełnym głosem.
 – Przyszliśmy, aby się z tobą naradzić.
 – Jeżeli… To chodźmy do Annasza.
 Gdy weszli do pomieszczeń zajmowanych przez Annasza, zastali go tak, jakby na nich czekał.
 – Jest gorzej niż źle – Kajfasz przedstawiał swoim trzeszczącym głosem sprawę z marszu, bez żadnego wprowadzenia. – Gdyby to był wspólny grób, moglibyśmy go obstawić swoimi ludźmi. Dobrze mówię? – rozglądnął się po słuchających go, ale ponieważ nikt nie oponował, ciągnął dalej: – Ale to jest prywatny grób Józefa, w jego prywatnym ogrodzie. A jak go znam, po tym wszystkim, co zaszło w Sanhedrynie, on nas po prostu wyrzuci. – Tu już nie wytrzymał z niecierpliwości i zaczął prawie podskakiwać w miejscu. – On nas po prostu każe wyrzucić.
 – Tym bardziej, że ma za sobą zgodę Piłata – dodał Szymon.
 – Trzeba wobec tego iść do Piłata. Niech on rozciągnie opiekę nad ciałem złoczyńcy skazanego przez siebie na śmierć – Annasz zamknął sprawę.
 – W samo święto Paschy do domu poganina? – Szymon zaprotestował.
 – Jak nie chcesz, nie musisz iść – Annasz zamknął sprawę.

 8.  Piłat nie opuszczał twierdzy Antonia do piątku wieczora. Czekał z chwili na chwilę na wybuch rozruchów. Jeszcze w południe wysłał żołnierza z listem do swojej żony, aby na noc przeniosła się do twierdzy. Ale ten wrócił z niczym. Claudia odmówiła.
 Cała załoga, zgodnie z rozkazem, od piątku rano była postawiona w stan gotowości bojowej. Zaopatrzenie twierdzy gwarantowało przetrwanie nawet przez kilka miesięcy oblężenia. Chociaż Sanhedryn zrobił wszystko, aby sprawę wyciszyć, nikt nie miał wątpliwości, że ta wiadomość wcześniej czy później dotrze do szerokich mas zwolenników Jezusa. A wtedy się zacznie: dojdzie do rozruchów antyrzymskich z powodu Jego ukrzyżowania.
 Tymczasem, ku zaskoczeniu wszystkich – zwłaszcza Piłata – w mieście panował spokój. Wiadomości, które napływały od donosicieli, potwierdzały jednozgodnie, że nic się nie dzieje i że nie wygląda na to, by dziać się miało. Do tego stopnia, że Piłat w sobotę zdecydował się spędzić popołudnie w domu. „W końcu pałac Heroda Wielkiego jest niewiele gorszą twierdzą niż Antonia, a na pewno stokroć przyjemniejszą” – stwierdził po raz któryś.
 I nie pożałował tego, że wrócił. Spokój, wielkie pomieszczenia, ogród – to było to, za czym zawsze tęsknił, po nawet krótkim pobycie w Antonii, w końcu ciasnej a hałaśliwej, bo przecież naładowanej żołnierzami i wszelakim sprzętem wojskowym po sam sufit. A co najważniejsze, tu w pałacu miał obsadę żołnierzy, którą sobie umiejętnie dobrał: najlepsi z najlepszych, najwierniejsi z najwierniejszych, z setnikiem na czele, oddanym mu na śmierć i życie. Tu wreszcie była Claudia, o której cokolwiek by nie powiedział, to na końcu zawsze musiał dojść do tego, że kocha go jak nikt na świecie.
 Znalazł ją w ogrodzie, na samotnym spacerze, co nie było w jej stylu i zwyczajach, zwłaszcza o tej porze. Zaskoczony, spytał ją o to. Przygarnęła się do niego i cicho powiedziała:
 – On tu tymi ścieżkami chodził jeszcze tak niedawno.
 Nie przerywał, podziwiając jak zawsze jej prawdomówność. Szedł więc z nią ścieżkami, którymi go prowadziła. Trwali najpierw w milczeniu, ale potem jakby zwolniły się w nim hamulce, jakby otworzyły się śluzy i zaczął jej opowiadać o swoich rozterkach:
 – Stało się coś zagadkowego dla mnie. Spodziewałem się, że wybuchną rozruchy w związku z ukrzyżowaniem Jezusa. Najpierw tłumaczyłem sobie, że wiadomość o tym nie dotarła do Jego zwolenników. To było dobre tłumaczenie do wczoraj po południu. Ale już wczoraj wieczorem powinna Jerozolima zapłonąć pożarami domów należących do naszych zwolenników i atakiem na Antonię. Nic z tego, jak wiesz dobrze, nie było. Czekaliśmy, że wobec tego rano wybuchnie powstanie. Też się nie sprawdziło. Że w południe, gdy ludzie będą wracać ze świątyni po ofiarach. I nic. Nie rozumiem tego spokoju. Już myślałem, że Jego popularność była mocno przesadzona. Tylko, jak mi donoszą, masy ludzi ciągną od rana do Jego grobu. Ogród Józefa z Arymatei jest oblężony. Ale to wszystko się dzieje w powadze, bez awantur i ekscesów.
 – Mam ci odpowiedzieć?
 – Właśnie po to ci opowiadam.
 – Wiesz, jaka jest Jego podstawowa prawda, którą głosił?
 – Podobno opieka i pomoc biednym i chorym.
 – Miłość Boga do wszystkich ludzi. Bogatych i biednych, zdrowych i chorych, Żydów i nie-Żydów, świętych i grzeszników – poprawiła go. – To teraz już wiesz, dlaczego zwolennicy Jezusa nie rozpoczęli powstania przeciw Rzymianom? Chociaż ty na to czekałeś z utęsknieniem, żeby doszło do powstania Izraelitów, żeby twoi żołnierze pohulali w grabieżach, mordach – dodała z goryczą.
 Zamierzał coś powiedzieć, ale ona nie dopuściła do tego:
 – Nie, nie usiłuj mi wmówić, że było inaczej. Przecież Żydzi chcieli ukryć Jego śmierć. Stąd to ich ranne przyjście z Jezusem do ciebie. Chcieli Go ukrzyżować jak najprędzej, już rano. A ty robiłeś wszystko, żeby informacja o schwytaniu Jezusa, sądzeniu przedostała się jak najszybciej do wiadomości publicznej. Temu również miało służyć odsyłanie Go do Heroda Antypasa. Nie chciałeś się zgodzić na zdjęcie Jego ciała z krzyża również z tego powodu, chociaż Annasz i Kajfasz tego się domagali od ciebie. Gdyby nie zmusił cię do tego Józef z Arymatei, Jego ciało nadal wołałoby Galilejczyków do buntu.
 – Skąd to wiesz? – zareagował nerwowo.
 – Czekałam na niego w sali obok. Rozmawialiście dostatecznie głośno, żeby wszystko usłyszeć bez trudu. Ale to już jest nieważne. Opowiadam to, aby ci uświadomić, że byłeś na fałszywej drodze. Ty dążyłeś do powstania, przynajmniej do rozruchów, czekałeś na nie pewien, że do nich dojść musi. A słuchacze Jezusa, nauczeni przez Niego, nie dążą do zemsty na tobie ani na Rzymianach. Szkoda, że Go nie poznałeś osobiście. Nie chciałeś Go poznać, wyjechałeś, gdy On do nas przyszedł, a tak marzyłam o tym, że się spotkacie, że pomożecie sobie nawzajem. I że świat stanie się inny, nowy, że spełni się to, o czym On marzył i o czym w końcu ty też marzysz: żeby ludzie żyli w pokoju, w przyjaźni. Tylko On poszedł o krok dalej, mówił o traktowaniu każdego człowieka jak brata, niezależnie od tego czy kto Żyd, Samarytanin, czy poganin, kto uczciwy czy nieuczciwy, bogaty czy biedny, chory czy zdrowy, sprawiedliwy czy grzesznik. Bo, jak On zwykł powtarzać, Bóg sprawia, że słońce świeci dla sprawiedliwych i niesprawiedliwych, że deszcz pada na pobożnych i niepobożnych.
 Pojawił się odźwierny:
 – Przyszli najwyżsi kapłani Annasz i Kajfasz, paru doktorów w Piśmie i paru faryzeuszów.
 Słuchał tej zapowiedzi zupełnie zaskoczony. W święto Paschy? Faryzeusze i arcykapłani do domu poganina, i to Rzymianina? Gdyby nie zaufanie, jakie miał do mówiącego, najchętniej by powiedział: „bredzisz”. Ale ucieszył się, że ta wizyta przerwała przykrą dla niego rozmowę.
 – Zaraz u nich będę.

 9.  Piłat wszedł do sali przyjęć, gdzie czekała na niego grupa dostojników, starających się tak zachowywać, jakby byli w dobrym nastroju. Nie omieszkał wyrazić swojego zdziwienia:
– Co was sprowadza do mnie? Jaka ważna sprawa, w tym dla was tak świętym dniu?
 Wyskoczył Kajfasz, czego można się było spodziewać. Wymachując jak zwykle rękami, zacinając się lekko, zaczął wyjaśniać swoim skrzekliwym głosem:
 – To nie żadna ważna sprawa, ale to może być ważna sprawa, jeżeli tego nie dopilnujemy.
 – Mów jaśniej – polecił.
 – Ten zwodziciel…
 – O kim ty mówisz? – żądał konkretów.
 – Jezus oczywiście, wszystkim obiecywał, że nawet gdy zostanie stracony, to i tak zmartwychwstanie.
 – No i zmartwychwstał? – Piłat zapytał na poły ironicznie, na poły ciekawie.
 – Za trzy dni – Kajfasz zaczynał się denerwować, że Piłat nie rozumie prostej sprawy.
 – Za jakie trzy dni, nie rozumiem, o czym mówisz.
 – Za trzy dni po swojej śmierci.
 – A dlaczego nie zaraz? – Piłat wyraźnie się droczył.
 – Ja tego nie wiem – Kajfasz już przestępował z nogi na nogę, co było oznaką rosnącego zniecierpliwienia. – I chyba nikt z tu obecnych też tego nie wie. Czy dobrze mówię? – tu zwrócił się do towarzyszących mu osób, ale jak zwykle nikt nic nie odpowiadał. – A więc obiecywał, że zmartwychwstanie w trzy dni po swojej śmierci.
 – Pożyjemy, zobaczymy – Piłat udawał uspokojonego.
 – Nie! – Kajfasz krzyknął, podnosząc ręce. Z rozczapierzonymi dłońmi wyglądał jak ptak, który usiłuje wznieść się w górę. – Nie, nie, nie! Tu nie ma na co czekać. Trzeba wszystko zrobić, żeby do tego nie dopuścić.
 – Jak możemy nie dopuścić do zmartwychwstania? Jeżeli Bóg Go wskrzesi, to my tu nic nie poradzimy – Piłat wyraźnie kpił z Kajfasza.
 – Ależ Bóg Go nigdy nie wskrzesi – Kajfasz już tupał nogami. – On jest przeklęty przez Boga po tysiąckroć. Bóg Go wtrącił do najgłębszego piekła.
 – Jeżeli Bóg Go nie wskrzesi, to o czym my mówimy? – Piłat już znęcał się.
 Zdawało się, że Kajfasz rzuci się na Piłata i rozerwie go rękami na strzępy.
 – Ale uczniowie Jego – wrzeszczał jak opętany – tych dwunastu, nie, jedenastu, wyniosą Go z grobu i powiedzą, że zmartwychwstał!
 – No to czemu tego od razu nie mówisz – Piłat udawał obrażonego. – Chodzi o to, żeby uczniowie Jezusa nie wynieśli Jego ciała z grobu?
 – Tak, po stokroć tak! – Kajfasz jeszcze nie zdążył się uspokoić i wołał z wytrzeszczonymi oczami.
 – No to pilnujcie grobu – Piłat doradził. – Po co przyszliście do mnie? Co, ja mam tam iść?
 Ale tej zabawy miał dość i sam Annasz. Wysunął się przed Kajfasza:
 – Może ja wyjaśnię. Przyszliśmy do ciebie, żebyś polecił swoim żołnierzom wziąć w opiekę grób Jezusa. Jezus został skazany przez ciebie jako król żydowski. Jeżeli uznasz naszą petycję za słuszną, wydaj odpowiednie polecenie.
 Od dawna domyślał się, jaka będzie ich prośba i zgadzał się w pełni z ich pomysłem, z tą drobną różnicą, że kierowały nim zupełnie inne argumenty. A mianowicie: jeżeli rzymska straż, stojąca przy grobie, zostanie zaatakowana przez uczniów czy nieuczniów Jezusa, może nawet wymordowana, to stwarza możliwość zastosowania odwetu, a wtedy jeszcze krok i dojdzie do rozruchów, na które wciąż liczył. A więc petycja delegacji Sanhedrynu była mu jak najbardziej na rękę. A że pozwolił sobie na zabawę z Kajfaszem, to była mała zemsta i wyrównywanie rachunków za wszystko, co go spotkało nieprzyjaznego ze strony kapłanów. Zwłaszcza za donosy do Rzymu. Że one akurat nic mu nie szkodziły, a raczej umacniały jego pozycję w oczach antysemicko nastawionego cesarza Tyberiusza i jego pełnomocnika Sejana, to już była rzecz drugorzędna.
 – Wy znacie lepiej swoich rodaków niż ja. Jeżeli jesteście przekonani, że trzeba strzec grobu – proszę bardzo. Tylko, powtarzam, czemu z tym przychodzicie do mnie?
 – Z prośbą, żebyś dał swoich żołnierzy – tym razem Annasz odpowiadał.
 – Masz swoją straż świątynną.
 – Powiedziałeś, że my lepiej znamy swoich rodaków. I słusznie powiedziałeś. Tak. Znamy i wiemy, jak bardzo są nasi ludzie podejrzliwi i jak nie dowierzają nam, kapłanom. Zawdzięczamy to również faryzeuszom.
 – Mówisz to przy Szymonie? – namiestnik się zdziwił.
 – On, będąc sam faryzeuszem, ale przecież rozumnym człowiekiem, może poświadczyć, co potrafią ci pobożni nauczyciele. Przekonał się zresztą o tym nieraz na własnej skórze.
 To była chwila, żeby zabrał głos Szymon. Ale on nie skorzystał z t3ej możliwości. Uśmiechał się tylko. Choć, co ten uśmiech miał oznaczać, nie było do końca jasne.
 – A więc, gdy będzie przy grobie stała moja straż – Annasz kontynuował – to jeżeli cokolwiek się stanie, nikt nie uwierzy, że było tak, jak było, tylko wszyscy powiedzą: „Straż świątynna opowiada to, co jej kapłani polecili. A kapłani i tak skłamali”.
 – Twierdzisz, że faryzeusze aż tak bardzo podkopali wasz autorytet w narodzie?
 – Niestety, tak.
 Szymon i tym razem nie zabrał głosu, tylko uśmiechał się wieloznacznie.
 – A gdy chodzi o was, Rzymian, to nasz naród ma do was rozmaite zastrzeżenia, pretensje i bóle, ale na pewno, przynajmniej w tym względzie, nie będzie was podejrzewał o kłamstwo: po prostu nie ma powodu, byście mieli kłamać.
 – Dobrze – Piłat wyraził zgodę. – Weźcie straż, strzeżcie grobu, jak potraficie.

10.  Gdy delegacja żydowska odeszła, powrócił do Claudii, która czekała na niego w ogrodzie, i opowiedział ze śmiechem o przeprowadzonej z Kajfaszem rozmowie. Zobaczył, że Claudia zareagowała nieoczekiwanie. Słuchała wszystkiego z najwyższym napięciem.
– Jakoś nie doszło to do mnie, że to ma być na trzeci dzień. A więc już jutro – mówiła z wypiekami na twarzy.
– Co jutro? – pytał zaskoczony.
– Jutro Jezus zmartwychwstanie! – wykrzyknęła tak, jakby on ogłuchł.
– Jak to, to ty naprawdę w to wierzysz, że On może powstać z martwych? – pytał zdumiony.
– Jeżeli tak zapowiedział, to tak się też stanie – oświadczyła z całą stanowczością. – A dlaczegoż by nie. Jeżeli wskrzesił Łazarza, dlaczego miałby sam nie powstać z martwych.
 – Z tym Łazarzem faktycznie była jakaś skomplikowana historia. Ale dobrze, Jezus wskrzesił Łazarza. A kto wskrzesi Jezusa?
 – Bóg, oczywiście, o którym Jezus mówił, że jest Jego Ojcem.
 Piłat się uśmiechnął:
 – Nie chcę cię urazić, ale według mnie to ewidentna bzdura. Jak świat światem, nikt dotąd z ludzi nie zmartwychwstał. To po pierwsze.
 – A po drugie? – zapytała Claudia.
 – A po drugie: gdyby zmartwychwstał, powstałby problem prawny. Jeżeli uznamy, że jest to ten sam człowiek, który został skazany na śmierć za swoje przestępstwa… – tu Piłat przerwał.
 – Tak, to co dalej?
 – To należałoby Go zabić po raz drugi – Piłat wypowiedział te słowa z niejakim ociąganiem.
 – I ty byś to zrobił? – Claudia pytała z otwartymi ze zdumienia oczami.
 – To byłby mój obowiązek.
 – Pomimo że Bóg by Go wskrzesił?
 – W prawie rzymskim nie są uwzględnione takie interwencje – odpowiedział krótko. – Ale mogę cię zapewnić, że tego kłopotu nie przewiduję.
 – Ale On obiecał – Claudia nie dawała za wygraną.
 Piłat zamilkł, tylko bezradnie wzruszył ramionami. Wewnętrznie ucieszył się z tej wiadomości. Taka sytuacja zmartwychwstałego skazańca stwarzała możliwości nowych rozgrywek politycznych, a nawet wojskowych. „Gdy ludzie Go zobaczą zmartwychwstałego, będą Go nosić na rękach, a ja będę Go musiał wyjąć z tych rąk i stracić Go, i dojdzie do awantury”.