Biblioteka


3. Z soboty na niedzielę



 

Z soboty na niedzielę

  1.  – Słyszałeś? – spytał Annasz, wchodząc do pokoju Kajfasza.
 – A czy ja muszę wszystko słyszeć? – Kajfasz nie był w najlepszym humorze. – Tak się przynajmniej ostatnio składa – kontynuował swoim skrzekliwym dyszkantem – że ty wszystko słyszysz. To powiedz, co słyszałeś.
 Annasz nie zareagował na opryskliwe odezwanie się Kajfasza i spokojnie odpowiadał:
 – Podobno tłumy ludzi ciągną do grobu Jezusa.
 – To ci głupi, pogańscy Galilejczycy. Jeszcze mogą zacząć awantury przeciw Rzymianom albo i rozboje przeciw nam ci barbarzyńcy – widać było, że wbrew pozorom Kajfasz śledzi pilnie, co się dzieje przy grobie. – Radziłbym ci nie wychodzić z domu i postawić pod drzwiami paru z naszej świątynnej straży.
 – Nie wygląda na to. Ludzie zachowują się spokojnie. Ale jeżeli to wszystko wiesz, chciałem ci zadać jedno pytanie.
 – Czy ty musisz mnie to pytanie zadać? – Kajfasz nie hamował swego rozdrażnienia. – Czy nie masz kogo innego? Widzisz, ile mam roboty i strapień na głowie. W świątyni dzisiaj było wyraźnie mniej ludzi. Wszystko przez ten grób. Ja Józefa z Arymatei wyrzucę z Sanhedrynu na najbliższym zebraniu.
 – Wyrzucisz albo nie wyrzucisz. To nie ty o tym decydujesz, ale całe gremium. Ale nie to jest ważne.
 – A co dla ciebie jest ważne? – zapytał rozsierdzony Kajfasz.
 – To jest dla mnie ważne, że jutro jest niedziela, tak jak dzisiaj jest sobota po południu.
 – Wyobraź sobie, że to jakimś przypadkiem również wiem.
 – A więc jutro jest trzeci dzień, odkąd umarł Jezus.
 – Jak to ładnie wyliczyłeś. I co z tego?
 – To z tego, że On powiedział, iż trzeciego dnia zmartwychwstanie.
 Kajfasz jakby cały czas czekał na to zdanie. Teraz podskoczył jak na sprężynie, zerwał się na równe nogi, podszedł do Annasza tak blisko, że prawie dotykał swoją twarzą jego twarzy i zaskrzeczał:
 – Wierzysz w to, że On zmartwychwstanie? Wierzysz w to? Mów – Kajfasz atakował.
 Annasz wyraźnie poczuł się zaskoczony. Odpowiedział wymijająco:
 – Ja nie powiedziałem, że wierzę, ale że On tak powiedział.
 – Że tak powiedział, że tak powiedział – Kajfasz prześmiewał Annasza. – On niejedno powiedział. Ale czy ty w to wierzysz, że stanie się, jak to powiedział?
 – A ja ciebie spytam inaczej – Annasz przechodził do kontrataku. – A co będzie, jeżeli zmartwychwstanie?
 – Czyś ty oszalał? Czy ja oszalałem. Czyś ty stał się Jego uczniem? Co ty wygadujesz. On nigdy nie zmartwychwstanie. On jest w piekle. Bóg Go odrzucił. W przeciwnym razie nie dopuściłby do ukrzyżowania Go. On nigdy nie zmartwychwstanie.
 – A jeżeli zmartwychwstanie? – Annasz spokojnie punktował.
 – To ja się zrzekam arcykapłaństwa. Wkładam worek pokutny na grzbiet, łeb posypię popiołem i pójdę na pustynię, żeby odprawić pokutę.
 – I tak w to nie wierzę – odpowiedział drwiąco Annasz. – Mogę ci nawet powiedzieć, co zrobisz.
 – No co? – poderwał się obrażony.
 – Wydasz Go Piłatowi, żeby Go jeszcze raz ukrzyżował.

 2.  W sobotę, przed wieczerzą, Łazarz, zwracając się do Marty, powiedział:
 – Idź na górę do Maryi i zapytaj. Może kolację zechce spożyć przy wspólnym stole.
 Odchodzącą już Martę zatrzymał i dodał:
 – Przepraszam cię, jeszcze jedno. Ale powiedz Jej, że nas będzie trochę więcej przy kolacji.
 Piotr, który temu przysłuchiwał się, zapytał zaskoczony:
 – O jaką Maryję chodzi? Przepraszam, że pytam.
 – O Matkę Jezusa.
 – Jak to, Ona tu jest? – Piotr był zdumiony aż do przerażenia.
 – A faktycznie, nie wspomniałem ci o tym, że tuż przed skonaniem Jezus polecił mi zaopiekować się Maryją – tłumaczył Piotrowi spokojnie.
 – Słuchaj, ja uważam, że lepszego opiekuna Jezus nie mógł wybrać – ale jeżeli jest tak, to dla nas tu nie ma miejsca.
 – Dlaczego tak mówisz?
 – No nie dziw się. Po tym, co zaszło, po tym jak zachowaliśmy się, ja długo jeszcze nie będę śmiał popatrzeć Jej w oczy.
 – Nie, nie mów tak. Co było, to było. Trzeba żyć dalej.
 – Nie, nie. Może potem, gdy czas choć trochę uleczy rany. Ale nie teraz. To za wcześnie na takie spotkanie. My znikamy. Przynajmniej ja. A nasi chłopcy – tak jak sami zdecydują. Ja im o tym powiem.
 – A gdzie chcesz iść? Przecież święta trwają osiem dni. Chyba nie chcesz wracać do Kafarnaum.
 – Nie. Ale zamierzam iść do obozowiska Galilejczyków.
 – Poczekaj. Zaraz tu będzie Marta, dowiemy się. O, idzie.
 Marta, jakby odpowiadając na pytanie, już z daleka wołała:
 – Tak, Maryja schodzi na kolację.
 – A uprzedzałaś, że przy stole będzie nas więcej?
 – Tak, mówiłam.
 – Powiedziałaś, że my jesteśmy? – Piotr upewniał się.
 – Tak – odpowiadała Marta z prostotą, jakby nie domyślała się, o co chodzi. – Powiedziała wyraźnie, że przyjdzie.
 I tak się też stało. Gdy już wszyscy byli przy stole, weszła do izby Maryja, ze spokojną, wyciszoną twarzą, pozdrowiła zebranych, przeprosiła, że za chwilkę powróci. A gdy jeszcze nikt nie domyślał się nawet co nastąpi, pojawiła się przepasana płótnem, z miednicą w rękach i ręcznikiem przewieszonym przez ramię – jak niewolnica – podeszła do Piotra, uklęknęła przed nim, schyliła się do jego stóp, żeby mu umyć nogi. Powtórzyła się scena z Ostatniej Wieczerzy prawie co do joty. Piotr odskoczył jak oparzony:
 – Ty chcesz mi nogi umywać?! – wykrzyknął z przerażeniem. – To ja Tobie…
 Ale nie dokończył, bo mu przerwała:
 – Dobrze. To drugim razem. Ale dzisiaj ja tobie. Przecież mój Syn tak nakazał.
 Piotr z rozpaczą, ale i z jakimś najgłębszym przyzwoleniem w oczach powrócił na swoje miejsce. A Ona, jak niewolnica, mokrym ręcznikiem obmywała mu stopy, potem suchym płótnem wycierała. Najpierw Piotrowi, potem po kolei apostołom, na koniec Łazarzowi i domownikom, z Magdą i Martą na czele. Potem, gdy już mieli zasiąść do stołu, nie zajęła centralnego miejsca, jakie Jej zaproponował Łazarz, ale powiedziała:
 – Ja już swoje zrobiłam. Teraz ty prowadź to Łamanie Chleba – zwróciła się do Piotra.
 Ten się speszył:
 – Ty poprowadź tę wieczerzę. Tyś jest Jego Matką.
 – O nie, wam mój Syn polecił: To czyńcie na moją pamiątkę.
 I tak się stało. Rozpoczęła się nowa Pascha. Zaczęli, jak zwyczajnie, psalmem. Podobnie jak poprzednim razem, zamiast haggady o wyjściu Izraela z ziemi egipskiej, Łazarz, zwracając się do Jedenastu, powiedział:
 – Ponieważ, podobnie jak Nikodem i Józef z Arymatei, towarzyszyłem Jezusowi na całej drodze Jego skazania, męki, śmierci i pogrzebania, to wam pokrótce to przedstawię. Gdy pozostaną jakieś niedomówienia, to będę uzupełniał szczegóły w miarę moich możliwości przy następnych naszych Świętych Wieczerzach.
 Opowiadał. A oni słuchali w milczeniu. Aż skończył i Nowa Pascha toczyła się dalej swoim torem. W sposób szczególny czekali na moment łamania chleba. Piotr najpierw – tak jak przewidywał obrzęd Paschy – odmówił błogosławieństwo nad chlebem. Potem z nabożeństwem podniósł w górę pobłogosławiony chleb i zaczął mówić:
 – Tej nocy, kiedy Jezus miał być wydany, wziął chleb i dzięki Tobie, Boże, składając, łamał i rozdawał nam, swoim uczniom, mówiąc: „To jest ciało moje, które za was będzie wydane”.
 Wszyscy słuchali tych słów, które Piotr wymawiał. I zdawało się im, że to nie Piotr, ale sam Jezus, że to Jezus w osobie Piotra mówi, łamie ten Święty Chleb.

 3.  Po kolacji, gdy jeszcze siedzieli przy stole, Łazarz zapytał Piotra:
 – Ty wiesz, mówię to szczerze, że cieszę się, widząc was w tym domu. Że mogłem przyjąć was u siebie. Że mam was przy swoim stole. Ale zadam ci pytanie, na które ja sam nie mogę sobie znaleźć odpowiedzi.
 – Tak, słucham cię? – Piotr podjął. Przygaszony, jakby wiedząc, o co go Łazarz spyta.
 – Ale nie obraź się.
 – Nie, nie, na pewno się nie obrażę, masz prawo do wszystkich pytań.
 – Dlaczegoście wrócili? Uciekliście z Ogrodu Oliwnego. Nie przyszliście na sąd przed Annaszem i Kajfaszem. Nie przyszliście na sąd u Piłata. Nie było was pod krzyżem. Na moje rozeznanie, powinniście znajdować się w Galilei. Co tu robicie jeszcze w Jerozolimie?
 Piotr ze spuszczoną głową zaczął odpowiadać:
 – Uciekliśmy prawie wszyscy na namiotowisko Galilejczyków. Na swoje stare miejsce. Ale tam rzucili się na nas, żeśmy opuścili Jezusa. Nie pomogły tłumaczenia, że nic innego nie mogliśmy zrobić, że z gołymi rękami nic byśmy nie zrobili, że mogliśmy najwyżej zostać wyrżnięci. „To przynajmniej zginęlibyście z honorem, a tak to jak wyglądacie? Jako tchórze i zdrajcy”. A więc nie było rady. Trzeba było stamtąd odejść. Zamierzaliśmy wracać do Galilei. Chociaż tam też nie byłoby życia. Nie mówię już o całym Kafarnaum. Ale nie darowałaby mi teściowa, która tak uwielbia Jezusa. A więc postanowiliśmy zostać przynajmniej do końca świąt. Tylko gdzie. Doszliśmy do przekonania, że najbezpieczniej będzie u ciebie.
 – Tak sądzicie? – Łazarz, który w milczeniu wysłuchiwał tych wynurzeń Piotra, dopiero teraz się odezwał. – Zdawało mi się, że ten dom jest ostatnim miejscem, gdzie można by szukać schronienia. Przecież wiesz, jak mnie Sanhedryn nienawidzi i obserwuje.
 – O tym też rozmawialiśmy. Ale jeszcze jednego nie wymieniłeś: twój dom jest trefny, tak jak ty sam jesteś trefny. Co to znaczy, to wiesz dobrze: ciebie nie ma, ty nie istniejesz. Ty jesteś umarły, twojego imienia nie należy wymawiać, do twojego domu nie należy wchodzić, tak jak do grobowca. I tak doszliśmy do przekonania, że nam najbardziej pasuje taki grobowiec. Na to, żeby przeczekać.
 – Co przeczekać? – Łazarz chciał wyjaśnień.
 – Może Jezus zmartwychwstanie? Jak nie zmartwychwstanie, to znak, że Bóg faktycznie Go odrzucił i pokarał śmiercią krzyżową za grzechy.
 – Za co? Za jakie grzechy? – przerwał mu jego wywód.
 – Ja osobiście żadnych grzechów nie widzę. Ale może Bóg inaczej osądza. Faryzeusze by tu wyjaśnili, że nie wypełniał przepisów Prawa i Talmudu. Trzeba brać pod uwagę, że może zmartwychwstać, bo tak powiedział. Nie bardzo w to wierzę, muszę przyznać, no ale gdy jest nawet jeden na tysiąc, to trzeba ryzykować.
 Łazarz lekko się spłoszył i zaczął mówić z ociąganiem:
 – Tak. Magda też mi coś o tym mówiła, że Jezus powiedział, iż po trzech dniach zmartwychwstanie. Ale ja osobiście nie bardzo w to wierzę, nie wiem, czy ona dobrze zrozumiała Jego słowa.
 – Nie tylko ona słyszała – Piotr mówił już odważniej. – Ja na własne uszy to słyszałem. Słyszała dobrze. Jezus powiedział do nas, i to nie raz, parokrotnie: „Po trzech dniach zmartwychwstanę”. Mówił o męce, że będzie sądzony, że będzie ukrzyżowany, ale że po trzech dniach zmartwychwstanie – Piotr formułował zdania ostrożnie, jakby chodził po niepewnym gruncie. – On mówił często przypowieściami. Jego słowa czasem należało brać niedosłownie. Dlatego też trzeba poczekać, a może ta zapowiedź się sprawdzi? Takie wielkie cuda uczynił. Może i taki potrafi?
 – Wiem, że wielkie cuda czynił i może i większe uczynić, ale mnie tu się coś nie zgadza – Łazarz wyraźnie nie przyjmował takiej możliwości.
 – Co znowu?
 – Mówisz: Jezus jutro zmartwychwstanie. No, dajmy na to. I co? Zmartwychwstanie i co? Dokończ.
 – Jak to „co”? Zmartwychwstanie i odbuduje królestwo Izraela – Piotr powiedział z całym naciskiem.
 – Tak. To mi usiłowała również Magda wytłumaczyć. Myślałem na ten temat. Ale czy ty sobie wyobrażasz: „odbuduje królestwo Izraela”? Jak odbuduje królestwo Izraela? W jaki sposób?
 – Obwoła się królem i będzie rządził całą Palestyną. W takich granicach, w jakich rządził Herod Wielki. Tylko nie tak jak Herod Wielki. Bez zbrodni, bez mordów, bez prześladowań, w sprawiedliwości i miłości.
 – Chwileczkę, poczekaj. Wróćmy do początku. Zanim: „będzie rządził”. Jak to „obwoła się królem”? A Herod Antypas? A Piłat Poncjusz? Co oni? Będą się temu przyglądali, jak On buduje królestwo? Może pójdą do Niego na służbę?
 – Sam powiedziałeś – mruknął znowu Piotr – że Jezus potrafi wielkie czynić rzeczy. Po prostu zniszczy Heroda Antypasa i zniszczy Piłata – Piotr już się prawie unosił.
 – Powiedziałeś „zniszczy”? – Łazarz przyczepił się do tego słowa. – Powiedziałeś „zniszczy Heroda, Piłata”. A Ewangelia?
 – Jaka Ewangelia? Co Ewangelia?
 – A co Ewangelia Jezusa? – Łazarz tym razem podniósł głos. – Ewangelia Jezusa, która mówi o miłości. A tu naraz: Jezus zniszczy. Albo zechce zostać sobą i uważać miłość za największe przykazanie, albo zechce rządzić i zniszczyć Heroda oraz Piłata. Trzeba się zdecydować. Sam się zastanów, jak by to mogło być dalej. Wyobraź sobie, że Jezus zniszczy Piłata, zniszczy Heroda. I co dalej?
 – I zbuduje królestwo Izraela.
 – Przecież legat Witeliusz jest w Syrii. Jak zobaczy klęskę Piłata, to ściągnie ze swoimi legionami przeciwko Jezusowi do Palestyny. No i co dalej?
 – Jezus zniszczy Witeliusza i jego legiony – Piotr nie miał zamiaru ustępować.
 – Ale Rzym nie pozostanie obojętny i wyśle swoją armię, nie wiem, ile to będzie, sto tysięcy, dwieście tysięcy, pół miliona żołnierzy. I Jezus zniszczy ich również? – Łazarz zapalał się coraz bardziej.
 – Tak – upierał się Piotr.
 – Czy ty sobie wyobrażasz taką sytuację? Zniszczy po to, żeby uratować Palestynę? Zniszczy po to, żeby sobie podporządkować cały świat?
 – I podporządkuje.
 – Ale to już nie będzie Jezus. To już nie będzie Ewangelia. To już nie będzie prawo miłości. I dlatego nie bardzo sobie wyobrażam, czy zmartwychwstanie Jezusa w ogóle byłoby sensowne.
 – Chcecie wiedzieć, co ja myślę na te tematy? – Tomasz zabrał głos po raz pierwszy w tej rozmowie. Zatrzymał się. Dopiero gdy zapadła cisza, powiedział: – To, co mówicie, moi koledzy, to jest bredzenie fantastów – znowu się zatrzymał, żeby dotarło do wszystkich to, co powiedział. Dopiero po przerwie mówił dalej: – Jezus nie zmartwychwstanie. To jest skończona bzdura, co opowiadacie. Jeżeli zginął na krzyżu, to dlatego, że Go Bóg odrzucił i ukarał za grzechy, o których nie mamy prawa wiedzieć. Sprawa się skończyła i nie potrzeba do niej wracać. Nie róbcie z Pana Boga kogoś niepoważnego. Jeżeli Go ma za Syna, to po co by pozwolił na Jego ukrzyżowanie i po trzech dniach Go wskrzeszał? Istna komedia. Jeżeli ma Mu błogosławić, to Mu powinien błogosławić, a nie dopuszczać do krzyża. Bądźcież przytomni! Dobrze? Bo już tego…
 Mówiłby dalej, ale mu przerwał Janek:
 – Jak możesz mówić, że Jezus zgrzeszył! Gdzie zgrzeszył, kiedy zgrzeszył! – Janek wykrzyczał to prawie z płaczem w głosie.
 Ale Tomasz nie ustąpił:
 – Nie wiem wszystkiego. Ale mogę powiedzieć, że domyślam się, co Bóg mógł uznać za grzech Jezusa.
 – No co? No co? – Janek napierał.
 – No na przykład Jego ostatnie wystąpienia w świątyni, kiedy powiedział: „Ojciec i ja jedno jesteśmy” albo: „Zanim Abraham się stał, jam jest”. To było na pewno za dużo. Przesadził! Równać się z Bogiem?
 – Dlaczego tak mówisz? – Piotr zaprotestował. – Wiele razy Jezus mówił, że jest Synem Bożym.
 – Synem Bożym, Synem Bożym. To jeszcze nic nie znaczy. Takiego powiedzenia może użyć każdy człowiek, bo każdy ma Boga za swojego Stworzyciela, ale powiedzieć: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” albo jak się wyraził do Filipa: „Kto widzi mnie, widzi i Ojca”, to już co innego.
 – No więc jak to rozumiesz? – Piotr domagał się wyjaśnień.
 – Zawróciło Mu się w głowie i myślał, że jeżeli udało Mu się z pomocą Bożą zrobić parę cudów, to już może sobie na wszystko pozwolić.
 – Nie mów tak, nie mów tak, ja nie chcę tego słuchać! – Janek rozryczał się. – Jezus nigdy nie kłamał, nigdy nie mówił niczego, co by nie było prawdą.
 – A jednak Bóg Go skarał, dopuszczając na Niego taką śmierć – Tomasz spokojnie punktował Janka.
 – Jezus mówił, że Bóg nikogo nie karze, że wszystkich kocha, nie tylko sprawiedliwych, ale i grzesznych.
 – Nie pamiętam, żeby to mówił – Tomasz zlekceważył słowa Janka. – Ja tam wiem swoje: Bóg jest sprawiedliwy i za dobre ludziom wynagradza, a za złe karze – zakończył.
 Ale Janek już był rozzłoszczony i nic sobie nie robił z tego, że Tomasz mógłby mu być ojcem, naskoczył na niego:
 – Jezus uczył inaczej, wszyscy słyszeli. I ty sam powtarzałeś to za Nim słowo w słowo, a teraz kręcisz. Jak nie ma Jezusa, to już się zaczyna. Przy Nim byś tak nie mówił!
 Nie wiadomo, do czego by dalej doszło, gdyby nie Jakub, który od dłuższego już czasu patrzył zgorszonym wzrokiem na swego brata, starając się go przyprowadzić do opamiętania. Ale gdy żadne zabiegi nie pomogły, teraz wykrzyknął:
 – Janku, uspokój się! Jak możesz, na drugi dzień po śmierci Jezusa robisz taką awanturę!
 – A kto jest winien, ja? Bronię Jezusa, a ty na mnie wrzeszczysz – i rozpłakał się na dobre.
 – Mówcie sobie, co chcecie, słuchajcie, kogo chcecie – Tomasz podsumował dyskusję, wstając od stołu. – Ale powtarzam wam: nie słyszałem nigdy, by Jezus mówił o zmartwychwstaniu. A przynajmniej nie pamiętam tego. A nawet gdyby mówił, to On co innego przez to rozumiał. Zresztą zaręczam wam, prędzej mi na tej dłoni – tu wyciągnął swoją szeroką rękę – kaktus wyrośnie niż Jezus zmartwychwstanie. Bóg Go pokarał śmiercią krzyżową nie po to, żeby Go miał wskrzeszać z martwych.
 – No to co z nami? – Jakub zatrzymał go w pół ruchu.
 – Będzie to, co będzie. Jedni pójdą ryby łowić, bo to zawsze robili. Inni staną się rolnikami. Szymek wróci do swoich braci zelotów. Każdy będzie robił to, co dotąd robił.
 – To na marne pójdzie to, co Jezus nauczał? – pytał Janek z szeroko otwartymi oczami ze zdumienia.
 – Czemu na marne. Wiele było bardzo ciekawych pomysłów, żeby nie powiedzieć rewelacyjnych czy wręcz rewolucyjnych, każdy może je spożytkować tak, jak zechce, jak potrafi, przy kuchni opowie domownikom, przy ognisku kolegom. Ja mam inne zamiary. Założę szkołę filozofów i na swój sposób spożytkuję to, co usłyszałem. Zresztą, kto z was zechce, może się do mnie zgłosić. Chętnie przyjmę za niewielką opłatą.

 4.  – A ty gdzie mnie teraz ciągniesz – Kajfasz bronił się, wymachując rękami. – Czy ja nie mam spokoju nawet wieczorem? Nie mam ochoty gdziekolwiek wychodzić. Widzisz jak zimno. Przemokłem wczoraj. Do dzisiaj łamie mnie w kościach. Nie idę nigdzie.
 Ale Annasz był nieustępliwy:
 – Tak się składa, że to ty jesteś najwyższym kapłanem. Mnie mogą nie posłuchać.
 – Kto ciebie mógłby nie posłuchać? – Kajfasz nie dawał za wygraną.
 – W tym wypadku żołnierze rzymscy – Annasz tłumaczył dobrotliwie, prowadząc stanowczo Kajfasza pod rękę do lektyki.
 – Do ogrodów Józefa z Arymatei, pod samą Golgotę – rzucił polecenie w kierunku dowódcy tragarzy.
 – Ale o co ci chodzi? – Kajfasz wciąż się pieklił.
 – „Trzeciego dnia zmartwychwstanę”, pamiętasz?
 – Ależ to bzdura wierutna, kolejne kłamstwo tego zwodziciela. Po co się tym przejmujesz. A od pilnowania tego, żeby Go nie wykradli Jego uczniowie, są żołnierze.
 – Przysłowie mówi: „Pańskie oko konia tuczy”. To jest zbyt ważny moment, żebyśmy tego nie dopilnowali.
 Więcej już nie rozmawiali. Annasz nie miał ochoty, Kajfasz był obrażony. O ściany i dach lektyki wciąż tłukł nieustępliwy wiatr.
 – Pięknej pogody to my w te święta nie mamy – powiedział do Kajfasza, jakby nie zauważał jego dąsów, ale ten nie reagował. – Będzie chudsza skarbona.
 Ale i to nie pomogło. Wobec tego dał spokój.
 Żołnierzy było kilku. Okręceni płaszczami stali przy płonącym ognisku. Ożywili się na ich widok, ruszyli ku nim.
 – Wszystko w porządku? – Annasz znowu wykazywał większą inicjatywę.
 – U nas zawsze w porządku – zapewnił dowódca straży, który wysunął się ku przodowi.
 – A tam na górze? – Annasz wskazał dłonią grób. – Nieboszczyk jeszcze jest?
 – Jest, sprawdzaliśmy. Sam zapieczętowałem grób.
 – Nie wiedziałem, że Józef taki zgrabny grobowiec sobie przygotował – powiedział, przyglądając się w świetle ognia bielejącemu monumentowi.
 – Stać go, to czemu by nie.
 – I takie schody kute w skale – Annasz nie przestawał się dziwić. – I taki ogromny kamień grobowy.
 – Ale chodzi! – wtrącił któryś z żołnierzy. – Toczy się w rowku jak koło rydwanu. Wystarczy trochę popchnąć.
 – Ma chyba zabezpieczenie? – Annasz się upewniał.
 – Co by nie miał. Klin solidny. Ani drgnie.
 – No to teraz wam więcej nic nie pozostaje, jak tylko czekać na gości.
 – Przesada – dowódca machnął lekceważąco dłonią. – Zbyteczne obawy. Żeby dostać się do grobu, muszą wejść po tych schodkach. Innej drogi nie ma. A u stóp tych schodków jesteśmy my.
 – Wszystko jasne. Pójdziemy już – Annasz zrobił półobrót w stronę lektyki, gdy nagle jakby sobie coś przypomniał: – Ale tak na wszelki wypadek, chcę cię o coś prosić – podszedł do dowódcy straży – gdyby cokolwiek zaszło, zanim komukolwiek, powtarzam: komukolwiek o tym powiesz, przyjdź do nas i nam pierwszym o tym powiedz. Nie pożałujesz. Świątynia, jak wiesz, pieniędzy ma dużo i umie je wydawać na ważne cele, a to jest dla nas w tej chwili sprawa bardzo ważna – tu wyciągnął rękę i pokazał grób.
 – Kto miałby tu przyjść po te zwłoki? Jego gwardia przyboczna? Tych Dwunastu, czy już tylko Jedenastu – dowódca się rozgadywał. – Byłem w akcji na terenie Ogrodu Oliwnego. Wystarczyło trochę krzyknąć i parę szturchańców, żeby wzięli nogi za pas – dowódca nie przestawał mówić. – Oni nas znają i my ich znamy. Myślę, że nie będą mieli ochoty na powtórne spotkanie.
 Annasz nie okazywał żadnej niecierpliwości. Pozwalał się wypowiedzieć gadule i jakby na kogoś czy na coś jeszcze czekał. I chyba doczekał się. Z mroku wyłonił się Józef z Arymatei, który już z daleka ich witał:
 – Znowu się spotykamy i znowu w nieoczekiwanych okolicznościach.
 – Nie miej mi za złe, że znalazłem się bez zaproszenia w twoim ogrodzie.
 – Już się przestałem czemukolwiek dziwić, przynajmniej od pewnego czasu. Nawet i temu. Ale czemu nie wstąpiłeś do mego domu?
 – Nie chciałem przeszkadzać. Twój dom z pewnością pełen gości, którzy, myślę, woleliby mnie nie widzieć.
 Józef nie odpowiedział na tę prowokację. Zapanowała niewygodna przerwa. Józef ją wytrzymał, dopiero po chwili zapytał:
 – A w czym mógłbym ci pomóc?
 – My tylko przyszliśmy, żeby porozmawiać z żołnierzami. I już wracamy do domu. Żegnaj.
 – Oby następne nasze spotkanie nie miało miejsca w nieoczekiwanych okolicznościach – Józef zamknął sprawę.
 – A, jak tak mówisz, to ci odpowiem – Annasz nie chciał dać za wygraną. – To nie ode mnie zależy, ale od ciebie. Ja się nie zmieniłem. To tyś się zmienił, inaczej nie miałbyś w swoim grobie takiego nabytku. Przyznam się, nie spodziewałem się tego po tobie. To jedno z największych moich rozczarowań.
 – Mam tylko jedną odpowiedź: graj uczciwie.
 – Co to znaczy „graj uczciwie” – Kajfasz wreszcie włączył się w rozmowę. – Jak możesz nam taki zarzut postawić. Czy my gramy nieuczciwie?
 Józef nie odpowiedział na ten atak wprost:
 – Nie wiem, o czym rozmawiałeś z żołnierzami. Jedno ci powiem: Według mnie dlatego tu przyszedłeś, bo się boisz, że On zmartwychwstanie, a przynajmniej, że On może zmartwychwstać. On kiedyś powiedział, że wszystkie grzechy będą odpuszczone, ale grzechy przeciwko Duchowi Świętemu nie będą odpuszczone. Nie znam się na teologii, ale zdaje mi się, że to o taki wypadek tu chodzi.
 Gdy już byli w lektyce, Kajfasz jeszcze raz powrócił do tego tematu:
 – Czy ty się faktycznie liczysz z taką ewentualnością, że On może zmartwychwstać?
 – Trzeba być na wszystko przygotowanym – Annasz zakończył.

 5.  Antypas ucztował. Ogromna jadalnia była dla niego wszystkim: gabinetem pracy, salą audiencyjną, miejscem spotkań do omawiania ważnych spraw państwowych. On tu się czuł najlepiej. Dosiadła się do niego Herodiada:
 – Nie wiem, czy słyszałeś, że Piłat zabarykadował się w Antonii w obawie przed powstaniem Galilejczyków.
 – Siedział od wczoraj całą noc, do południa. Ale się nie doczekał i wrócił do swojej rezydencji. To tak bywa, gdy Rzymianin jest mianowany władcą Żydów. On przecież nic nie rozumie z tego, co się dzieje.
 – Nie całkiem to jest tak – sprostowała Herodiada. – Tyś też na to liczył, że Galilejczycy się ruszą.
 – Masz rację – wycofał się Antypas. – Różnica w tym, że ja już rozumiem, a on z pewnością do tego czasu nic nie pojmuje i dziwi się, dlaczego nie udało mu się sprowokować Galilejczyków do powstania.
 – A ty nie myślisz, że to była, czy nawet jest, pułapka na ciebie?
 – Domyślna jesteś – Antypas spojrzał na nią z uznaniem.
 – Niestety, podejrzewam, żeś w nią wpadł. Przynajmniej jedną nogą.
 – Możesz mi to wytłumaczyć? – spytał, nie patrząc na nią, ale na rozbawiony tłum kobiet i mężczyzn, na niewolników i niewolnice usługujące przy stołach, na muzyków przygrywających do tańca.
 – Ja dotąd nie wiedziałam o magazynach broni, które masz przygotowane „na wszelki wypadek” – zaakcentowała te słowa. – A teraz wiem.
 Herod podniósł nerwowo kielich z winem do ust i przymknąwszy oczy usiłował opanować zdenerwowanie.
 – Tak, tegoś nie powinna się była dowiedzieć.
 – Nie muszę ci tłumaczyć. Jeżeli ja wiem, to Piłat wie dwa razy szybciej. I już idzie raport do Rzymu, że przygotowałeś dla powstańców potężne ilości wszelakiej broni i gotów ją byłeś udostępnić w każdej chwili tym, którzy by po to wyciągnęli rękę. I co najważniejsze, w tym komunikacie nie byłoby żadnej przesady. Podobno jest tej broni jakaś obłędna ilość, i to wyborowego gatunku. Podziwiam cię, żeś to nawet w tajemnicy przede mną potrafił zgromadzić. Ale potępiam, żeś się tak potrafił głupio odsłonić.
 Myślał, że na tym skończy, ale ona z całym okrucieństwem ciągnęła dalej:
 – I przechytrzył cię. A zawsze uważałeś, że jesteś lepszy od niego.
 Antypas się skrzywił, jakby coś chciał powiedzieć, ale w końcu zrezygnował. Wobec tego ona prowokowała dalej:
 – Ustrzelił dwie ofiary za jednym strzałem, za jednym zamachem. A może nawet trzy: ciebie, Sanhedryn, no i pozbył się Jezusa, który też dla niego stanowił jakiś kłopot.
 Herod liczył na to, że to już koniec dokuczania na dziś. Ale to nie był koniec.
 – Tak myślę sobie, który z tych celów, które ustrzelił, sprawił mu największą radość. I wiesz, do jakich wniosków dochodzę? – Herodiada zawiesiła głos.
 Ale Herod nie potrzebował wyjaśnień. Wiedział o tym dobrze, a na pewno nie chciał usłyszeć nic na ten temat z ust swojej małżonki, której w tej chwili nienawidził. Tymczasem ona mówiła:
 – Otóż myślę, że to ty jesteś tą upragnioną zdobyczą.
 To był już kres wytrzymałości Heroda. Powiedział przez zęby:
 – Skończ.
 – Nie, dlaczego mam kończyć. To nie jest tylko twoja sprawa, ale moja również. Jestem twoją żoną czy nie jestem? Kocham cię czy nie kocham? A więc jestem i kocham. Wobec tego mogę ci powiedzieć, co się stało: odkryłeś się. Już sobie wyobrażam, co się dzieje dalej. Piłat tę informację o magazynach twojej broni przekazuje do Rzymu. A Rzym wysyła do ciebie list, w którym znajduje się rada, abyś sobie życie odebrał w jakikolwiek sposób zechcesz. I jeszcze informacja w dopisku, że Galileę i Pereę otrzymuje Piłat w uznaniu za gorliwość w donoszeniu. Może ci zrobią łaskę i tego dopisku nie zamieszczą.
 – Dość – wykrzyknął Antypas i poderwał się na równe nogi.
 Ale Herodiada była szybsza. Uchwyciła go za rękaw i rozkazującym tonem powiedziała:
 – Usiądź. Bo teraz jest to najważniejsze. Teraz musimy się oboje zastanowić, co uczynić, żeby do tego nie doszło. Żeby ten list nie przyszedł.
 Herod zapanował nad sobą, usiadł ciężko.
 – Mówisz ty, czy wolisz, żebym ja jeszcze mówiła? – Herodiada okazywała łaskę.
 – Jeszcze gra nie skończona.
 – Dlaczego tak twierdzisz? – zapytała zaskoczona. – O jakiej grze myślisz?
 – Jutro jest trzeci dzień, jak został zabity Jezus.
 – I co z tego? – Herodiada wciąż nie rozumiała.
 – On zapowiedział zmartwychwstanie na trzeci dzień po swojej śmierci.
 – Co zapowiedział? – prawie że nie zrozumiała słowa.
 – Że wstanie z martwych – odpowiadał Herod spokojnie.
 – Czyś ty zwariował, czy On był nienormalny – odskoczyła od męża jak oparzona. – Jak dotąd, jeszcze to się nie udało nikomu z umarłych.
 Antypas popijał wino drobnymi łyczkami i był wciąż zapatrzony w rozbawioną salę. Teraz on był spokojny.
 – No mów coś – Herodiada niecierpliwiła się.
 – Ja już wszystko powiedziałem. I czekam.
 – Na co?
 – A nuż zmartwychwstanie? – Herod powtórzył.
 – Przecież Go wyśmiałeś jak błazna. A teraz bierzesz Go poważnie – nic nie rozumiała.
 – Wyśmiałem Go, bo chciałem się uwolnić od konieczności skazania Go na śmierć. Ale Go nigdy nie traktowałem niepoważnie – podkreślił dobitnie.
 Herodiada, wpatrzona w Antypasa na wpół z podziwem, na wpół z przerażeniem, mówiła dalej:
 – Przypuśćmy, że zmartwychwstanie. To wtedy co?
 – To wtedy zostanie uwięziony przez Piłata czy Annasza z Kajfaszem i skazany po raz drugi na śmierć – odpowiedział na pozór obojętnie.
 – Horror. Istny horror. Jakeś to potrafił wymyślić?
 – Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, żeby na to wpaść. Czy masz inną wersję? Inna wersja mogłaby brzmieć: Zmartwychwstały Jezus zostanie obwołany przez lud królem Izraela, a Piłat z Annaszem i Kajfaszem oddadzą Mu pokłon. A ty w to chyba nie wierzysz.
 – Nie.
 – Ja też nie. Wobec tego pozostaje tylko ta wersja, którą wymieniłem.
 – I co wtedy? – Herodiada zapytała.
 – A wtedy Galilejczycy już naprawdę oszaleją i będą potrzebowali mojej broni… – tu przerwał.
 – I tylko tyle? – Herodiada naciskała.
 – Będą potrzebowali również mnie, abym ich poprowadził do wojny z Rzymem – dopowiedział.
 – A ty co zrobisz?
 – Zastanowię się, czy to nie jest interesująca oferta.

 6.  Otworzyły się drzwi. Stanęła w nich Joanna:
 – Przepraszam cię, Magdo, że weszłam, ale zapachniało mi nardem w sieni, to sobie pomyślałam: specjalistką od szpikandru jest Magdalena. I zgadza się. Wtedy polałaś włosy Jezusowi. Kogo teraz zamierzasz polać?
 Nie chciała tego, żeby ją ktokolwiek przyłapał przy tej robocie. Marzyła, że przygotuje ten olejek Jezusowi w samotności i skupieniu. Stało się! Przepadło! Nie zabezpieczyła się należycie. Joanna zbliżyła się. Już brała w ręce jeden dzban. Otwierała, wąchała. Brała drugi – znowu to samo.
 Nie mogła na to patrzeć, nie mogła tego znieść, jeszcze moment, a wyrwie jej to wszystko z ręki, złapie za ramiona i wypchnie za drzwi. Zabarykaduje się, zasunie drzwi skrzynią. Nie, nie można tak. „Jeśli ktoś uderzy cię w policzek, nadstaw mu i drugi. Gdy ci zabierze płaszcz, daj mu i szatę”. Dobrze, Jezu, dobrze. Zniosę wszystko. Tym bardziej, że to olejki dla Ciebie. Już opadało z niej napięcie, które napinało jej wszystkie mięśnie jak struny. Już rozluźniły się szczęki, które ścisnęły jej zęby aż do bólu. Już dobrze, dobrze. Niech otwiera, zagląda, dotyka, próbuje.
 – To ja cię szukam, Magdaleno, po całym domu, a ty tu urzędujesz! – usłyszała okrzyk.
 Odwróciła się. W drzwiach stała Maria – matka Kuby.
 – A co wy tu robicie? – zapytała. – W szabat? Nie wstyd wam?
 – To nie ja – Joanna się broniła. – Ja tu weszłam tak jak ty, przypadkowo.
 Ale Magdalena nie była skora do zwierzeń.
 – No powiedz, proszę – Maria nalegała – po co ci, Magdo, tyle drogich olejków?
 – A ty jak myślisz? – odparła, siląc się na obojętność.
 Jednak one nic nie myślały, a właściwie nie potrafiły się domyślić. Wobec tego zapadła cisza. Ale tylko na chwilę, bo Joanna jakby dotknięta piórem anioła, drgnęła i wykrzyknęła:
 – Co? – jej głos przeszedł prawie w dyszkant, a oczy wyglądały jak dwa okrągłe orzechy. – Co? – powtórzyła. – Czyżby?
 – No, coś ty pomyślała? Powiedz – Maria zwróciła się do Joanny.
 – Magdalena, na ile się domyślam – Joanna wyjaśniała swoje odkrycie – uważa, że ciało Jezusa nie zostało polane pachnącymi olejkami, tylko posypane ziołami, a to Mu się należy.
 – Teraz? Przecież to już będzie trzeci dzień. Ciało się rozkłada – Maria się
przestraszyła.
 – Co mnie pytasz, spytaj Magdaleną. Stoi przed tobą.
 – Magdo, kochanie. Zostaw. To nie ma sensu. Ja cię rozumiem. Ale ciało w tej temperaturze…
 – Co ty pleciesz – Magdalena wreszcie wybuchnęła. – O jakim zmarłym ty mówisz. Ja nie idę do zmarłego, tylko na spotkanie Jezusa zmartwychwstałego. Przecież powiedział. Czyście powariowały, nie słyszałyście, tyle razy to mówił. Nie dotarło?
 Gdyby piorun z jasnego nieba strzelił, nie zrobiłby większego wrażenia na obu kobietach niż to, co usłyszały. Zapadła cisza. Dopiero po chwili ochłonęły. Pierwsza Joanna zaczęła mówić:
 – Magdo, ty wiesz, że Jezus mówił wciąż w przypowieściach. Przecież rozmaitych słów używał, jak na przykład nie mówił, że córka Jaira zmarła, ale zasnęła, to samo mówił, że Łazarz zasnął. Tak też należy rozumieć Jego słowa o zmartwychwstaniu. Jezus nie ma nikogo, kto mógłby Go wskrzesić.
 – Ojciec. Bóg Ojciec Go wskrzesi – powiedziała krótko.
 Kobiety popatrzyły na siebie.
 – Dobrze – Maria zaczęła pojednawczo – jak wskrzesi, to Go zobaczymy. Ale ty tam nie idź. Gdy do nas przyjdzie, Łazarz wyprawi Mu ucztę na powitanie. Wtedy, tak jak po wskrzeszeniu Łazarza, ty polejesz swoim olejkiem włosy Jezusa. Dobrze? – mówiła pojednawczo.
 Magdalena nie odpowiedziała, ale nie przerywała swojej roboty.
 – Dobrze? – nalegała. – Nie pójdziesz?
 – Ja idę – Magda znowu ucięła.
 – Kiedy chcesz iść? – Maria spostrzegła, że trzeba zmienić taktykę.
 – Zanim wzejdzie słońce. Wychodzę skoro świt.
 – To ja idę z tobą.
 – I ja – dołączyła się Joanna.
 – Nie, wolę sama – Magda odrzucała propozycje.
 – Nie puszczę cię samej.
 – Ani ja – potwierdziła Joanna.
 – Jak chcecie. Ale żebyście potem nie narzekały. To po pierwsze. A po drugie: nikomu ani słowa.
 Była spięta do granic możliwości. Te ukochane przyjaciółki doprowadziły ją do takiego wrzenia, że siebie samej nie poznawała. Opanowała się ze wszystkich sił, żeby nie wybuchnąć, bo czuła, że to się może fatalnie skończyć. Więc milczała, zaciskając zęby aż do bólu. I gdy zdawało się jej, że się przemogła, zaczęła mówić wbrew sobie. Zaczęła mówić powoli, ale czuła w sobie lawinę, która już drgnęła i za chwilę gotowa przemienić się w szaleństwo. Dosłownie w ostatniej chwili przypomniała sobie swój wypróbowany sposób, który ją nieraz uratował – uśmiechnęła się:
 – Zrozumcie. On się obudzi i co? No, powiedzcie mi, co zrobi?
 – Jeżeli już się obudzi – zaczęła Maria ostrożnie – choć przyznam się, że nie bardzo w to wierzę, żeby się tak stało, ale przypuśćmy, że się obudzi, to wstanie i wyjdzie.
 Mario, jesteś dojrzałą kobietą. Jak ty sobie to wyobrażasz – wstanie i wyjdzie. Jak wstanie? Jak wyjdzie? Przecież jest zamknięty w kopercie prześcieradła. Przecież jest okręcony jak kukła, jak egipska mumia. Taśmą płócienną. I to mocno. Byłaś na Golgocie? Widziałaś jak i co robili mężczyźni? Z jaką siłą twardo owijali całe Jego ciało, żeby nie drgnęła ani noga, ani ręka? Jak wyjdzie? Trzeba Mu pomóc. Trzeba tam iść i odkręcić te taśmy, żeby uwolnić i ręce, i nogi.
 – No już dobrze, zgadzam się. Jeżeli się zbudzi, powtarzam. Najpierw się przekonamy, wtedy Go odwiniemy z tych taśm. Ale powiedz, po co mamy brać ze sobą tyle olejków pachnących?
 Magdalena, która zdołała się uspokoić, czuła, że znowu wzbiera w niej fala gniewu. „Niby dlaczego ja mam to wszystko tłumaczyć im. Jakim prawem ona mnie tak egzaminuje”. Ale znowu doprowadziła się do porządku. „Jak się pokażę Jezusowi taka wściekła jak osa?” I znowu się uśmiechając, powiedziała:
 – Chociaż jestem młodsza, to ośmielam się ci powiedzieć, oczywiście żartobliwie, zaufaj mi, mam doświadczenie. Ja już to „przerabiałam”. Nie tak dawno. Mam to za sobą.
 – O czym ty mówisz? Co masz za sobą? – Maria się nie domyśliła.
 – Wtedy gdy Jezus wskrzesił mojego brata. Ty wiesz, co to będzie, gdy Jezusa odkręcimy z taśm i z prześcieradła? Będzie na Nim i wokół Niego obłędna ilość mirry i aloesu, które wspaniałomyślnie Nikodem zakupił. A to wszystko zdołało się częściowo zestalić w jedną, grubą skorupę. Niełatwo to będzie zdjąć. Rozpadnie się szybko, ale jednak. Potem Jezusa trzeba umyć. W tej oliwie, którą ze sobą niesiemy. A potem, żeby nie cuchnął tak oliwą, zlejemy Go olejkami pachnącymi.
 – No, jesteś genialna – Maria popatrzyła na nią z podziwem.
 – Nie genialna. Ja już to znam. Tak samo trzeba było postąpić z Łazarzem, gdy go Jezus wskrzesił.
 Ktoś zastukał do drzwi. Magda wstrząsnęła się. „Któż jeszcze na miły Bóg? Nie dość Joanny i Marii”. Ale przecież zapanowała nad sobą i zawołała:
 – Otwarte! Proszę wejść!
 W drzwiach pojawiła się Maryja, Matka Jezusa.
 – Mateńko moja! – wykrzyknęła Magda i podbiegła do Niej. – Przepraszam, ale nie wiedziałam, że to Ty. Przepraszam, że wołałam tak obcesowo – przytulała Ją do siebie, głaskała po plecach.
 – Ale co ty, dlaczego mówisz, że obcesowo? Uprzejmie. Przynajmniej ja to tak odebrałam.
 – Powiedz, z czym przychodzisz? Czym Ci mogę służyć?
 – Szukałam cię po całym domu, aż się odważyłam tu zaglądnąć. No i szczęśliwie cię zastałam – mówiła z radością.
 – Powiedz, o cóż Ci chodzi?
 – Wiesz, nie bardzo miałam z kim porozmawiać. Wszyscy są tak zajęci, zalatani, nie mają głowy do tych moich spraw. Ale, jak widzę, ja ci tu w czymś przeszkadzam. Wy pracujecie, a ja ze swoimi kłopotami.
 – Myśmy już skończyły – oświadczyła Joanna. – I wynosimy się z Marią. Porozmawiajcie sobie w spokoju.
 Gdy Joanna z Marią wyszły, Magda usadziła swego gościa wygodnie i przysiadając się do Niej, zapytała:
 – Teraz już mamy czas, możesz mi opowiadać, a opowiadać.
 – Oczywiście chodzi mi o Jezusa. Jutro trzeci dzień, jak Go pochowaliśmy. A jak pamiętam, ty na to może nie zwróciłaś uwagi, ale On kiedyś powiedział, że gdy zginie, to trzeciego dnia zmartwychwstanie.
 Magda, słysząc to, patrzyła w Nią jak w słońce, z najradośniejszym uśmiechem, a wreszcie prawie wykrzyknęła:
 – Nie zapomniałam, nie zapomniałam, pamiętam o tym doskonale. Nawet właśnie rozmawiałyśmy o tym z Joanną i z Marią.
 – Coś podobnego, rozmawiałyście? Jakże się cieszę. Ale chodzi mi o coś więcej – tu ściszyła głos. – Widzisz, ja tak się martwię, tak chodzi mi to po głowie, jak to będzie, gdy Bóg Go w swojej łaskawości wskrzesi do życia. Przecież On jest związany bandażami. Jak On potrafi się z tego wydostać? Dlatego też muszę iść do grobu, żeby Mu pomóc. Ale sama nie bardzo mogłabym sobie z tym poradzić.
 – Magda już od chwili chciała Jej przerwać i wykrzyknąć: ”Ależ nie potrzeba, my idziemy we trójkę”, jednak nie chciała Jej przeszkadzać. Niech mówi. Niech jak najdłużej mówi to, co sama wymyśliła i wyczuła w swoim matczynym sercu. Wobec tego słuchała wciąż, urzeczona Jej troską, Jej delikatnością. Wreszcie, gdy Maryja skończyła, powiedziała do Niej najczulej, jak tylko potrafiła:
 – Wyobraź sobie, że my we trójkę – Maria, Joanna i ja idziemy w tym celu do grobu.
 – Coś podobnego? Naprawdę? Pomyślałyście o tym? O, dzieci moje najmilsze, jak ja wam za to potrafię podziękować? Weźmiecie mnie ze sobą?
 – Oczywiście, z największą chęcią, ale… – tu zatrzymała się. – Wiesz, co Ci zaproponuję? Ty zostań w domu. Bo my chcemy tam iść skoro świt. Wyjdziemy jeszcze o zmroku, żeby zdążyć przed wschodem słońca. A to daleko. I będzie chłodno. Może padać. Pogoda taka nieszczególna. Ty zostań. A my jak najszybciej wrócimy z Nim do Ciebie.
 – No, może masz rację. Nie przypuszczałam, że chcecie tak wcześnie wychodzić. Może faktycznie lepiej tak, bo bym wam tylko zawadzała. Wy młode, będziecie szybko szły, a ja już tak nie potrafię. Dobrze, niech będzie tak, jak radzisz. Ale nie boicie się tak w nocy same? Trzy młode kobiety?
 Magda zaśmiała się:
 – Niejednemu mężczyźnie damy radę.