Biblioteka


VIII  Agryppa - Mesjaszem



 

Agryppa – Mesjaszem

1. Agryppa w Jerozolimie

Zapowiedział z góry, żeby nie było żadnych uroczystości z powodu jego przyjazdu do Jerozolimy, że powróci jako pielgrzym, jako pokutnik na miejsce swoich przodków. A nie jako król. Ale tu przeżył zaskoczenie. Spostrzegł, że w odbiorze ludzkim największe wrażenie robiło właśnie to słowo prawie magiczne: król. Okazało się, że dla ludzi mniej ważne było, nad czym będzie królował, a ważna była sama godność króla. I niespodziewanie dla siebie zaczął jeszcze bardziej cenić ten tytuł. A potem coraz wyraźniej zaczął nim grać.
Powtarzał on sam, że przyjeżdża jako pielgrzym, powtarzali to jego zwolennicy dostatecznie długo, aby z jego, jak to nazywał, cichego, skromnego przyjazdu – zrobić sensację, jakiej Palestyna dawno nie przeżywała. Nawet i przez to, że o dniu przybycia nie chciał nikogo powiadomić, doprowadził do tego, że już sama data postawienia jego stopy na ziemi izraelskiej stała się tematem przypuszczeń, prognoz, obliczeń. A już jego wzbranianie się, że nie jest mesjaszem, dało do myślenia nawet jego przeciwnikom, czy jednak nie ma on coś z zapowiadanego pomazańca Bożego. Toteż gdy gruchnęła wieść, że data jego przybycia jest bliska, nie było człowieka, który by nie chciał go zobaczyć i przywitać.

Nie wylądował w Cezarei Nadmorskiej – co zostało przyjęte przez wszystkich faryzeuszów, ale zwłaszcza przez chasydów, z zachwytem: że się nie będzie musiał spotkać z namiestnikiem rzymskim i skalać się wejściem w progi poganina. Przypłynął statkiem koszernym, zbudowanym na jego zamówienie, którym jeszcze nikt dotąd nie płynął, aby mieć pewność, że nie zanieczyściła go obecność jakiegoś pogańskiego człowieka – marynarza, podróżnika czy przypadkowego gościa. Cała załoga była też koszerna. Rekrutowała się wyłącznie z chasydów. Drogę z portu w Joppie do Jerozolimy – jak niektórzy sobie obiecywali – miał przebyć w szatach pokutnych: w pokutnym worku. Ale to się już okazało czystą fantazją, wyssaną z palca. Niemniej, cała droga, którą jechał, była obstawiona tłumami wiwatującymi na jego cześć, zanoszącymi się od okrzyków uwielbienia. Najczęstszymi czy dominującymi okrzykami był śpiewany tekst mesjański:

          Hosanna Synowi Dawidowemu.
          Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie,
          Hosanna na wysokości.

 Nikt nie zwracał na to uwagi, że synem Dawidowym to on raczej nie jest.. Ale to się teraz nie liczyło. Gdy dotarł do bram Jerozolimy, faktycznie włożył na siebie szatę przypominającą worek pokutny, posypał głowę popiołem, rozrzucił brodę jak pustelnik i tak kroczył przez miasto aż do Krużganku Królewskiego.
 Od wylądowania na Ziemi Świętej wszędzie wśród tłumów dawały się widzieć grupki chasydów, wyróżniających się ubiorem i zarostem, ale w Jerozolimie było ich zatrzęsienie, zwłaszcza przy świątyni rzucali się w oczy. W bramie wejściowej Krużganku Królewskiego stali najwyżsi kapłani, Annasz i jego syn, ubrani w pontyfikalne szaty. Po ceremonialnym powitaniu, prowadzili go w szpalerze kapłanów aż do samej góry, do samego ołtarza ofiarnego przed Świętym Przybytkiem, gdzie złożył Bogu wołu, którego wiózł aż z samego Rzymu.
 I tak Izrael miał króla i prawdopodobnie mesjasza. Człowieka, który przejmował rządy po Salome nad Bathaneą i Trachonem, a który w krótkim czasie – co do tego prawie nikt nie miał żadnej wątpliwości – przejmie rządy nad Judeą i Samarią z rąk prokuratorów rzymskich, a w końcu Galileę i Pereę, po najdłuższym życiu Heroda Antypasa, a może jeszcze wcześniej.
 Prawie nikt nie miał co do tego żadnych wątpliwości, bo jakżeby Caligula miał inaczej postąpić wobec swojego przyjaciela, za jakiego miał – co wszyscy dobrze wiedzieli – Agryppę. Nikt już się nie zastanawiał, a przynajmniej nie poddawał pod dyskusję, jak się może prawdziwy chasyd przyjaźnić z poganinem, ale to może polegało i na tym, że wszyscy mówili o przyjaźni Caliguli do Agryppy, a nie odwrotnie, i w ten sposób nikogo to aż tak nie drażniło.
 Wreszcie buchnął czarny dym nad Świętym Przybytkiem, zwiastujący, że ofiara została złożona i przyjęta. Zagrały posauny. Tłum, wypełniający szczelnie wszystkie place i krużganki świątyni, odpowiedział na nie oklaskami. Potem Agryppa, już ubrany w strój królewski, z diademem królewskim nad czołem, zszedł z Dziedzińca Kapłańskiego na Dziedziniec Mężczyzn i powitał zebranych, na co zareagowano huraganowym aplauzem. Z kolei zszedł na Dziedziniec Kobiet i podobnie się zachował, uzyskując również owacje. Stamtąd zaczął schodzić na Dziedziniec Pogan. Ale zatrzymał się w połowie schodów, dając znak, że będzie przemawiał. Nie było to niespodzianką. Wszystko przygotowano na to wystąpienie. A więc powtarzacze rozstawieni byli po całej świątyni, jak również na zewnątrz, aby słyszeć mogli i ci, którzy się nie dostali do środka z powodu braku miejsca. Zaczął pobożnie, bo modlitwą:
 – Szema Izrael – Słuchaj, Izraelu, Bóg twój jest Bogiem jedynym.
 Już recytował jego krąg najbliższy:
 – Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego.
 Za moment już dalsze kręgi i dalsze i za chwilę recytowała cała świątynia głosem potężnym jak w górach lecąca lawina, jak kaskady wód, jak burza. Agryppa śledził pilnie reakcję. Łzy się lały nie tylko po twarzach kobiet i starych ludzi, ale i mężczyzn. Wszyscy płakali. Płakali i recytowali do końca. Poczekał, aż uciszyły się oklaski, które wybuchły na końcu modlitwy. Dopiero wtedy rozpoczął przemówienie:
 – Narodzie wybrany od Boga! – zawołał.
 Tłum oszalał z radości. Wybuchnął okrzykami i oklaskami zdającymi się rozsadzać mury.
 – Synowie Abrahama, Izaaka i Jakuba! – jeszcze raz ich podciął, jak jeździec podcina batem wierzchowca.
 Reakcja była taka sama. Odczekał, aż się uspokoiło i mówił dalej:
 – Jestem waszym bratem. Przyszedłem wam służyć.
 Znowu musiał przerwać z powodu oklasków, które przeszły w pieśń:

 – Hosanna Synowi Dawidowemu,
 Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie,

 Szaweł nie znał Agryppy. Nigdy go nie widział. Teraz stał w tłumie z grupą przyjaciół i przyglądał mu się. Wciąż nie miał zdania na jego temat, choć budował je od lat. Dużo o nim słyszał. Dobrego i złego. Na pewno był ważny. Teraz pojawiał się jako wyczekiwanie narodu. Czy Agryppa był mesjaszem? To nie stanowiło dla Szawła problemu. Z założenia unikał tego słowa. Niemniej, zdawał sobie sprawę, że Agryppa może odegrać zasadniczą rolę w ukształtowaniu świadomości narodowej.
 A tymczasem nowo mianowany król mówił krótkimi zdaniami. I ogólnikami. Pilnował się, tak jak sobie przyrzekał jeszcze w Rzymie, na statku, a zwłaszcza już tu, w Palestynie, żeby się nie dać ponieść emocjom. Powtarzał sobie po tysiące razy: „Słucha mnie nie tylko lud, który na pewno jest ważny, ale słucha mnie namiestnik rzymski, który dobrze wie, że ja chcę zająć również jego miejsce, i donosi, i doniesie do Rzymu każde moje słowo. Słucha mnie Herod Antypas, który marzy, bym się potknął, by on mógł zatrzymać swoje miejsce. A poza tym słuchają mnie arcykapłani i kapłani, saduceusze i faryzeusze, a w końcu chasydzi. A więc, omijać za wszelką cenę wszystkie drażliwe tematy i uderzyć tylko na wspólnego wroga”.
 A więc, byłoby ostatnim głupstwem, by zaatakować Rzymian czy Greków, saduceuszów czy zelotów. Tak naprawdę, trudno było znaleźć wroga, którego można było publicznie nazwać. Na koniec pozostawali mu dwaj: Samarytanie i uczniowie Jezusa, nazywanego przez nich Chrystusem. Chociaż pierwsi byli równie atrakcyjni jak drudzy, zrezygnował z nich i to z bardzo prostego powodu: Jeżeli chce być choćby w najdalszej przyszłości władcą Samarii, nie wolno ich nazwać wrogami. Nawet gdy oni nimi są. I to groźnymi. Pozostali więc uczniowie Jezusa. Po wielu konsultacjach prowadzonych w Rzymie, a nawet jeszcze na statku, zdecydował się w nich właśnie uderzyć w mowie powitalnej. W gruncie rzeczy dlatego, że używali tytułu „Chrystus, Mesjasz” na określenie Jezusa, a przecież on za takiego chciał być uważany.
Wobec tego zawołał:
– A treścią mojej służby jest jedność narodu naszego. Jesteśmy uczniami Mojżesza! I nikogo więcej!
Podchwycili to chasydzi i faryzeusze i zaczęli skandować:
– Moj-żesz, Moj-żesz, Moj-żesz.
To hasło podjęły tłumy i za moment już ogarnęło wszystkich zgromadzonych. Świątynia rozkołysała się imieniem największym, przez nikogo nigdy niekwestionowanym, imieniem największego Izraelity.
Szaweł słuchał, przyglądał się, śledził. Nie uszło jego uwagi najdrobniejsze słowo, najmniejszy gest. Znał się na tym. Uczyli go tego rabini od młodych lat. Uczył się sam u Gamaliela. A teraz, odkąd od niego odszedł, uczył innych. Jako profesjonalista musiał powiedzieć, że wszystko, do na pozór nieważnego szczegółu, zostało przez Agryppę wykonane perfekcyjnie. Skutki były osiągnięte zgodnie z życzeniem twórcy tego widowiska. Podziwiał – i coraz bardziej gardził. Bo wiedział już, że to jedna wielka nieprawda. Że Agryppa to ani patriota, ani Izraelita, ani prawdziwy chasyd a tylko karierowicz.
Tymczasem Agryppa dopiero na koniec zostawił główne uderzenie, które miało być główną treścią jego przemówienia. Z tym tłumy miały wyjść ze świątyni jako najważniejszym posłaniem do wykonania.
I dopiero gdy uniesienie przygasło, gdy krzyk przycichł, jeszcze raz ich podciął:
– I nie chcemy nikogo nazywać nauczycielem ani mistrzem, ani panem, ani mesjaszem, ani Synem Człowieczym, ani Synem Bożym. Jeden jest Bóg i jeden jest Jego wielki prorok, Mojżesz. Precz z odstępcami! Precz z heretykami! Precz ze zdrajcami ojców naszych! Niech będą przeklęci!
Już ostatnie zdania były niesłyszalne. Zagłuszył je ryk tłumu:
– Precz! Precz! Precz! Niech będą przeklęci! Niech będą przeklęci!
I to zdanie przyjęło się. Tłum zaczął je powtarzać. Zrazu niepewnie, a potem z coraz bardziej narastającą siłą skandował:
– Niech bę-dą prze-klę-ci!
Nikt nie miał wątpliwości, o kim mówi Agryppa. Nikt nie miał wątpliwości, kogo przeklina tłum. Nikt nie miał wątpliwości, na jaką drogę Agryppa wprowadza, wiedzie naród żydowski.
– No to teraz wiemy, że od dzisiaj jesteśmy nacjonalistami – powiedział Szaweł do Szymona Trędowatego.
– I ty się tym gorszysz? – Szymon się zdziwił. – A czymżeś ty był całe życie i jesteś aż do szpiku kości jak nie nacjonalistą i fanatykiem?
– O, stary – Szaweł się zaśmiał. – Myślałem, że mnie choć trochę znasz. Ja jestem człowiekiem wolnym. Przynajmniej chcę być takim.
– No, to myślę, że ci się to nie udaje. Zresztą, powiem ci wprost: ja tam uważam, że lepiej być nacjonalistą niż pachołkiem Rzymu.
– Ale najlepiej być wolnym człowiekiem – odpowiedział Szaweł.
I nagle już miał tego wszystkiego dość: „Po co ja tkwię w tym interesie. Niech Agryppa sobie robi to, co robi, ale nie moimi rękami”. Już miał dość Jerozolimy, swoich braci faryzeuszów, synagogi Libertynów, Judei, już chciał się wydostać z tego błota i głupoty, z fanatyzmu. Już widział, jak coraz szczelniej będzie go oblepiał Agryppa. Już był pewien, że zostanie zaproszony do jego pałacu na rozmowę. Już widział siebie przed obliczem tego cwaniaka. Jakby słyszał wszystkie wielkie słowa Objawienia Bożego wymawiane przez tego obleśnego kameleona. Już mu się mdło robiło. Jeszcze nie miał  pomysłu, ale wiedział, że tu dłużej nie pozostanie.
Niemniej, miał dość uroczystości. Tej całej fanfaronady jerozolimskiej. Chciał się znaleźć wśród normalnych ludzi – którzy jedzą chleb ciężko zapracowany swoją codzienną pracą, a wieczorami idą do synagogi, by słuchać słowa Bożego z pobożności, a nie na to, żeby robić politykę. I nagle, gdy tak wracał w milczeniu po uroczystości, w rzece rozgdakanych tłumów, zwracając się do Szymona, który bez przerwy coś mówił, powiedział:
– A co byś ty na to, gdyby tak pojechać w świat?
– Czyś ty zwariował? Teraz, kiedy się tu dzieją takie ważne rzeczy?
– Właśnie teraz. Żeby się przewietrzyć. Żeby odetchnąć od tych tak zwanych ważnych rzeczy.
– Ale dokąd?
– No, mamy jeden kierunek: na północ.
– Tylko co ludzie powiedzą? Co nasi bracia faryzeusze, co kapłani? Licz się z tym, że nie jesteś prywatną osobą. Jesteś człowiek-instytucja.
– Niech mówią, co chcą. Mnie naprawdę to nic nie obchodzi.
– Ty chcesz na zawsze stąd wybyć? – zapytał Szymon Trędowaty, jakby tknięty przeczuciem.
– Czy ja co wiem? Świat szeroki. A mnie w tym grajdole jerozolimskim zaczyna być duszno. Nie, nie, kiedyś wrócimy. Żydzi zawsze wracają do Jerozolimy. Ja bym nie musiał – Szaweł się zaśmiał. – Nic mnie tu nie trzyma. Ani dom, bo go nie mam, ani żona, bo jej też nie mam. Ja zresztą przecież nie stąd, tylko z Tarsu. Ty wrócisz. Nie bój się. Tym bardziej, że masz piękny dom w Betanii, z dużym ogrodem i powinieneś w nim choćby od czasu do czasu trochę pomieszkać.

2.  Piotr w drodze do Samarii

 W Jerozolimie po prostu nie wierzono wiadomościom, które zaczęły docierać z Samarii. Prędzej spodziewano się, że uciekający diakoni zostaną tam zabici przez tych przeklętych – jak to w Judei zwykło się mówić – odstępców. Bardziej w to, niż że przynajmniej jeden z nich zechce się ochrzcić. A tu tymczasem wieść gminna niosła, że podobno całe wsie przyjmują chrzest. Gdyby to była tylko jedna wieś, to i tak wystarczyłoby, żeby wprowadzić gminę jerozolimską w osłupienie.
Potem wiadomości ukonkretniały się: że diakoni tkwią w tym kraju czcicieli góry Gerazim, apostołując od wioski do wioski, od miasta do miasta, od synagogi do synagogi, ustanawiając na odejście „starszego”, który by miał prawo do przewodniczenia w Łamaniu Chleba.
To byłoby małe piwo, gdyby to działo się w Galilei, w Abilenie czy Trachonie. Czy choćby po miastach greckich. To wszystkich by radowało. Ale że to się działo w Samarii, doprowadzało do wzburzenia niektórych bardziej zagorzałych antysamarytan. Wreszcie Piotr nie wytrzymał i oświadczył:
– Ja tam idę. W końcu mi Jezus powiedział: „Paś owce moje, paś baranki moje”. Mario, podzielasz moje zdanie?
– Tak – Matka Jezusa oświadczyła bez wahania. – I myślę, że nie tylko ja tak uważam, ale wszyscy tu zebrani.
Janek jakby na to czekał. Nogi go świerzbiły. Natychmiast wykrzyknął:
– I ja z tobą!
– A przecież ty wraz z Jakubem jesteś odpowiedzialny za Jerozolimę.
– Tak, jestem odpowiedzialny, jestem odpowiedzialny – Janek odpowiedział płaczliwym głosem. – Mam dosyć tego. Do niczego mnie nie dopuszcza. O niczym mi nie mówi. Na nic mi nie pozwala. Wszystko sam. Ja idę z tobą do Samarii.
– Ale ja mam zamiar najpierw spełnić obietnicę, którą dałem ludziom z Liddy. Najpierw tam idę.
– To umawiamy się w stolicy Samarii, dobrze? Ja tam podejdę. A potem będziemy wędrować po tym kraju. W dwójkę.
– No już dobrze.

I tak Piotr zaczął od Liddy. Ale był tam krótko. Prawie że uciekł stamtąd. Bo myślał, że go rozdrapią. Pokazywali go sobie palcami na ulicy. Wykrzykiwali na jego cześć, dotykali jego szat, całowali po rękach jak świętego, a niektórzy nawet padali przed nim plackiem i całowali jego stopy. To wszystko go najpierw zaskakiwało, śmieszyło, zawstydzało, krępowało, przerażało, w końcu męczyło, utrudniało, przeszkadzało w normalnym kontakcie z ludźmi. Już nie wytrzymywał.
Na pozór nie było powodu. To była kolejna miejscowość na jego trasie, jaką sobie wyznaczył, idąc do Samarii. I stało się, że zaproszono go w gościnę do domu Eneasza. Który to Eneasz od ośmiu lat leżał sparaliżowany. Jakoś ci sparaliżowani za nim chodzili, czy on był prowadzony przez Pana Boga do sparaliżowanych. Nie wytrzymał, widząc człowieka w sile wieku leżącego jak kłoda na łożu, pochylił się nad nim, przytulił go do siebie i modlił się gorąco do Boga. Prawie tak jak wtedy, w świątyni jerozolimskiej nad sparaliżowanym żebrakiem.
I Bóg go wysłuchał. Eneasz drgnął, objął go ramionami i, płacząc, zaczął całować z wdzięczności. Potem Piotr kazał mu wstać i zaścielić łóżko, żeby wiedział, jaką radość sprawia praca.
No, ale to doprowadziło do szaleństwa mieszkańców Liddy. Już po prostu nie mógł się pokazywać w synagodze ani na ulicach, bo mu nie dawano spokoju.
Owszem, chodził mimo wszystko do synagogi i mówił kazania. Rabin, chcąc nie chcąc, na to przystawał, bo bał się ludzi. Więc zgadzał się na to, że w murach jego synagogi ktoś opowiada o Bogu-Miłości. Ale Piotr tak dotrwał tylko parę dni.
Potem uciekł do Jafy. A właściwie nie uciekł, tylko wyciągnęli go tam. W Jafie miał być. To było faktycznie kolejne miasto, dokąd chciał się udać. Bo tak wielu mieszkańców uwierzyło Jezusowi, że Bóg jest miłością, że należało ich odwiedzić. Ale wieść o cudzie w Liddzie rozniosła się i doszła aż tam. A tam z kolei była dziewczyna, Tabita – czyli Gazela – która się rozchorowała i, niestety, umarła. Więc tamtejsi bracia i siostry w Jezusie wymyślili to, co mogli wymyślić najprostszego: że jest w pobliżu Piotr, to on powinien wskrzesić Tabitę. I tak się stało. Dwóch uczniów przyszło do niego, prosząc:
– Przyjdź do nas natychmiast.
To w końcu nie tak daleko. Więc przyszedł. Również żeby się wyrwać z Liddy. Na miejscu obskoczyły go wdowy i niewdowy, pokazując, że przyodziewek, który mają na sobie, to dary z rąk Gazeli. I tak zaprowadziły go do izby na górze, na piętrze, gdzie leżały jej zwłoki.
Nie wierzył, że Bóg go wysłucha. Bo przecież co innego uzdrawiać sparaliżowanych, a co innego wskrzeszać zmarłych. Ale gdyby odmówił, to by może powiedzieli, że niechętny, że mu się nie chce, że gardzi, że się ociąga i już nie wiadomo co jeszcze więcej.
Wobec tego poszedł. Na świadectwo, że ma dobrą wolę, ale gdy nic z tego nie wyjdzie, to już nie jego wina. Więc udał się na to piętro, uklęknął przy zwłokach i prosił, nie wierząc, że uprosi. Potem już prosił, wierząc, że uprosi. Wreszcie prosił, będąc pewny, że uprosi.
I uprosił. Dźwignęła się i usiadła. Wcale niezaskoczona ani niezdziwiona. Tak jakby dopiero obudziła się ze snu. Podał jej rękę, pomógł zejść. I uciekł, zanim ludzie zdążyli wpaść do izby, zanim podniósł się krzyk radości, który zdawał się rozsadzać mury.
Uciekł na ustronie, do garbarza, jednego z braci w Jezusie, który od samego początku wydał mu się najbliższy. Bo tak jak on, Piotr, był małomówny a konkretny. Bo tak jak on – człowiek ciężkiej pracy, choć garbarz a nie rybak. A przecież mógłby być rybakiem, bo mieszkał nad brzegiem morza, jako że garbarzowi też jest potrzebna woda, choć nie w takich ilościach jak rybakowi – tak sobie podżartowywali.
Czuć tu było trochę skórami, choć nie za bardzo, bo wiał prawie wciąż wiatr od morza. A przynajmniej było daleko od miasta i spokojniej. Zresztą garbarz był stanowczy i wiedział, że Piotr też człowiek i musi żyć. Wobec tego ludzi nie wpuszczał do niego. Chyba że był powód.

3.  Agryppa w Cezarei Filipowej

Agryppa dawno nie widział Cezarei Filipowej. Wobec tego był bardzo ciekawy, co zastanie. Zdecydował się wjechać do miasta w nocy. Uroczyste powitanie i przejęcie władzy wyznaczył dopiero za trzy dni. Jeszcze przed miastem przesiadł się z konia do lektyki, by się nie pokazywać.
Zaskoczyła go już ulica główna, którą wjeżdżał – czysta, szeroka, uporządkowana – domy stojące przy niej. Zaskoczyli go ludzie, którzy mimo nocnej pory czekali na niego, również z kagankami, ale przeważnie z pochodniami w ręku. Zaskoczył go pałac. Najpierw piękną architekturą grecką: skromny, ale funkcjonalny, umieszczony w obszernym ogrodzie. Ale i tym, że był przygotowany na jego przyjazd. Łącznie z posiłkiem dla niego i jego ludzi. A wreszcie oświetleniem – zwłaszcza przepięknie wyglądały oświetlone fontanny. Czekał na niego nie tylko pałac, ale czekała służba i dotychczasowa gospodyni tego domu, Salome – żona zmarłego Heroda Filipa. Już po posiłku, pomimo późnej godziny, pomimo zmęczenia drogą, o którym zapomniał, zaskakiwany wciąż nowymi, przyjemnymi niespodziankami, nie odchodził od stołu, pomimo że Salome przynaglała go do tego, przypominając mu o trudach podróży.
– A co z tobą będzie dalej? – pytał ją. – Nie mogłabyś tu zostać? Nie lubisz tego pałacu? Miejsca chyba tu dość, abyśmy się mogli pomieścić.
– Lubię ten dom. Bardzo nam tu było dobrze. Urządziliśmy go, jak można było najpiękniej.
– To tym bardziej. Po co odchodzić.
– Bo jego już nie ma. Człowieka, którego kochałam ponad wszystko.
– Chyba jako ojca.
– Nie ojca – poprawiła go. – On był moim wujem.
– Tak czy owak, on przecież był starszy od ciebie, jeżeli się nie mylę, o trzydzieści lat.
– Mogłabym powiedzieć równie dobrze, że był młodszy ode mnie o wiele więcej niż trzydzieści lat. Był cudowny, młody duchem i kochał mnie jak chłopiec.
– Jak się domyślam, po śmierci twojego męża już tu nikt nie mieszkał.
– Po prostu udało mi się to przeprowadzić. Jak wiesz, tetrarchię męża zagarnęła Syria, oczywiście za zgodą Rzymu, ale uprosiłam cezara, aby pałac zostawił nienaruszony, dla swojej dyspozycji. Zlecił mi nawet jakieś funkcje administracyjne, które, chcąc nie chcąc, przyjęłam. To już trzy lata od jego śmierci. A mnie się zdaje, jakbym Heroda Filipa widziała wczoraj.
– Słyszę, wyszłaś ponownie za mąż.
– Tak, za Arystobula z Chalkis w Libanonie.
– Tak mówisz o miłości twojej do zmarłego Filipa, a jednak zdecydowałaś wyjść za mąż po raz drugi.
– Z Filipem nie miałam dzieci. To tak trudno kobiecie odchodzić z tego świata, nie zostawiając po sobie potomstwa. Powiedziałam: choć trójkę. Już dwoje porodziłam. Śliczne chłopaki.
– Ja mam czwórkę. Niestety, trzy dziewczyny: Berenikę, Mariannę i Druzyllę. Na szczęście moja Base Cypros uratowała swój honor i urodziła chłopaka. Dałem mu na imię również Agryppa. Będzie następcą tronu. Ale niech na to czeka jak najdłużej.
– No, ja jeszcze urodzę, może Bóg da jeszcze jednego chłopaka. Potem już mogę umierać.
– Nie wstyd to mówić o śmierci. Taka młoda, śliczna kobieta! Przecież ja jestem od ciebie starszy o jakieś dwadzieścia pięć lat, a o śmierci ani myślę. Ty teraz masz dwadzieścia cztery lata.
– Ale ja już swoje przeżyłam. Mogłabym moim życiem obdzielić paru ludzi.
– Myślisz tu z pewnością o tym, co się wydarzyło, kiedy byłaś jeszcze na dworze u Antypasa. Chodzi ci o Jana Chrzciciela?
– Tak.
Zbliżał się brzask. Już ciemność nocy przełamała zorza poranna, która od chwili zaznaczyła się na niebie. Teraz odcinały się od niego czarne grzebienie szczytów górskich. Agryppa mówił dalej:
– Nie muszę ci przypominać, że nie lubię Antypasa, choć to mój wuj. Nawiasem mówiąc, uważam, że zrobił błąd, zabijając Jana. Trzeba go było tylko odciągnąć od złego ducha, jakim był Jezus i tylko Tego ukarać.
Salome, zaskoczona tym oświadczeniem, wysłuchała go ze ściśniętymi ustami, ale i tak wyrwał się z nich okrzyk:
– Za co?! Za co? Czego On takiego strasznego nauczał, żeby Go wieszać na krzyżu.
– Dla Niego nie ma różnicy między Izraelitą a poganinem. Nie ma różnicy między niewolnikiem a królem czy nawet cezarem. Nie ma różnicy…
– I ty to mówisz? Ty, który się uważasz za Greka, a przynajmniej hellenistę.
Agryppa zmieszał się. Ale zaczął się tłumaczyć:
– Po pierwsze, jestem, co by nie mówić, Izraelitą i muszę myśleć kategoriami mojego narodu. A po drugie, mówisz „również Grecy czy helleniści”. Nie zgodzę się. Tak daleko, jak On idzie, to się nie śniło ani jednym, ani drugim. A przy tym: u Niego to nie filozofia, ale czysto religijne myślenie, oparte na jednym pewniku, który brzmi: Bóg kocha każdego człowieka, niezależnie od tego czy święty, czy grzesznik, zdrowy czy chory, bogaty czy biedny. A to jest już szaleństwo.
– No, tutaj się różnimy. Ja Jego myślenie uważam po prostu za genialne. I adoruję ten geniusz.
W jadalni było już jasno. Słońce wypełniło swoim światłem całą dolinę, ku której był zwrócony pałac.
– Pięknie tu u was – Agryppa przerwał dyskusję.
– I spokojnie – uzupełniła Salome. – Tak sobie nieraz myślałam: Co ty tu będziesz robił? I nie znajdowałam odpowiedzi. Filip studiował filozofów greckich – będąc sam filozofem. Ale ty? Taki polityk? Co ty będziesz robił w tej pięknej, ale przecież dziurze. Jerozolima, Cezarea Nadmorska, Tyberiada to byłyby dla ciebie miasta.
– Zostawiłem sobie dom w Rzymie. Myślę, że często tam będę jeździł. A na te inne miasta, które wymieniłaś, może też przyjdzie czas. Na razie trzeba iść spać. Dziękuję za powitanie i tę nocną rozmowę.

 
4.  Gmina w Damaszku

 Wieczorem w domu Ananiasza, po Łamaniu Chleba, przystąpiono – jak to już stało się obowiązującym zwyczajem – do skromnego posiłku. Pojawił się chleb, ser, wino, owoce. Tym jednak razem cel był dodatkowy. Niezmiernie ważny. Ludzie miejscowi chcieli usłyszeć od diakonów z Jerozolimy, co się tam dzieje. Przybysze: Prochor i Nikanor byli zauważalni. Wyniszczeni drogą, spaleni słońcem, widać było, że jeszcze nie przyszli do pełni sił. Ale przecież radośni i gotowi do odpowiedzi na pytania.
– Nie poznalibyście Jerozolimy, gdybyście się tam znaleźli – zaczął relację Prochor. – Oczywiście, mówimy o Jerozolimie, którą opuściliśmy. Bo jesteśmy już w drodze jakiś czas.
– Ale co, ale co? Przecież świątynia stoi, jak stała. Stoją mury, pałace, domy. Co się zmieniło? – słuchacze niecierpliwili się.
– Atmosfera, klimat, nastrój.
– Dobrze: atmosfera. Co to znaczy, co się dzieje? – żądano wyjaśnień.
– Wszyscy czekają na cud.
– Na jaki cud? – napięcie przy stole rosło coraz bardziej.
– Że po latach niewoli powstanie niepodległe państwo izraelskie.
– W jaki sposób? Przecież to trzeba sobie jakoś wyobrazić.
– Dokona tego Agryppa-mesjasz.
Rozstrzeliły się głosy: jedni wiedzieli wszystko na ten temat, drudzy nic, wreszcie inni: coś niecoś.
– Agryppa nie mesjasz, ale kolaborant – ktoś prychnął – oddany duszą i ciałem Caliguli. Liczy na to, że dzięki swojemu służalstwu i jego łaskawości odzyska królestwo Izraela obszarem równe królestwu jego dziadka, Heroda Wielkiego. I koniec – ktoś podsumował.
– To ty tak wiesz! – dopowiedział jeden z współsiedzących. – Ale ludziom potrzebna jest legenda i Agryppa też dba o nią.
– Legenda i ideologia – odezwał się Nikanor.
– Jak to rozumiesz? – zapytał Ananiasz.
– Agryppa przez swoich ludzi szerzy wizje prorocze, że na to, by Bóg przywrócił królestwo izraelskie, potrzeba najpierw oczyścić święte miasto Jeruzalem od zarazy herezji czy schizmy, czyli podziału, jaki stworzyli wyznawcy Jezusa. I nie tylko Jeruzalem. Teraz już się mówi o całym terytorium Ziemi Świętej, a nawet o całym Izraelu, łącznie z tymi, którzy żyją w gettach po całym świecie.
– I stąd ukamienowanie Szczepana – stwierdził Ananiasz.
– To tylko symbol, nauczka, przykład, co się stanie z każdym zwolennikiem Jezusa, gdy zajmie się apostołowaniem.
– Ale to była, jak to w tutejszych synagogach przedstawiono, spontaniczna reakcja tłumu.
– Nieprawda – Nikanor zaprzeczył. – To była operacja precyzyjnie przygotowana i przeprowadzona. Choć nie przeczę, że teraz już mogłaby być spontaniczna. Po ulicach Jerozolimy włóczą się bandy rozrabiaków, którzy są gotowi do każdej zbrodni. Wystarczy, żeby ktoś wrzasnął: „Tu są »Jezusowcy« czy »uczniowie Jezusa«”. Wtedy wpadają, wywlekają do więzienia albo biczują w synagogach, a nawet gotowi są zamordować na miejscu.
– Tyś się wyraził, że mord na Szczepanie został przygotowany. No to jeżeli wiesz, to powiedz coś więcej: kto tym kieruje?
– Słusznie. Nie powiedziałem o Szawle. Jakoś zdawało mi się, że to już wszyscy wiedzą. Faktycznie, nic o nim nie słyszeliście?
– Nie. A czy przypadkiem to nie ten uczeń Gamaliela, który wygłaszał kiedyś porywające homilie w synagodze Libertynów?
– To ten. Tylko teraz zajmuje się przede wszystkim niszczeniem uczniów Jezusa z diaspory.
– Mów dokładnie – ktoś go upomniał: – Dlaczego nie wszystkich, tylko hellenistów, jak nas w skrócie określają.
– Na hebrajczyków też przyjdzie kolej – Prochor powiedział złowieszczo.
– Na pewno, ale teraz jest tak, że tamtych pozostawiają w spokoju. Nawet apostołów nie tykają. Źli są tylko helleniści, którzy uwierzyli w Jezusa.
– Ale czemu się tak na was zawzięli?
– Bo mówią, że my wszyscy tacy sami jesteśmy jak Szczepan. Że odrzucamy świątynię, wierzymy, że Bóg mieszka w sposób szczególny w Jezusie, a nie w Święte Świętych, odrzucamy ofiary składane w świątyni i głosimy, że jedyną ofiarą jest nasze życie w miłości. Ot, tak z grubsza.
– A czy judejscy uczniowie Jezusa tak nie myślą?
– Oni podobnie. Ale my przede wszystkim – tak bym to określił. Przecież oni chodzą na wszystkie uroczystości do świątyni, uczęszczają codziennie, a przynajmniej w szabat, do synagogi i zachowują wszystkie przepisy mojżeszowe, zwłaszcza te szabatowe.
– A helleniści to są wszyscy Izraelici spoza granic Palestyny?
– Dokładnie tak.
– Tylko krążą plotki, że Szaweł ma zamiar nie ograniczyć się do Jerozolimy, nawet nie do Palestyny, ale chce poszukać wyznawców Jezusa w diasporze.
– Chcesz powiedzieć, że powinniśmy się go spodziewać w Damaszku również?
– Jeżeli w plotkach mieści się jakaś prawda, to tak, i to nawet wkrótce. Będzie stąd uprowadzał ludzi i wlókł przed sądy w Jerozolimie.
– I dlatego, jak rozumiem, przyszliście do nas, aby nas ostrzec.
– Piotr polecił, by wszyscy helleniści niezwłocznie opuścili miasto i kraj i uprzedzili was o ewentualności prześladowań.
– Bez przesady – odezwał się Ananiasz jak głos lejący oliwę na wzburzone fale. – Nie zapominajmy, że mieszkamy w Damaszku. Rządzi tu król Aretas IV od jakichś trzydziestu lat i nie wyobrażam sobie, żeby zezwolił na to, by ktoś jego obywateli porywał i stawiał przed sądy w Jerozolimie. Tym bardziej, że jest uczulony na punkcie Judejczyków, zwłaszcza Heroda, który wziął jego córkę za żonę, potem ją odprawił, żeby się złączyć z żoną swego brata, Herodiadą. Chyba z tego powodu wypowiedział mu wojnę, w której zresztą pokonał Antypasa.
– No, faktycznie, tak to było – przyznał Nikanor.
– A więc nie – zamknął sprawę Ananiasz. – Jeżeli nawet, w co wątpię, zawita do nas Szaweł, to nie po to, żeby uprowadzać nas czy kogoś z naszych ludzi, ale żeby – ironizował – utrwalić wiarę naszych ojców w narodzie i wytoczyć „druzgocące argumenty” przeciwko nauce Jezusa.

5. Szaleństwa Caliguli

  Pierwsze pytanie, jakie Agryppa postawił po przybiciu do portu rzymskiego swojemu majordomusowi, który na niego oczekiwał, było:
– Czy cezar jest w Rzymie?
– Nie ma – usłyszał odpowiedź.
– No to zajmij się wyładunkiem, a szczegółowo porozmawiamy na ten temat, gdy będziemy na miejscu.
Wsiadł do pojazdu, kazał się wieźć do pałacu i pogrążył się w rozważaniach.
Z jednej strony poczuł rozczarowanie. Ale z drugiej ulgę, że będzie miał chwilę oddechu, że trochę odpocznie po tej morskiej podróży, której nigdy nie znosił.
A więc zapowiadał się dla niego czas szczególnego życia. Niby nicnierobienia, wizyt składanych rozmaitym ludziom, na pozór tylko z grzeczności. A przecież czas pilnej obserwacji, pod przykrywką kurtuazji, rozmów błahych – o pogodzie, o skandalach i skandalikach, o tym, kto gdzie buduje, kto co komu sprzedał, kto się z kim rozszedł, kto się z kim ożenił, która za kogo wyszła za mąż. Pływanie po wierzchu, a naprawdę – wyszukiwanie gruntu pod nogami. Posługiwanie się uśmiechami, dowcipami, dwuznacznikami dla zmylenia przeciwnika, wprowadzenia w błąd. A wciąż gra o  pieniądze, o wpływy, gra o życie swoje, bliskich, obcych, przyjaciół, przeciwników. Wiedzieć, dowiedzieć się jak najwięcej. Nie powiedzieć nic, nie oddać ani jednego niepotrzebnego słowa, nie zdradzić się ani jednym grymasem ust, bo to może kosztować bardzo wiele. Pamiętając, że wszystkie linie krzyżują się w jednym punkcie: koncentrują się wokół osoby cezara. O niego idzie walka. O jego słowo, gest przyzwalający, o jego uśmiech, rozjaśnione spojrzenie, o przychylną myśl tego władcy życia i śmierci.
Musiał przyznać, że to lubił. Lubił tę żonglerkę słowną, tę grę o życie i o śmierć. Lubił atmosferę patrycjuszowskich salonów, przyjęć. Już tam myślami, sobą samym był. Już się tam widział. Tylko najpierw wykąpać się po tygodniach brudu, zaduchu, ciasnoty, nagromadzenia rzeczy i ludzi. Tylko znowu poczuć pod nogami wielką płaszczyznę marmurowych posadzek wyszlifowanych idealnie. Tylko jeszcze przebrać się w świeżą tunikę, narzucić togę, włożyć pierścienie na palce, wsiąść do lektyki. Na razie był w swoim wozie bojowym, który uwielbiał. Pędził do domu, cały wychylony w przyszłość. Prawie nie widząc ulic, domów, ogrodów, pojazdów, ludzi.

Gdy już wreszcie siedział przy stole – przy stole, który się nie kołysał, gdy przy piciu wina nie musiał się martwić, czy trafi kielichem do ust i ile rozleje mu się płynu po brodzie – mógł wreszcie postawić swojemu majordomusowi pytanie, co dzieje się na dworze cesarskim i słuchać jego opowiadania.
– A więc twierdzisz, że z cezarem jest gorzej niż było tuż po chorobie? – pytał prawdziwie zaniepokojony a nawet przestraszony.
– Wasza królewska mość raczy pamiętać, jak przyjął naród jego wybór: jak decyzję bogów! Jeszcze nawet nie pojawił się w Rzymie, a już osiemnastego marca senat unieważnił wolę zmarłego Tyberiusza, w której ten zalecał, aby Caligula panował wspólnie z Gemellusem. Senat jednomyślnie przekazał mu władzę imperatora i trybuna ludowego, i urząd najwyższego kapłana, i tytuł augusta. Niby to się mówiło, że Caligula już dorosły, bo już liczy dwadzieścia pięć lat, a Gemellus dopiero osiemnaście. Ale przecież była to sprawka Macrona, dowódcy pretorianów, który wymusił tę decyzję na senacie.
– To wiemy. Mów, co się teraz dzieje.
Ale majordomus nie mógł sobie podarować, aby przeskoczyć w swoim opowiadaniu to, co uważał za bardzo ważne, i nie słuchając napomnienia, snuł swoją opowieść:
– Pamiętasz, najdostojniejszy panie, jak Caligulę powitano, gdy wchodził do Rzymu z prochami Tyberiusza. To nie był pochód żałobny, ale triumfalny. A potem lud rzymski aprobował wszystko, co tylko robił młody władca. Pamiętasz, jak było szeroko komentowane, że przywiózł z wysp Pandateria i Pontia prochy swojej matki Agrypiny i brata Nerona i złożył je w mauzoleum cesarskim. Że zmienił miesiąc september na germanicus, aby uczcić ojca. Że odwołał ludzi zesłanych na wygnanie z przyczyn politycznych, że nie przyjmował donosów.
– Ale w październiku cezar się rozchorował – Agryppa przerwał gadule.
– Tak było od wiosny do października, a potem przyszła choroba. Cały Rzym rozpaczał, i to naprawdę, nie na żarty. Rzym modlił się o uzdrowienie cezara chyba jak nigdy dotąd. Składano tysiące zwierząt ofiarnych. Ludzie tłumnie nocowali u wzgórza Palatynu, aby być bliżej cierpiącego cezara.
– No i wyprosili – Agryppa przynaglał opowiadacza.
– Tak, ale z łoża wstał inny człowiek. Tuż zaraz wysłał żołnierzy do Tyberiusza Gemellusa, aby odebrał sobie życie za to, że podobno już gotował się do objęcia władzy cesarskiej. Tak samo uczynił z Macronem, z którego przecież pomocą osiągnął to, co osiągnął. Również i żonę Macrona zmusił do samobójstwa, która była zresztą jego kochanką. I zaczął szaleć. Urządza wyścigi rydwanów, za którymi przepada. Dnie całe spędza w stajni. Ma ulubionego konia, którego – jak mówią – miał zamiar mianować konsulem. Uwielbia walki gladiatorów, erotyczne sztuki teatralne i takież popisy taneczne, na których przesiaduje.
– Przecież to wszystko kosztuje. Skąd on bierze pieniądze?
– Tyberiusz był zapobiegliwy. Skarb pozostawił pełny. Teraz już świeci pustkami. Dlatego Caligula wytacza procesy i zagarnia majątki bogatych patrycjuszów.
– Procesy? Za co?
– Za wszystko. Najczęściej za zły stosunek do jego matki, Agrypiny Starszej, prześladowanej przez Sejana i Tyberiusza, do jego braci: Nerona, Druzusa. Również ma pretensje, że zbyt słabo opłakiwali śmierć jego siostry Druzylli.
Agryppa słuchał z coraz większym zainteresowaniem tego obszernego opowiadania, na które początkowo narzekał. Nie jakoby to wszystko było dla niego absolutną nowością. Owszem, dochodziły do niego w Cezarei Filipowej rozmaite informacje o dziwacznym zachowywaniu się cezara. Ale traktował je jako plotki, jako wyolbrzymienia – ot, zawsze wokół cezara roztacza się atmosfera nadzwyczajności. Tymczasem to, co teraz usłyszał, nie tylko potwierdzało tamte wieści, lecz czyniło je groźnymi, niebezpiecznymi.
I nagle poczuł się w swojej rezydencji obco. I nagle wydała mu się za ciasna jadalnia, w której siedział, za mały ogród. Jakoś ten swój rzymski dom zawsze wiązał z osobą Caliguli i traktował go jak najbezpieczniejsze miejsce na świecie. A teraz poczuł się zagrożony. Zatęsknił za Cezareą Filipową. Za jej przestronnym pałacem królewskim, wśród ogrodów urządzonych na modłę grecką. Za Cezareą i widokami na góry z okien swojego królewskiego pałacu. A tymczasem majordomus opowiadał dalej. Prawie że go nie słuchał, aż padło słowo: crimen laesae majestatis. Zareagował nerwowo:
– Co ty mówisz, przecież Caligula zaniechał procesów o obrazę majestatu.
– Wznowił je. W swojej mowie do senatu już je zapowiedział. A wiesz, najjaśniejszy panie, jak zareagował senat? – majordomus zapytał prowokująco.
– Nie, nie wiem – odpowiedział odruchowo.
– Ustanowił doroczne święto, by uczcić tę decyzję cezara!
W Agryppie wybuchła panika. Uciekać! Uciekać? Za późno. „Gdy cezar po powrocie do Rzymu dowie się, że tu byłem, ale wyjechałem bez zobaczenia się z nim – to oznacza wyrok śmierci. Bo będzie mnie podejrzewał o spisek przeciwko niemu. Teraz już tu muszę zostać. Pułapka. Wygodna, wytworna pułapka, do której w każdej chwili mogą zapukać żołnierze, z poleceniem, bym sobie odebrał życie. Pod zbrodnię laesae majestatis podciągano za Tyberiusza wszystko, to i teraz tak będą robić”.
– Ale naród powoli zaczyna mieć tego dość – majordomus był niezmordowany. – Zaczyna się tu i ówdzie coś ruszać.
– O czym myślisz?
– Po domach ludzie zaczynają narzekać – gawędziarz bał się użyć słowa cięższego.
– Spiski?
– Tak.
I nagle to, o czym marzył jeszcze w Cezarei, potem już na statku – że będzie chodził na przyjęcia, na których będzie prowadził rozmowy z przyjaciółmi i nieprzyjaciółmi, pijąc dobre wino i zagryzając homary – ukazało mu się jako samobójstwo. Jak bańka za dotknięciem ten obraz rozprysnął się. Nawet go przestraszył. A tymczasem majordomus mówił dalej:
– Ludzie przytaczają przykłady jego szaleństw, wskazujące na to, że zwariował i powinien zostać odsunięty od władzy.
– Na przykład? – spytał odruchowo.
– Choćby to, że się obwołał bogiem i identyfikuje się a to z tym, a to z innym bogiem, najczęściej z Jowiszem, każe oddawać sobie boską cześć. Zbudował ku swojej czci świątynię. Inni śmieją się, że on taki wariat nie jest, bo ustanawia wciąż kapłanów, którzy mają prawo składać ofiary w tej świątyni. Ale za tę godność muszą słono płacić.
Już sobie postanawiał jak najmniej chodzić po domach. A unikać jak ognia rodzin nieprzyjaznych cezarowi. Z przerażenia wyrwał go znowu głos jego rozmówcy:
– A ja chyba wiem, czego oni nie odkryli.
– Co ty wiesz? – spytał, nie orientując się, o co mu chodzi.
– Tobie mogę powiedzieć, ale z prośbą, żebyś tego nie traktował poważnie, bo przecież mogę się mylić.
– Mów – nalegał.
– Claudiusz! – ten wykrzyknął. – Jego wuj!
– Co Claudiusz? – nic nie rozumiał.
– Przecież ci opowiadam, że ludzie snują już domysły, kto przyjdzie po Caliguli. I nie widzą nikogo z rodziny Julijskiej. Bo ci albo umarli, albo zostali wymordowani. No i stwierdzają, że nie ma już nikogo bliskiego. A ja mówię: Claudiusz.
– Który to? – zdumiał się. – Czyżby ten skryba, gryzipiórek, który bez końca siedzi w starych szpargałach?
– Właśnie ten. Mogę ci powiedzieć. Syn Druzusa i Antonii Młodszej, córki w prostej linii Marka Antoniusza i Oktawii. A więc Claudiusz jest bratem Germanika i Liwii. A wszyscy jakby o tym zapomnieli, ale ja pamiętam.
– Wobec tego Claudiusz będzie po Caliguli? Ten stary już człowiek? – Agryppa wciąż się dziwił.
– Nie, nie, on nie taki stary. Owszem, jest dwadzieścia dwa lata starszy od Caliguli. Choć na bardzo starego wygląda.
– Tak? Tylko dwadzieścia dwa lata starszy? – przypominał go sobie słabo.
– Szczupły, przygarbiony, jąkający się, utykający na nogę. Milczący, nieśmiały – opisywał majordomus.
Teraz już wiedział. Spotykał Claudiusza przecież przy stole. Pamięta, jak wyśmiewał go Caligula z byle jakiego powodu. Nie! Majordomus się myli. To nie on jeden wie o tym, że Claudiusz jest wujem Caliguli, tylko nikt takiego safanduły nie uwzględnia jako kandydata do tronu. Ale już był pewien: Musi za wszelką cenę nawiązać z nim kontakt.
– Ty powiedziałeś, że on pisze. Co on pisze?
– Co pisze! O wojnach domowych – rozmówca starał się przypominać – o Kartaginie, o Etruskach…
– Na pewno o Etruskach?
– Tak, na pewno.
Już wiedział. Już wiedział wszystko: cały plan działania. Wstał od stołu energicznie.