Biblioteka


IV



 

IV

„NIE ZABIJAJ”

     „Nie zabijaj”. Temat: morze. Zajmiemy się pewnym aspektem, który jest pomijany.
     „Nie zabijaj”. Nie zabijaj swoim smutkiem, swoją złością środowiska, w którym żyjesz. Miną, odezwaniem się, tonem, jaki masz w głosie. Ludzie potrzebują uśmiechu – tak jak świat potrzebuje słońca. Tylko wtedy może się dziać dobrze, może się rozwijać myśl wolna, nie ograniczona twoimi uprzedzeniami. Wtedy, kiedy ludzie odważają się mówić, nie milkną przestraszeni twoim wzrokiem. To twój szacunek wobec drugiego człowieka, którego możesz zgasić – a tego ci nie wolno, któremu możesz dokuczyć złośliwością, surowym tonem, złym spojrzeniem. Twój uśmiech, twoja pogoda to tak jak słońce padające z jasnego nieba na cały świat. To jak słońce, pod którego ciepłem i promieniami mogą się rośliny rozwijać.
     Pozwól ludziom żyć. Pomagaj im się otwierać, myśleć, działać. Żeby z pojawieniem się twoim nie padał na nich strach. Niech się nie boją mówić. Niech mówią to, co chcą. A ty nie karć ich, nie wyśmiewaj ich, mówiąc, że to głupota, że brak inteligencji, że brak inicjatywy, że starodawne myślenie, staromodne, że tak się dzisiaj nie myśli, nie mówi, nie postępuje.
     Nie bądź tym, który wszystko wie, który wszystko ocenia i wszystko krytykuje. Niech się ludzie nie chowają przed tobą. Niech czują na sobie twój przyjazny wzrok. Doceniaj ich drobne nawet sukcesy, drobne nawet powodzenia, pomysły, inicjatywy. Chwal – jeżeli to słowo może być pozytywnie oceniane. Niech czują się zrozumiani, dowartościowani. Ty jako ojciec, jako matka, jako starszy brat, jako starszy kolega. Nie zabijaj. Nie mów, że wszystko stracone, wszystko przegrane, że się już nic nie da zrobić, ażeby uratować siebie, swoje środowisko. Ty jako ktoś w ogóle. Nawet gdy będziesz od swojego rodzeństwa młodszy, nawet gdy będziesz od swoich kolegów młodszy – nie bój się do nich uśmiechnąć, nie bój się wyjawić swoich zamiarów, swoich pomysłów. Żyj. Tak jak kwiaty, które otwierają się pod wpływem słońca. Niech ludzie patrzą za tobą, tak jak te kwiaty patrzą za słońcem, które wędruje po niebie. Niech ludzie w tobie pokładają ufność – że nie jest tak źle, żeby nie można było z tego nieszczęścia, z tej trudnej sytuacji wybrnąć.
     Nie zabijaj, siadając za kierownicą. Podporządkuj się wszystkim znakom drogowym, Ogranicz szybkość swojego samochodu, gdy tego one żądają. Nie przekraczaj ciągłej taśmy biegnącej po asfalcie. Nie staraj się udowadniać, że twój samochód jest lepszy, szybszy, zgrabniejszy. Nie staraj się udowadniać, że jesteś kierowcą znakomitym, odważnym. Zwłaszcza przy trudnych wyprzedzeniach.
     Pilnuj świateł. Nie jedź na czerwonym świetle, licząc na to, że się uda, że ktoś zaśpi za kierownicą, że ktoś nie wystartuje tak szybko jak ty. Nie trąb, nie mrugaj reflektorami. Przestrzegaj przepisów ruchu. Nie bierz przykładu z tych, którzy je łamią. Gdy masz dużą trasę przed sobą i już przejechałeś za kierownicą godzinę, dwie, trzy, rób przerwy – na parkingu albo na postoju przed restauracją, napij się herbaty, wody mineralnej, porozmawiaj, przejdź się chociażby parę kroków wokół swojego samochodu. Odpocznij, aby odnaleźć równowagę, uspokój rozdygotane nerwy. Nie przeklinaj kierowców, którzy brawurą ryzykowali wszystko.
     Nie parkuj byle gdzie, byle jak, byle na siłę, byle się wcisnąć. Nie parkuj w miejscach niedozwolonych na parkowanie.
     Nie złość się na służby drogowe, że chcą ci dokuczyć, nie licz na to, że może się uda ich przeskoczyć, zagadać, że przyjmą za prawdę twoje tłumaczenie.
     Nie kombinuj w zakładzie pracy. Pogadaj z kierownikiem, przełożonym twoim czy twoje pomysły są do przyjęcia przez dyrekcję, nie rób na własną rękę niczego ryzykownego. Nie traktuj ich – kierownictwa – jako tchórzów, jako przygłupów, trzymających się przepisów nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo po co.
     Bądź w pracy solidny, pracowity, punktualny, obowiązkowy, dotrzymujący słowa, obietnicy, polecenia.
     Umiej przeprosić. Nie obrażaj się. Zwłaszcza gdy upomnienie było trafne i słuszne.
     Gdy koledze albo koleżance w pracy się nie powiedzie, bądź ostatnim, który będzie domagał się usunięcia jej z zakładu. Ale jak trzeba, jak cię wyznaczą do tej roboty albo ty z własnej woli będziesz mógł, pogadaj, wytłumacz, uspokój, poproś, przeproś, namów, żeby się podjął obrony swojego stanowiska, swojego czynu, swojej decyzji. Może ci się uda. Kiedyś będzie ci wdzięczny. Albo nawet gdy nie okaże swojej wdzięczności, nie rób z tego kwestii, wyrzutów, nie upominaj się o wdzięczność.
     Nie podnoś ręki do uderzenia. Nie bij swojego dziecka. Nawet nie dawaj klapsa. Licz na potęgę słowa, na potęgę prośby twojej. A gdy się nie udało opanować swojej złości, to przeproś swoje dziecko.
     Nie podnoś ręki na swojego kolegę – za to, że cię obraził, że ci dokuczył, że cię naraził na kpiny, na wyśmianie. Nigdy nie bij drugiego człowieka. Nawet jakby twoim zdaniem na to zasłużył. Ani fizycznie nie uderzaj, ani słowem nie uderzaj. Nie wyśmiewaj, nie kpij, nie prześmiewaj, nie żartuj sobie. Bo nie wiesz, jak głęboko możesz kogoś urazić, obrazić, dotknąć, uderzyć – zabić.
     A gdy przyjdzie do oskarżenia twojego kolegi albo koleżanki publicznie, przy świadkach, strzeż się ciężkiego słowa, obwinienia. Bo jeżeli przez ciebie, przez twoje oskarżenie utraci pracę, jeżeli nie będzie mógł uzyskać innej, jeżeli popadnie w biedę, ty będziesz winny temu. Jak mu potem wynagrodzić, jak mu pomóc?
     Nie uderzaj, bo możesz zabić. Nie uderzaj, bo ten ktoś, kogoś chciał tylko uderzyć, upadnie i umrze – bo uderzy głową nie wiadomo o co i stanie się. To tylko w niektórych filmach telewizyjnych walki wręcz trwają nieskończenie długo. A przecież wystarczy jedno uderzenie, nie z zamiarem zabicia, a zginie człowiek, nie przywrócisz mu życia. To tylko na filmach kryminalnych w telewizorach dzieją się rzeczy niesłychane – że człowiek zbity dźwiga się jak gdyby nigdy nic i dalej walczy, a przecież powinien zginąć od tamtego uderzenia.
     Oprócz śmierci fizycznej jest śmierć duchowa: fałszywe oskarżenie. Może nawet nie fałszywe, oskarżenie błędne – bo ani nie była to intencja zła, ani to nie był czyn, który spowodował straty materialne albo fizyczne. A oskarżenie idzie po linii duchowych powodów, przesłanek, które rzucają śmiertelny cień na człowieka oskarżonego przez ciebie. Zabić go nie fizycznie – to stanie się być może z jego własnej ręki, jego samobójstwa – ale zabić go duchowo. Zniszczyć go przed społeczeństwem, z którego został wywleczony. Zniszczyć go wbrew jego intencjom, zamiarom, celom. Nie: wystawić na pośmiewisko, bo to za mało, ale zabić go jako człowieka uczciwego, sprawiedliwego, kierującego się dobrą intencją. To jest zabójstwo gorsze niż zabójstwo fizyczne – że cię pokazywać będą palcami na ulicy, że kiedyś podejdzie do ciebie człowiek i w twarz ci napluje, przeklnie cię, zwyzywa cię, sponiewiera cię na oczach nieznanych ci ludzi albo przed całym zgromadzeniem.
     Śmierć duchowa jest okrutniejsza niż śmierć fizyczna. Bo śmierć fizyczna przysługuje każdemu człowiekowi. Taki jest nasz los. Ale śmierć duchowa to śmierć ludzi złych. Odwołać – nie sposób. Nawet gdy zostanie człowiek zrehabilitowany, to pozostaje w duszy ludzi niepewność: czy ta rehabilitacja jest prawidłowa, sprawiedliwa, rzeczywiście pomyłka nastąpiła, czy tez jest to sprawiedliwość wygrana, zapłacona, przepłacona, ażeby uratować dobre imię. „Kłamcie, kłamcie, zawsze coś z tego zostanie” – jak miał powiedzieć ktoś z ludzi francuskiej rewolucji. Słowa: oszust, kłamca, sprzedawczyk – które przekreśla wartość człowieka jako obywatela godnego swojego przymiotnika. I nic nie pomoże, że żył bezinteresownie, budując porządek polskiej rzeczywistości.

 
 

„NIE CUDZOŁÓŻ”

     Pan Bóg stworzył nas jako istoty społeczne, gromadne. Dał człowiekowi drugiego człowieka, aby mu było lżej iść przez życie. Od człowieka zależy, kogo sobie wybierze za partnera. To jest proces, który nie może trwać przelotnie, zaskoczyć nas absolutnie. I do tego aktu przysięgi wierności trzeba się przygotować. Trzeba być pewnym, że można tej przysiędze zawierzyć swoje życie i zostać jej wierny, dając partnerowi szczęście i samemu brać od niego szczęście.
     A jak to Gałczyński mówi:
      
       „Mówiłam tobie już pięćdziesiąt kilka razy,
       żebyś już poszedł sobie, przecież pada deszcz,
       to przecie śmieszne takie stać tak twarz przy twarzy,
       to jest naprawdę niesłychanie śmieszna rzecz;
      
       żeby tak w oczy patrzeć: kto to widział?
       żeby pod deszczem taki niemy film bez słów,
       żeby tak rękę w ręku trzymać: kto to słyszał?
       a przecież jutro tutaj się spotkamy znów”.

     A tymczasem to nie ma się co dziwić, że oni rozmawiają czy stoją na przystanku, czy wieczorem po pracy przed snem, chociażby w bramie, na podwórku, spacerując na ulicy czy w parku. Bo mają do załatwienia bardzo ważną sprawę – swoje szczęście i szczęście swojego partnera. A na to trzeba rozmawiać, trzeba się wygadać, trzeba zdradzić sekrety swojego serca, trzeba usłyszeć życiorys swojego partnera – drugiego „ja”. Trzeba się zgodzić na jego wizję świata, na jego koncepcję życia, na jego cele, zadania. Póki czas, póki jeszcze nie ma powiedzianego ostatniego słowa. Bo po co sobie robić potem tyle trudności, wyrzuty, skoro trzeba było przygotować faktycznie jak najuczciwiej się do tego aktu.
     Tu należy pomagać w poznaniu środowiska, w którym ona dotychczas żyła i żyje w dalszym ciągu. Tu się nic nie skończyło, nic się nie zacznie – będziemy szli już torami dotąd uczynionymi w tamtym kierunku, w którym zaczęliśmy naszą życiową drogę.
     Poznać jej matkę. Bo to, jak ją widzisz, matkę, możesz zasadnie przypuszczać, że tak będzie wyglądała twoja dziewczyna, gdy dojdzie do tych samych lat, co teraz ma jej matka. To samo musi sobie powiedzieć dziewczyna o swoim chłopcu, patrząc na jego ojca. Aż do najmniejszego szczegółu, aż do robienia porządku w pomieszczeniu, które posiadają. Czy jest bałaganiara, czy jest czysta, czy jest niechlujna, czy starannie zamiata, czyści swoje pomieszczenie. Przy tym, przysłuchuj się, jaka jest mowa, którą posługują się ludzie w tym domu. Jaki jest sposób zachowania się, odnoszenia się jednych do drugich. Bo ona – twoja dziewczyna – to wszystko przyniesie do waszego domu ze sobą razem, nauczona przez lata spędzone pod wspólnym dachem jej domu.
     Aby go poznać, aby ją poznać, nie wystarczy spotykać się w kawiarni wyłącznie albo w kinie. Trzeba spotykać się w rozmaitych sytuacjach. Bo tylko tak można prawdziwie poznać, prawdziwie się zaprzyjaźnić.
     Bo to będzie wasze niebo tu na ziemi. Nie bój się nazywać swój dom niebem. Tak być powinno. Oczywiście, że są niedopracowania, niespodziewane zdarzenia, których nie przewidywałaś, ale niech nie wytrąca cię to z równowagi, pilnuj się, żebyś tego szczęścia na ziemi nie zakłócił.
     I nie daj się zwieść makijażem – że tak wymalowana, że takie rzęsy, brwi, zaróżowione lekko policzki, dokładnie ubrana, fryzura. To wszystko odpadnie. Będzie inaczej. Chyba tylko od święta, ale nie na co dzień. Będzie zmęczenie, będzie pot na twarzy, będą obwisłe ramiona, zmęczony głos. Z tym się licz. Że wróci z pracy naburmuszony, wściekły. Pozwól mu wygadać się, wyżalić się. Niech usłyszy siebie samego skarżącego się do ciebie na swoich przełożonych. Masz prawo do tego, masz obowiązek – słuchać. On też ma prawo do tego: powiedzieć. A ty obowiązek – że zachowasz w tajemnicy, że będziesz najwyżej główkowała, jak by wyrwać męża z tego zaklętego kręgu powiązań, koneksji, przyobiecań, obietnic dyrekcji zakładu.
     Twój uśmiech, twoja pogoda to jak słońce, pod którego ciepłem i promieniami może świat się rozwijać.
    
       „Bo mój chłopiec piłkę kopie,
       wczoraj bramki strzelił dwie.
       Od niedzieli do soboty
       ciągle tylko mecz, mecz, mecz”.
    
     Spełniaj życzenia, które on wyraża. Gdy cię prosi, żebyś poszła z nim na stadion piłkarski, bo on będzie wtedy grał albo może nie będzie grał, tylko patrzył, ale niech wie, że się ty przejmujesz tym, czym on się przejmuje, tobie zależy na tym, na czym jemu zależy. Że jesteś jego kibicem w najlepszym tego słowa znaczeniu. A jeżeli jesteś fanem teatru, to spróbuj namawiać swojego chłopca, ażeby od czasu do czasu poszedł z tobą do teatru na klasykę krajową czy międzynarodową, na nowości, które proponuje teatr. Podobnie gdy chodzi o koncerty. Jeżeli lubisz koncerty, klasykę, muzykę poważną, spróbuj go namówić – żeby on usłyszał to, co ty słyszysz, żeby on się nacieszył tym, czym ty się cieszysz, żeby on pokochał to, co ty pokochałaś. I rozmawiaj potem z nim na ten temat. Pomóż mu przyjąć muzykę, odbierać muzykę, tak jak odbiera on chociażby śpiew poszczególnych artystów rockowych.
     I nie gardź jego kolegami, jego koleżankami, którzy tak jak on albo jeszcze bardziej zdecydowani są na sport, są zafascynowani sportem, na przykład piłką nożną. Nie uważaj, że jesteś mądrzejsza, lepsza, bardziej kulturalna – że ty do teatru, a on tylko na boisko sportowe. Zaprzyjaźnij się z jego przyjaciółmi, koleżankami. Żebyś nie była obca, żebyś nie była ta inna, ta patrząca z góry na to, co twój mąż wyrabia. Jesteś tak jego, jak on do ciebie należy i ty uczestnicz w jego radościach i smutkach, wygranych i przegranych.
     Dziel się trudnościami ze swoim chłopcem, tak jak on swoje kłopoty przynosi do ciebie. Wysłuchuj jego narzekań, jego skarg. Staraj się mu pomóc, chociażby tym jednym – pilnym słuchaniem.
     I na tej drodze wzajemnego poznawania dorośniesz do decyzji: Chcę z nim zostać na całe życie. Bo gdy wyjedzie, gdy go nie ma zaledwie kilka dni odczuwasz brak, tęsknotę. Stwierdzasz, że jeżeli ci potrzebny do życia jak powietrze, jak chleb, to nie ma co się namyślać, nie ma się nad czym wahać. I tak dorośniesz do decyzji: Chcę zostać przy nim na zawsze. Bo kocham go.
     W podobny sposób przeżywa on tęsknotę za tobą – za twoją obecnością, za twoim głosem, za twoim myśleniem. Jest ci potrzebna w sprawach błahych i wielkich. Jej dorosłość, dojrzałość, mądrość wypróbowałeś i przekonałeś się, że miała rację. Że doradzała słusznie, trafnie. Brak ci jej głosu, jej widoku. Przekonujesz się, że ją kochasz.
     Potem ślub i wesele, aż wreszcie spokój.
     Miej radość ze współżycia seksualnego. Niech cię raduje to, gdy mąż jest również szczęśliwy. Planujcie dziecko względnie dzieci. Jeżeli okaże się, że żona jest w stanie błogosławionym, oczekuj na nie. Dbaj o żonę wtedy w sposób szczególny. Niech czuje się zaopiekowana w sposób wyjątkowy. Bo dzieje się kolejny cud: że rodzi się człowiek. Ale nie tylko rodzi się, ale dorasta do roli człowieka. Módlcie się o szczęśliwy poród. A potem sam poród. Niekoniecznie w twojej obecności. I wreszcie w swoje ręce weźmiesz twoje dziecko. Pomóż żonie w codziennej trosce o dziecko – przewijanie, kąpanie, usypianie, śpiewanie mruczanek albo i starych piosenek, tych, które przy tobie śpiewała twoja matka.
     To miało być twoje szczęście na ziemi. I to szczęście na ziemi już jest. Doceniaj to.
     Trzeba wynieść się z domu rodziców jak najszybciej do swojego gniazda. Chociaż ono byłoby niewielkie, ale własne. Żeby ci nie wchodzili na głowę twoi krewni, członkowie rodziny. Zachowuj się z godnością, ale i stanowczo. Nie pozwól, żeby mieszali się do twojego sposobu opieki nad dzieckiem. Owszem, słuchaj ich rad, ale bądź ostrożna w realizacji. Wybieraj starannie, segreguj – co może dziecku zaszkodzić, a co może przynieść upragniony wzrost.
     Baw się dzieckiem. Tak jak i mąż się lubi bawić. Umożliwiaj to jemu.
     I świętuj rocznice – tak ślubu, jak imieniny twoje i męża, jak urodziny teraz twojego dziecka i chrzest.
     Jak również, niech twoje dziecko nie wygania cię z domu. Owszem, kontakt miej z kolegami, z rodziną twoją i jego rodziną ustawicznie musi trwać. I należy im się to od ciebie, tak jak dotąd, każde świętowanie rocznic domu rodziców twojej żony. Szanuj ich. Chociaż czas biegnie, siwieją im głowy, troszczą się może nawet nadmiernie o was, jak sobie dajecie radę. Być może, że będzie potrzebna pomoc twojej matki albo jego matki – wtedy, kiedy idziesz do pracy, a dziecko jeszcze nie dorosło do tego, by mogło być oddane do przedszkola. Korzystaj z tej propozycji. Nie bądź zazdrosna, że odbiorą tobie miłość twojego dziecka. Trzeba pogodzić pracę zawodową z pracą w domu; kontakty z ludźmi z kontaktami z dzieckiem twoim.

       „- Powiedz mi, jak mnie kochasz.
        – Powiem.
        – Więc?
        – Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.
         Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
         W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
         W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
         I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
         I gdy jajko roztłukujesz ładnie –
         nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
         W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
         I na końcu ulicy. I na początku.
         I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
         W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.
         W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.
         Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą”.
                          
                                            (K. I. Gałczyński, Rozmowa liryczna)

     Nie zazdrość koleżankom i kolegom twoim, że może mają lepsze warunki niż ty, że większe mieszkanie, obszerniejsze, lepiej zaprogramowany dzień przez ich krewnych czy przez opłacaną pielęgniarkę, która przychodzi w czasie nieobecności żony, męża do domu. Każdy sobie radzi jak potrafi.
     Dziękuj Panu Bogu, że masz dziecko. Trzeba pomyśleć o drugim, i to nie z wielką odległością czasu, żeby się wychowywały w dwójkę, wtedy jest wszystko inaczej, inaczej przygotowane do życia – gdy jest wychowywane w rodzinie, gdzie jest dwoje dzieci albo jeszcze lepiej, gdy jest troje dzieci. 
 

 

DRUGI CZŁOWIEK
 

       „Aż przyszedł jesienny dzień. Typowa plucha – zimno, wietrzno, deszczowo. Siedziała na furcie zmarznięta, okutana w co tylko miała pod ręką, i pisała swój „Dzienniczek”. Na taki czas psa z kulawą nogą nie uświadczy.
       Nagle usłyszała głos:
       – Siostro…
       Podniosła oczy. Przed nią stał obtarganiec. Włosy w strąkach, przemoczony na wylot, brudne ręce.
      – Może mi siostra dać coś ciepłego do jedzenia? Głodny jestem. I zmarznięty.
      Nie budził zaufania. Żądał, nie prosił. Ot, jeden z takich młodych gniewnych, którzy mają pretensje do wszystkich o wszystko. Dopiero teraz spostrzegła, że jest bosy. „Jakieś buty trzeba by mu znaleźć” – pomyślała. „Ale najpierw coś ciepłego do jedzenia. Trzeba się wykiklać z bambetli, wejść w deszcz, aby dostać się do kuchni. Tam powinna być zupa z obiadu. Może jeszcze ciepła. A jak nie, trzeba podgrzać”.
       – Proszę chwilkę poczekać.
       Zawahała się. „Może on specjalnie wysyła mnie stąd, bo chce coś ukraść? Ale przecież nic takiego wartościowego tu nie ma. Ryzykujemy. Biegiem”.
       Rzuciła się pędem przez deszcz. Kuchnia. Garnek. Pokrywka. Jest. Niewiele, ale dla niego starczy. Najważniejsze, że jeszcze ciepła. Chochla. Nabrała od spodu, żeby gęstsza. Wlała do półlitrowego garnuszka. Można jeszcze zagęścić. Chleb. Gdzie chleb? W szafie. Jest. Ukrojona kromka. Wdrobić. Zamieszała. Przykryła spodkiem i biegiem z powrotem na furtę. Może odszedł. Nie, jest. Jakby nawet trochę odtajał. Podała mu z uśmiechem, zdyszana.
       – Proszę.
       Wziął, nic nie mówiąc. Zaczął pić, pomagając sobie łyżką. Nie patrzyła na niego, żeby go nie krępować. Podniosła oczy dopiero wtedy, gdy usłyszała:
       – Dziękuję.
      Odebrała pusty garnuszek. On odwrócił się, skierował się ku wyjściu – i niespodziewanie odwrócił twarz w jej stronę. Twarz najpiękniejszego Człowieka na świecie. To był Jezus.
      I usłyszała Jego słowa: «Chciałem doświadczyć twojego miłosierdzia»”. 
                        
                                                           (M. Maliński, Faustyna znaczy szczęśliwa)

     „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego”. A tuż zaraz: „A bliźniego swego jak siebie samego”.

     Na sądzie ostatecznym Najwyższy Sędzia, zwracając się do zbawionych, powie:
     „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego. Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie».
    
     Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?» A Król im odpowie: «Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili»”.
 
A zwracając się do potępionych, Najwyższy Sędzia powie:
     „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie».
    
     Wówczas zapytają i ci: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?» Wtedy odpowie im: «Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili»”. 
 
     Bóg mówi do nas przez swojego Syna, utożsamiając się z ludźmi poszkodowanymi. Niemogącymi stawić czoła obowiązkom, które nakłada im społeczeństwo. Bóg domaga się współczucia. Utożsamia się z głodnymi, z chorymi. Ale nie dość na tym – utożsamia się z ludźmi, których społeczeństwo odrzuciło: „Byłem w więzieniu, a nie przyszliście do Mnie”.
 Tajemnica tego przykazania miłości bliźniego: Bóg objawia się w każdym człowieku. Również w chorym, w grzeszniku, w żyjącym w nieprawości. Ale kocha. A więc Bóg jest przy nas, na wyciągnięcie ręki. On jest w narkomanie biorącym narkotyk, w pijaku nadużywającym alkoholu. Domaga się ratunku, pomocy, współczucia.
     Ten motyw powraca w Ewangelii. W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, Jezus stawia przed sobą dwóch ludzi – Żyda i Samarytanina – którzy czuli do siebie niechęć, jak nie wprost nienawiść zakotwiczoną głęboko w historii. A kończy tę przypowieść w zdaniu skierowanym do Żyda, które może wywołać tylko wzburzenie, niechęć tak ze strony Żydów, jak ze strony Samarytan: „Idź i ty czyń podobnie”.
     To znaczy: Patrz na Samarytanina, który uratował Żyda. I teraz, jak się trafi okazja i zobaczysz pokaleczonego Samarytanina, to poratuj go, tak jak ten Samarytanin poratował twojego brata Żyda.
     I papierkiem lakmusowym miłości Boga jest właśnie ta miłość do bliźnich. I to do bliźnich, którzy zawinili względem nas, którzy mają u nas konto obciążające ich. Dla nas nie ma wroga, nie ma nieprzyjaciela, nie ma grzesznika.
     „Nie przyszedłem do sprawiedliwych, ale do grzeszników”.
     To jest prawda, przed którą Żydzi stanęli murem, stwierdzając, że jest nie do przeskoczenia. Na tym zamknęli swoje Objawienie, swój Testament.
     A my jesteśmy tymi, którzy podjęli prawdę o Bogu kochającym każdego człowieka. O Bogu, który prosi o pomoc, o ratunek.
     Historia powtarza się w wypadku Zacheusza.

     „Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło»”.

     Taką samą miłość okazuje dobry ojciec, który widząc marnotrawnego syna wracającego do domu, nie żąda przeprosin, nie wyznacza pokuty, ale poleca przynieść świeżą suknię, wkłada na palec pierścień i organizuje przyjęcie – radosne, dziękując Bogu za ten dar, jakim jest syn, który odszedł ale powrócił, prosząc o przebaczenie.

     To się okazało na samym końcu życia Jezusa na ziemi. Gdy został zdradzony za 30 srebrników. Gdy pouciekali w popłochu wszyscy apostołowie. Nie ma słowa wyrzutu, którym by Jezus obciążył ich. Ale już zapowiadając swoje przyjście do nich, powiedział niewiastom, które wracały od Jego pustego grobu: „Idźcie i powiedzcie braciom moim”. Nazwać bratem człowieka, który w chwili próby uciekł ze strachu, zaparł się Go – to wielka rzecz.

     A cała awantura, która wybuchła w Nazarecie przy pierwszym wystąpieniu Jezusa w ich synagodze, obrazuje nam granice, których przekroczyć nie są w stanie Żydzi w nienawiści do nie-Żydów. Chociaż Jezus w swoim przemówieniu powołuje się na Stary Testament – że to prorok został wysłany przez Boga, aby uratował umierającą z głodu pogankę i aby oczyścił z trądu Naamana, dowódcę armii – poganina.

     „Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane:
     
        Duch Pański spoczywa na Mnie,
        ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie,
        abym ubogim niósł dobrą nowinę,
        więźniom głosił wolność,
        a niewidomym przejrzenie;
        abym uciśnionych odsyłał wolnymi,
        abym obwoływał rok łaski od Pana. 
     
     Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: «Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli». A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: «Czy nie jest to syn Józefa?» Wtedy rzekł do nich: «Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum». I dodał: «Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman». Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się”.

    
     „Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują.
    
     Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych”.

     I tak jakby nie było innego ważniejszego tematu nad ten, w modlitwie, którą podyktował, jest passus przekraczający możliwość pełnego zrozumienia i przyjęcia dla wyznawcy Jezusa. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Innymi słowy: Bóg ma wzorować się w swojej miłości do nas, wzorować się na naszej miłości do nieprzyjaciół naszych? Mamy bardziej kochać bliźniego niż Bóg ich kocha?
     A przy tym mamy nie być smutni, ponieważ smutek obciąża nas i nasze otoczenie. Mamy być pogodni, życzliwi. Mówiąc paradoksalnie uśmiechnięci – zawsze, mimo wszystko. Mając nadzieję i ufność w Bogu, który kieruje losami ludzi. Mamy być pogodni. Jako dzieci do swoich rodziców, jako rodzice do swoich dzieci, jako uczniowie do swoich nauczycieli, jako nauczyciele do swoich uczniów. Stwarzać atmosferę pogody. Nie strachu, nie bojaźni, ale prostoty. Dzień bez uśmiechu jest dniem przegranym, nieudanym, fatalnym. Tylko pogoda, uśmiech, optymizm jest promieniem pochodzącym od Boga. „Święty smutny to smutny święty”.

     Faustyna ułożyła modlitwę, przed śmiercią, do Boga:
     „Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.
     Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.
     Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.
     Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.
     Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.
     Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, abym zawsze spieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.
     Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój”.

     Bo tym Faustyna chciała żyć i żyła.