Biblioteka




7. Powrót do źródeł


 


     Musimy wykonać drogę powrotną: po pierwsze, musimy swoją intuicją wyczuwać Boga i przeżywać Jego obecność. Boga, który jest immanentny w świecie – który jest obecny w ogromie nieba, morza, ziemi, gwiazd, mądrości przyrody nieożywionej i ożywionej, w skałach i w glebie, w roślinach i zwierzętach, w każdym człowieku.
     Innymi słowy, należy powrócić do prawdy o immanencji Bożej w świecie. Odsunęliśmy ją w cień, bo żyliśmy – i w jakiś sposób wciąż żyjemy – w konfrontacji z religiami pogańskimi. Stąd podkreślaliśmy naszą chrześcijańską specyfikę: prawdę o Bogu transcendentnym, osobowym, Jedynym w Trójcy Świętej. A tymczasem trzeba Boga obecnego w przyrodzie i w nas nie tylko wyczuwać, przeżywać, ale i zachwycać się Nim. Trzeba przyjąć Go w siebie samego. Dopiero to jest wiara. To po pierwsze.
     Po drugie, trzeba, żeby Pismo Święte było naprawdę odczytane. Trzeba powrotu do słowa Bożego, zapisanego w Księdze świętej.
     Księgi święte przechowują w miarę wiernie prawdy głoszone przez założyciela religii.
     Przyjrzyjmy się tym świętym tekstom starotestamentowym – one, podobnie jak hinduistyczne, buddystyczne czy też mahometańskie, nie są wykładem teologicznym. To nie jest nawet historia życia Abrahama, Mojżesza czy proroków Izraela. To są teksty literackie. Jest tam poezja, są legendy, są bajki, są przypowieści, są aforyzmy, są powieści historyczne.
     Dostałem kiedyś list z Australii, w którym to liście domagają się ode mnie wyjaśnienia odnośnie do artykułu prof. Zeeva Herzoga – znanego archeologa. Artykuł ten ukazał się w dzienniku „Haarec” w Tel-Awiwie i mówił między innymi, że zburzenia Jerycha nie było, bo Jerycho nie miało murów. Archeologiczne wykopaliska nie odsłoniły żadnych pozostałości murów. I dalej: że wątpliwy jest pobyt Żydów w Egipcie, a więc i cała historia z Józefem i jego braćmi – bo żadne hieroglify na papirusach czy na murach o tym nie wzmiankują. Jak również, że źródła archeologiczne ani pisane nie potwierdzają, żeby Jerozolima była za czasów Dawida czy Salomona potężnym ośrodkiem miejskim. A wreszcie, że nie ma żadnych przesłanek, aby twierdzić, iż państwo tych królów było tak olbrzymie terytorialnie, jak Pismo Święte podaje. Wobec tego ten list błaga o to, żebym się do tego artykułu ustosunkował, ponieważ ludzie w tym środowisku, które ten list reprezentuje, są wstrząśnięci i uważają, że zostały podważone fundamenty religii chrześcijańskich, żydowskiej i w ogóle religii.
     Naomi Szemer, popularna pieśniarka Izraela, śpiewa: „Mówią mi, że Biblia jest tylko mitem. Nawet jeśliby tak było, mit ten jest istotniejszy dla nas od wszystkich starych kamieni”.
     Zrozumiała, o co chodzi. I chwała jej. I chwała tym, którzy tak Biblię traktują.
     Tak sobie myślę, że najważniejsze jest to, czego się dziecko nauczy w szkole podstawowej. Dlatego też do nauki religii w pierwszej, drugiej, trzeciej klasie powinni być kierowani prawdziwi teologowie, obdarzeni, oczywiście, umiejętnościami pedagogiczno-dydaktycznymi. Bo te lata, a może jeszcze wcześniej: przedszkole, zapadają w dziecko na całe życie. I potem bardzo trudno odwrócić bieg myślowy, który został nadany dziecku w tych pierwszych latach. To tak na marginesie.
     A co do niepokojów autora listu: trzeba najpierw powiedzieć, że przeżyliśmy najróżniejsze hipotezy i teorie archeologiczne, udowadniające w sposób niewątpliwy, że coś było albo nie było, jak Biblia podaje, a potem przyszły kolejne badania i wykazywały, że Biblia ma rację. Ale nie o to teraz tu chodzi.
     Chodzi nam o to, że Pismo Święte to nie jest podręcznik historii. Jeżeli ktoś szuka murów Jerycha, które Żydzi zburzyli, trąbiąc i maszerując dookoła tego miasta, to może i znajdzie. A jak nie znajdzie, niech się nie dziwi. Bo Pismo Święte to nie jest historia. To literatura, która może mieć zakotwiczenie w faktach historycznych – i przeważnie jakieś ma – ale nie musi! Jeżeli z tego wynikają trudności w wierze, to ja już nie rozumiem.
     To mi przypomina człowieka, który się pochwalił, że przeczytał cztery razy cały Stary Testament razem z Nowym. Jeżeli czyta Stary Testament z takim kluczem, jak mówimy: że jest to literatura religijna, która służy temu, żeby nas zbawić – czyli zachwycić życiem w miłości – to dobrze. To niech czyta. Ale dziennie nie więcej niż dwa zdania, najwyżej jedną przypowieść. Nie więcej. Ale jeżeli ktoś twardo siądzie i czyta? Tak na siłę – jak Pismo Święte, to trzeba przeczytać. No i czyta codziennie pół godziny czy 15 minut, czy stronę. To jest totalne nieporozumienie. To jest Pismo, które służy temu, aby nas uświęcić, a nie przekazać informacje o życiu Józefa czy Abrahama.
     I dlatego radziłbym przychodzić codziennie do kościoła na Mszę świętą, żeby wysłuchać Pisma Świętego.
     Pamiętam, kiedyś ktoś mi powiedział: „To u protestantów jest przynajmniej tak, jak być powinno. Tam jest czytane Pismo Święte w kościele, a nie żadna Msza święta. Pismo Święte jest czytane i komentowane przez księdza. Uczy ludzi mądrości. A my, katolicy, co? Nam się nawet zakazywało czytać Pismo Święte”.
     A przecież na Mszy świętej trwa czytanie Pisma Świętego. Stary Testament czyta ksiądz bądź lektor, bądź ktoś ze świeckich zaproszony do pulpitu, a ksiądz czyta Ewangelię, która interpretuje tekst starotestamentowy, i objaśnia ją w homilii. I ta okoliczność daje największe szanse, że teksty Pisma Świętego będą potraktowane przez uczestników Eucharystii nie jako dokument historyczny, ale jak literatura religijna.