Biblioteka





TRZY KOLORY MIŁOŚCI


                                                                        
                                                                   Już kocham cię tyle lat,  
                                                                   na przemian w mroku i śpiewie 
                                                                                                                                 (K. I. Gałczyński)


     Miłość ma swoje fazy rozwojowe. Staje się coraz to inna. I bywa tak, że człowiek niezorientowany w tym może uznać, że jego miłość się skończyła, a to jest po prostu jej nowy etap. Może być tak – i czasem tak się zdarza – że człowiek nie chce się zgodzić na to, by jego miłość uległa metamorfozie, chce ją zatrzymać na zawsze w tamtym dawnym kształcie – i to może doprowadzić do tragedii.
     Jakie są te etapy, jak one przebiegają. Można by takich etapów wyliczać dziesiątki, i tak nie wyczerpalibyśmy wszystkich. A poza tym, w miłości każdego człowieka jest inaczej. Ograniczymy się do trzech. Są one najbardziej typowe i mogą każdemu pomóc jakoś się znaleźć, a ukazują zarazem niebezpieczeństwa, które niosą. Ale już na wstępie trzeba się zastrzec, że w każdym z tych etapów pobłyskuje następny z mniejszą lub większą siłą. Po drugie, już w pierwszym mogą się pojawiać cechy charakterystyczne dla drugiego i trzeciego. A wreszcie, nawet kolejność może ulec zachwianiu.
     Pierwsza miłość to miłość zielona. Najbardziej intensywna, emocjonalna, angażująca całego człowieka, gwałtowna, ale i najbardziej niedojrzała. Miłość marzeń, tęsknot i uniesień, oczarowań, zachwytów, radości. Jest to okres najbardziej charakterystyczny dla miłości od pierwszego wejrzenia, kiedy nagle zakołysze się ziemia pod nogami, zawiruje świat i już nie ma nikogo ani niczego na świecie, tylko ten ukochany człowiek, i odtąd jest tylko ta sprawa, wszystko inne jest nieważne.
     Poznałem Wojtka. Szczupły, niewysoki, z bujną czupryną i wyrazistą twarzą, z żywymi oczami. On właśnie tak kochał. I – jak twierdził – nie potrafił inaczej. Dopiero teraz, gdy to piszę, uświadamiam sobie, że wtedy po prostu on taki był. Jego kolejna dziewczyna była zawsze cudowna, nadzwyczajna, szałowa, fantastyczna. Poznawał ją albo na jakimś disco, albo na nartach, albo na plaży i potem było cudownie, jakieś szaleństwa, przygody, awantury. W zimie jakieś nocne zjazdy karkołomne, z pochodniami. W lecie kolacje za miastem przy ognisku, nad rzeką, pod urwiskiem, na którym umieszczone zapalone świece dla dekoracji. Gdy wchodził do restauracji, baru, sali wykładowej, do samochodu, nawet gdy wychodził na ulicę, to nigdy nie było zwyczajnie. Cały świat wiedział, że Wojtek jest zakochany w swojej dziewczynie. Taki nadzwyczajny, fajerwerk, sztuczny ogień. Zawsze musiał być „na ty” z tymi najwybitniejszymi, znanymi całemu światu – a przynajmniej kiedyś z nimi pić wódkę, albo chociaż znać ich przez innych swoich przyjaciół – a to z jakimś najznakomitszym gitarzystą basowym, naukowcem, profesorem, dawnym czy aktualnym mistrzem świata czy kraju. To mu imponowało. Zawsze był ubrany w najmodniejsze ciuchy, koniecznie młodzieżowe. I on właśnie tak był zakochany. Kolejne dziewczęta lądowały u mnie i wypłakiwały swoje żale. Tłumaczyłem:
     – Wojtek, co ty wyrabiasz. Miałeś taką świetną dziewczynę, czemu ją porzuciłeś?
     – Bo Jola (to ta następna) jest cudowna, wspaniała.
     – Ale Iza (to ta poprzednia) też taka była, przynajmniej tak mówiłeś.
     – Tak było na początku. Później już nie.
     – Kiedy ty spoważniejesz? Jak tak długo można?
     – Aż trafię na dziewczynę mego życia.
     – Na początku o każdej z nich tak mówiłeś.
     Ten etap można by określić zdaniem wykrzyknikowym: „Patrz na mnie, jaki jestem wspaniały!” I zdaniem odwróconym: „Patrzę na ciebie, jaka jesteś wspaniała!” I bardzo dobrze, jeżeli to jest etap. Ale istnieje niebezpieczeństwo, że z tego okresu nie wyrośnie się do śmierci. I to nie w tym sensie, by żyć przez całe następne pięćdziesiąt lat w takiej euforii – jak długo w końcu można być fajerwerkiem. Ale co gorsze: całe następne pięćdziesiąt lat mieć się będzie pretensje do swojego partnera, że nie jest tak wspaniały, jak nim był przez trzy tygodnie – w górach czy nad morzem – w okresie, kiedy się poznali.
     Drugi etap – czerwony – to zjednoczenie się. Posiadanie siebie bez reszty. To jest pragnienie przebywania ze sobą bez końca, wypełnienie osobą ukochanego człowieka całego swojego czasu, wypełnienie czasu ukochanego człowieka swoją osobą. Po okresie zachwytu, który niosą kolejne odkrycia wartości ukochanej osoby, po okresie oczarowania jej urodą, wdziękiem, mądrością i prostotą – czas upodabniania się do tego człowieka, którego udało nam się spotkać. Czas uciekania z ukochaną osobą od ludzi, pozostawania sam na sam, aby się nią nacieszyć, napatrzeć, nasłuchać. Czas zjednoczenia się z nim, czas dogadywania tysiąca spraw, zestawiania jego poglądów ze swoimi, czas uzgadniania stanowisk, przypatrywania się sobie, sposobom myślenia, reagowania, zachowania się.
     Na tym etapie pojawiają się zagrożenia. Jest nim chęć posiadania ukochanej osoby wyłącznie dla siebie, zawładnięcia nią, podporządkowania jej sobie. Może dojść do scen zazdrości o każde spojrzenie, jakieś dobre słowo, a nie daj Boże, komplement, uśmiech przesłany do kogoś innego. Może dochodzić do zdominowania drugiego człowieka. I widzimy potem takiego profesora uniwersytetu jak wściekły albo tylko zrezygnowany, z siateczką truchta po jarzynki, gazetki i świeże bułeczki, a żona króluje w domu. Albo też przeciwnie: widzimy jak pan mąż wkracza po pracy do domu, zasiada w fotelu i zabiera się do czytania gazety, a żona pokornie wkłada mu na nogi pantofle, nakrywa do stołu. Nalewa zupkę na talerz, by jeszcze za to usłyszeć: Kasiu, znowu pięciominutowe opóźnienie. Ale to jest droga fałszywa. Nie prowadzi donikąd. Najwyżej do nienawiści za odebraną wolność. Jest przekreśleniem samej idei obcowania. Ono może się dokonywać tylko na zasadzie partnerstwa.
     Trzeci okres – złoty – to czas tworzenia. To budowanie domu, to pragnienie dziecka, to okres intensywnej twórczości zawodowej. Najtrudniej o nim mówić. Podczas gdy o pierwszym i drugim okresie w literaturze, poezji, zwłaszcza w piosenkach jest materiału pod dostatkiem, na temat tego okresu miłości dojrzałej najtrudniej coś zacytować. To jest czas pokoju, ciepła, wzajemnego zaufania, poczucia bezpieczeństwa, oparcia w każdej sytuacji. Miłość dojrzała. Miłość o kolorze złotym. Występują w niej wszystkie poprzednie elementy – jest i podziw, zachwyt, choć nie jako niespodzianka i pierwsze odkrycie. Jest pragnienie bycia razem w sensie zjednoczenia. Ale przede wszystkim jest tu twórczość, budowanie. Jest dziecko – dzieci – chciane, oczekiwane. Jest może wychodzenie rano po świeże bułki. Jest może podawanie ciepłych skarpet, ale to wszystko z radości, która jest kwiatem miłości – że można ukochanemu człowiekowi sprawić choć drobną przyjemność. W tym okresie nie przeszkadzają miłości nawet słabości odkrywane czy odczuwane u partnera. Jest tylko troska, by go przed nimi uratować, by one nie zagroziły mu, by go nie zniszczyły. Miłość dojrzała – prawdziwa miłość. To czas dawania. Bo jak pierwszy i drugi okres mają wyraźne elementy brania, tak teraz dochodzi się do istoty miłości, a jest nią bezinteresowność. Daję nie dlatego, że już dostałem ani nie dlatego, że kiedyś dostanę. Nie ma tu żadnego przeliczania: ile ja tobie, ile ty mnie. Ile ja tobie uśmiechów, przebaczeń, przyniesienia gazety, zrobienia herbaty. Daję dlatego, że cię kocham: za nic. I każde takie dawanie jest radością. „Cieszę się, że mogę ci sprawić radość, że jesteś choć troszkę szczęśliwszy, bo przecież to jest moim głównym marzeniem”.
     Może to słowo „dawanie” jest słowem za konkretnym, zbyt jednoznacznym. Nie oddaje dobrze tego, o co naprawdę chodzi. Ktoś może zrozumieć, że trzeba tego umiłowanego człowieka zasypywać od rana do wieczora swoimi uśmiechami, dobrymi słowami, swoimi wszelakimi usługami, prezentami – niezależnie czy on tego chce, czy nie chce, czy on tego potrzebuje, czy nie potrzebuje, zupełnie mechanicznie, aż do przejedzenia, aż do zdemoralizowania go, rozleniwienia. Może jestem przesadnie ostrożny. Ale wolę na zimne dmuchać, żeby nie doszło do nieporozumienia. Może tu trzeba by posłużyć się sformułowaniem Gabriela Marcela – „być do dyspozycji”. Ale to z kolei brzmi zbyt materialnie, porównując człowieka z narzędziem. Może lepsze byłyby jeszcze inne słowa: „być gotowym” – być gotowym do wszelakiego działania, które jest potrzebne dla ukochanego człowieka.