Biblioteka




 


GOŚĆ Z INNEJ PLANETY



       
Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany, 
               Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem. 
     
Widziałem lotne w powietrzu bociany
Długim szeregiem.


                      Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,


                          Smutno mi, Boże!
                                   
(Juliusz Słowacki)




     Człowiek z zagranicy jest z rozmaitych względów traktowany przez nas na specjalnych prawach. Zwłaszcza z tej dobrej zagranicy. Myślę, że ten fakt. Oprócz szeregu innych powodów, ma uwarunkowania historyczne. Byliśmy narodem, który wszedł dość późno do rodziny europejskiej. Musieliśmy nadganiać. Sprowadzaliśmy nauczycieli, architektów, kupców i rzemieślników. Bywało, że przeżywaliśmy modę włoską, francuską, angielską czy niemiecką. Bywało, że językiem dworów był język francuski. Innymi słowy, ma to korzenie w naszej przeszłości, że cudzoziemcy nam imponowali i imponują. W naszym wypadku – gdy chodzi o sprawy związków między chłopcem a dziewczyną – może to mieć skutki fatalne, a nawet tragiczne.


     Przyjechała do mojego miasta Francuzka na wakacyjny kurs językowy. Otoczył ją rój koleżanek i kolegów. Była ładna, zgrabna, wymawiała tak śmiesznie nasze zwyczajne słowa. Zachwycała się wszystkim, co było naszą – często surową – rzeczywistością, miała inne stroje niż nasze dziewczęta, inne sukienki, bluzki, spódniczki, buty, inne kosmetyki. Miała pieniądze. Była rozrywana. Zobaczyła przy jakiejś okazji Maćka. Maciek zobaczył ją. Zawirowało mu w głowie, że ten zagraniczny motyl zwrócił na niego uwagę, obdarował go uśmiechem, komplementem, swoim towarzystwem. Ożenił się z nią prawie natychmiast, jakby bojąc się, że ten motyl zniecierpliwiony oczekiwaniem, odleci. Wyjechał z nią do Francji. Dopiero tam się okazało, jak jest naprawdę. Dziewczyna nielubiana przez rodziców. Wyjechała na kurs języka wbrew ich woli, za własne, zarobione pieniądze. Rodzina nie przyjęła Maćka. Nie uznała go. Zamknęła mu drzwi przed nosem. Pozostali sami we dwójkę. Z wszystkimi trudnościami. Maciek z brakiem dobrej znajomości języka, z brakiem zajęcia. Teraz, po kilku latach, już dobrze. Maciek dzięki tytanicznej pracy doszedł do dużej znajomości języka – choć mówi wciąż „z akcentem”. Ma posadę zgodną ze swoimi możliwościami i aspiracjami. Pracuje na stanowisku inżyniera. Jako specjalista szanowany i doceniany. Byłem tam u nich. Niestety, nie mają dzieci, choć bardzo tego chcieli. Mieszkają wygodnie, mają dwa samochody, stać ich już było na podróż dookoła świata. Maciek zarabia daleko więcej niż żona, ma swoje hobby. Tak jak potrzeba. Żona ma swoje aspiracje, które konsekwentnie realizuje. Ale żyją dalej w pustce. Nie zakorzenili się. Rodzina w dalszym ciągu jest negatywnie ustosunkowana do nich obojga. Nie mają nikogo bliskiego. Ot, sąsiedzi, koledzy i koleżanki w pracy, którym przy spotkaniu na ulicy mówi się bonjour. I tylko tyle. Najprościej byłoby wracać. Ale do kraju Maciek nie wróci. Francoise nie potrafiłaby tu żyć. Zostaną tam, wśród obcych ludzi. Żegnałem się z nim. Byliśmy we dwójkę na spacerze po ich spokojnym osiedlu. 
     Powiedział mi:
     – Zazdroszczę ci.
     – Czego?
     – Tego, że wracasz do kraju. Dzisiaj rzuciłbym to wszystko i pojechał z tobą. Tylko Francoise mi żal.
    
     Opowiedziałem ci historię najbardziej łagodną. Pastelowo namalowaną. Nie chcę jakoś sprawy wyostrzać. Mimo że mógłbym ci dostarczyć dziesiątki przykładów tragicznych, wstrząsających – tak piszę, bo mną wstrząsnęły. Nie tylko związanych z dziewczętami, które powychodziły za mąż za Murzynów, z których każdy twierdził, że jest synem miejscowego króla, Arabów – z których każdy twierdził, że jest synem właściciela kopalni ropy naftowej, ale również za tych prawie zza miedzy: za Francuzów, Anglików, Włochów. Bo co to znaczy zawrzeć związek małżeński z Algierczykiem czy Niemcem i w tamtym kraju żyć. To znaczy, że trzeba się stać Algierczykiem czy Niemcem. Trzeba ściągnąć swoją skórę i wciągnąć tamtą. Bo przecież narodzą się dzieci. One już będą dziećmi algierskimi czy niemieckimi. Ty nie możesz od nich odstawać. Musisz zaakceptować cały tamten świat i żyć tamtą kulturą, tamtymi zwyczajami, tamtą tradycją. A na to ci życia nie starczy, żebyś potrafił tego dokonać. A bywają zwyczaje trudne dla nas do przyjęcia, bywają prawie niemożliwe do przyjęcia. A po drugie – tamto środowisko mimo twojego starania i tak cię nie zaakceptuje. Zawsze będziesz dla nich obcym człowiekiem.
     Nie wychodź za mąż za obcokrajowca. Nie żeń się z cudzoziemką. Różnice kulturowe w miarę upływu czasu coraz bardziej będą się wyostrzały – i mogą doprowadzić do katastrofy albo przynajmniej do życia w ustawicznych stresach, napięciach. Cudzoziemiec wzbudza zainteresowanie jak każda egzotyka. Do gamy wartości, które posiada, dochodzi to, że przyszedł z innego świata. A ten inny świat jest ciekawszy, intrygujący, pociągający. Potrafi przysłonić masę niedostatków charakterologicznych i intelektualnych. One wyjdą, ale za późno. Wtedy, gdy opadnie to, co się nazywa urokiem zagranicy.
     Ale na tym zagadnieniu nie chcę kończyć. Jestem przeciwko wszelakim związkom małżeńskim z różnych sfer kulturowych nawet na terenie tego samego kraju. Gdy byłem mały, zawsze smutno mi było na końcu bajek. Bo zawsze kończyło się wszystko cudownym happy endem. Pomimo wszelakich przeszkód, które się piętrzyły po drodze, w końcu królewicz poślubiał pastereczkę, w której się zakochał, a uczeń szewca poślubiał księżniczkę w nagrodę za to, że zabił smoka. Potem była uczta wspaniała, gdzie lało się obficie wino, wnoszono wazy i półmiski pełne wspaniałych potraw i w tym miejscu był koniec. Mnie było to za mało, bo chciałem wiedzieć, co się działo dalej. Teraz już wiem – albo był rozwód w krótkim czasie, albo męczyli się wspólnie lata całe aż do upragnionej śmierci. Pastereczka nie tylko nie umiała się zachować ani jeść przy stole, nie tylko nie umiała się ubierać w obowiązujące na dworze książęcym stroje ani się w nich poruszać, ale co najważniejsze – nie potrafiła myśleć w kategoriach międzynarodowej polityki, podstawowych problemów narodu, na czele którego się znalazła. Nie wierzę w małżeństwa ludzi z rozmaitych sfer kulturowych i społecznych. Mówiąc przykładowo, nie wierzę w małżeństwo asystentki uniwersytetu z chłopcem po szkole zasadniczej zawodowej. Nie da się tego przeskoczyć. Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok będzie coraz gorzej. Może to zabrzmi niedemokratycznie. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Po głębszym zastanowieniu, myślę, że mi przyznasz rację. Nawet ostrożnie ze zbyt łatwo potraktowanym przeflancowaniem się z jednego regionu kraju w drugi. Tacy już jesteśmy i nic na to nie poradzimy. Gdy jeszcze łatwo dziecku, to dorosłemu człowiekowi łatwo już nie jest i w miarę upływu lat będzie coraz trudniej. To, co na początku sprawiało wrażenie bezproblemowe, z czasem zaostrza się coraz bardziej. Wszystko: również rodzina współmałżonka, z którą tym bardziej trudno o wspólny język. Owszem, mam siostrzeńca, który jest z mojego miasta, a ożenił się z góralką. Poznali się na Wydziale Prawa. Razem studiowali, razem zakończyli studia i są szczęśliwi w małżeństwie. On jest zakochany w swoich teściach góralach, ona jest zakochana w mojej siostrze i jest bardzo dobrze. Ale są oboje po studiach prawniczych. Ale pracują w tej samej kategorii zawodowej.
     Nie wychodź za mąż, nie żeń się z człowiekiem innej religii. To jest element w życiu ludzkim bardziej znaczący, niż się to zdaje na początku. Ani nawet z człowiekiem innego wyznania chrześcijańskiego. Bo religia to nie tylko zespół prawd, ale zespół kulturowy, który kształtuje całą psychikę człowieka, a więc który nie łączy, ale dzieli. A gdy dzieci przyjdą na świat, wtedy jak je wychowywać? Choćby u moich przyjaciół ze stolicy, gdy on protestant, a ona katoliczka? Chłopcy do zboru – jeżeli mąż protestant – a dziewczynki do kościoła katolickiego – jeżeli ona jest katoliczką? Jak można rozłączać rodzeństwo. Jakim to wytłumaczyć, że tatuś idzie w niedzielę do zboru, a mama do kościoła. Uważam za rozsądne, że mama w rodzinie, z którą jestem w przyjaźni, ustąpiła i powiedziała: Niech Agnieszka chodzi razem z Robertem do zboru. Oczywiście, jak to w życiu bywa, nic nie jest zbyt proste i zdarzają się niespodzianki. Robert zaprzyjaźnił się w szkole z oazowcami. Uprosił rodziców, aby mógł pojechać na oazowe wakacje, zwariował na punkcie oaz – w dobrym tego słowa znaczeniu – i jest bardziej gorliwym katolikiem niż jego katoliccy koledzy. Ale przytaczam ten fakt tylko gwoli oddechu – jako wyjątek od reguły. Reguła jest inna: Jeżeli różnice religijne, a także wyznaniowe nawet w normalnym rytmie życia małżeńskiego i rodzinnego potrafią być prawie niewidoczne, to w okresach napięć natychmiast stanowią jeszcze jedną barykadę.
     A przecież chcesz zbudować dom. Wobec tego staraj się unikać wszystkiego, co może dzielić cię z drugim człowiekiem, a znaleźć takiego, z którym wszystko cię łączy.