MOJE SPOTKANIE Z MATKĄ TERESĄ Z KALKUTY

   Kalkuta. Miasto jak inne wielkie miasta Indii. Jak New Delhi czy Bombaj. Przepływające morze ludzi, ruch samochodowy, kurz, ciasnota, ogromne słońce, omdlewający upał. I miasto - tak jak każde z wielkich miast w Indiach - otoczone hektarami slamsów, na które składają się budki z desek, deseczek po paczkach na owoce, z pudeł tekturowych, przykryte blachą, folią plastikową, dyktą.
I w tej ociupinie mieszka cała rodzina. Przeważnie bez elektryczności, z reguły bez kanalizacji.Ci biedacy, czyli około 50% ludności miasta, spożywają posiłki raz dziennie, co drugi dzień, dwa razy w tygodniu, a niektórzy raz w tygodniu. Wreszcie wycieńczeni głodem, bez sił, ustają w wędrówce po mieście i kładą się pod murem kamienicy, wpatrując się w jarzyny na straganie, których nikt im nie zaproponuje. Ale świete krowy mają do nich swobodny dostęp.
   Biedacy umierają powoli. Wycieńczeni głodem, leżą bezwładnie, zżerani przez muchy, mrówki, szczury. Przechodzą obok nich. Tak jak wszyscy, jak cały tłum, który wypełnia chodniki. Przechodzę wraz z innymi Hindusami, Amerykanami, Anglikami, reprezentantami kultury europejskiej. Cierpnę na widok tych łachmanów leżących pod murami. Nie wiem, czy jeszcze to człowiek żyjący, czy już zwłoki. Tłumaczą mi znajomi: "Do tego widoku szybko się można przyzwyczaić. Bo tu nie trzeba się niczemu dziwić. Tak jest od wieków. To jest taka kultura, taki obyczaj, taki świat, taka religia. Nic się nie da zrobić, zmienić, naprawić. Zreszta ludność Indii za kilka lat sięgnie miliarda".
   A ona się przeraziła. A ona się schyliła nad umierającym człowiekiem. Wzięła na ręce i powiedziała: "Dajcie mi tylko miejsce, a zaopiekuję się nimi". Jakimś cudem znalazła to miejsce. Jakimś cudem znalazła  naśladowczynie.

Jakimś cudem zdobyła sienniki, które teraz w dwóch rzędach leżą w długiej, przestronnej sali, przez którą idę. Jakimś cudem zdobywa dla tych biedaków pożywienie, lekarzy, lekarstwa, aparaturę medyczną. Bo to przecież nie jest umieralnia. To Nirmal Hriday Ashram - Dom Czystego Serca. Tu się ratuje życie każdego człowieka na wszystkie europejskie sposoby.
   Ale dzieło Matki Teresy to kropla w morzu. Każdy mieszkaniec Kalkuty - tak jak każdy Hindus, jak każdy mieszkaniec ziemi - zdaje sobię z tego sprawę. Ci, którzy leżą opatrzeni i dokarmiani, to jest maleńka garstka szczęśliwców, którzy jakimś cudem znaleźli się w tym pomieszczeniu, których jakimś cudem dostarczono tutaj na miejsce. Ale ta kropla w morzu to jest równocześnie symbol - symbol chrześcijaństwa, symbol świętości, symbol miłosierdzia. I chociaż Matka Teresa problemu nie rozwiązała, to stała się drogowskazem, w którą stronę ludzkość powinna iść. Wskazała sposób rozwiązywania spraw najuboższych.
   To wszystko ogarniam intuicyjnie, słuchajac, jak Matka przy kończącym się śniadaniu wypytuje mnie, czy nie jestem przeziębiony, czy się źle nie czuję, dokąd teraz lecę, jak długo będę w Indiach, czy tu, do Kalkuty, jeszcze mam zamiar wrócić, czy wszystko zabrałem z hotelu, czy nic nie zapomniałem, czy mam dokumenty, bilet samolotowy, adresy w miastach, do których się udaję.
   Rozmawiała ze mną, jak gdybyśmy się znali od lat, a przecież to jest parę dni, kilka spotkań. Prosi, żeby pozdrowić od niej Polskę, Kraków, że przyjedzie, bo chce założyć również w Krakowie do dla sióstr, które będą się zajmowały narkomanami, bezdomnymi, głodującymi - "bo wszędzie są tacy" - dodaje.
   Jest taka sama jak w dotychczasowych spotkaniach - bezpośrednia, ciepła, troszcząca się o wszystko. Z pooraną twarzą, na bosaka, drobna, szczupła, jakby skurczona, a matczyna - jak każda matka.

ks. Mieczysław Maliński