Dziennik Polski - PEJZAŻ POLSKI

   Wojtyła - ksiądz, biskup, kardynał, papież Jan Paweł II... Najserdeczniejszy przyjaciel Mieczysława Malińskiego z okupacyjnych czasów młodości. Przyjaźń wprawdzie trwa, ale już inna, i to nie dlatego, że dzielą ich wszystkie kilometry pomiędzy Krakowem a Rzymem, nie dlatego, że los, a dla wierzącego los zwie się Bogiem, jednego z nich uczynił głową Kościoła, drugiego rektorem skromnej krakowskiej świątyni. Po prostu młodzieńcza przyjaźń smakuje wyjątkowo, kto nie zdobędzie przyjaciela w młodości, nie zdobędzie go nigdy. Młodzieńcza przyjaźń pełna jest wspólnych planów, szumi, buzuje niezwykłymi pomysłami, które mają zmienić świat.
   Ksiądz Maliński doskonale - z datami, ze szczegółami - pamięta okupacyjne lata. Krakowskie Dębniki. Kościół św. Stanisława, poranne msze. Domowe śniadania - z boną, siostrami Tochą i Zochą. Rodzice nie żyli, matka zmarła, gdy miał dwa i pół roku, ojciec dwanaście lat później. Rodzinne przedsiębiorstwo autobusowe zniknęło, autobusy zarekwirowali Niemcy, ale rodzeństwo i bona dawali sobie radę - rodzina przed wojną należała do zamożnych.
   Doskonale pamięta Jana Tyranowskiego, człowieka, który zmienił jego życie. Był rok 1940 i przed dębnickim kościołem na Mieczysława Malińskiego czekał nieznajomy. Jasny blondyn, z prawie białymi brwiami, o wyglądzie wywołującym zdecydowanie teutońskie skojarzenia. Gestapowiec - pomyślał, a "gestapowiec" zagadnął go obcesowo: Zakładam żywy różaniec, chcę, żeby pan do niego należał.
   Jan Tyranowski mieszkał przy Różanej, w typowym mieszczańsko-krakowskim wnętrzu, nieco zagraconym. Skupiał wokół siebie młodych ludzi dla wspólnej modlitwy i budowania charakteru. Kiedyś powiedział: Ma przyjść pewien młodzieniec. Malińskiemu nie podobało się to słowo. Pachniało literaturą i afektacją, nikt tak już nie mówił. Młodzieniec okazał się silnie zbudowanym blondynem o wysokim czole, z rzadką czupryną. Pan Karol, który chce być aktorem, w zasadzie jest... - dokonał prezentacji Tyranowski, a przybysz przedstawił się: Wojtyła jestem. To też nie podobało się Malińskiemu. Nikt nie chciał wówczas znać nazwisk, co najwyżej imiona, najlepiej jednak pseudonimy. W razie wpadki, nawet w przypadku tortur, unikało się wsypy.
   Karol chciał być aktorem, Mieczysław konstruktorem silników Diesla, skończył niemiecką szkołę, ale musiał dorobić polską, konspiracyjną maturę, uzupełnić historię, łacinę. Przyjaźń może zaczęła się właśnie od łaciny, z którą Maliński miał trochę kłopotów. Mogę ci dawać lekcje - powiedział Wojtyła.
   Nie mogli spotykać się w mieszkaniu Wojtyłów przy Tynieckiej 10, ojciec Karola chorował, lekcje odbywały się więc dwa razy w tygodniu u Malińskich, przy Madalińskiego 12. Siostry parzyły herbatę dodawały do niej mleka, od czasu do czasu na stole pojawiała się jajecznica - z cebulką, na słoninie, prawdziwa uczta w biednych, okupacyjnych czasach.
   Ksiądz Mieczysław odtwarza nieomal dzień po dniu. Dzień, w którym Karol powiedział: Nie przyjdę na lekcję, tato mi umarł. Ojciec był dla Karola Wojtyły wszystkim - wielką miłością, całą rodziną. Dzień, w którym Wojtyła przeprowadził się na Felicjanek, do państwa Kydryńskich. Jego codzienne wędrówki z Solwayu aż na Rakowice - na grób ojca. Powrót do starego mieszkania, na Tyniecką. Spotkania na Zwierzynieckiej z Kotlarczykiem. Wędrówki wiślanym wałem, długie rozmowy.

 A kiedy z czasem Mieczysław Maliński dojrzał do decyzji o przywdzianiu sutanny, obaj postanowili, że będą najzwyczajniejszymi księżmi - żadnych doktoratów, żadnych prałackich, a tym bardziej biskupich infuł. Tylko służba Bogu i ludziom, skromny wikariat...
   Po kilku latach, już po wojnie, Karol Wojtyła wyjechał do Rzymu, na studia, które miały się skończyć doktoratem. Wyjechał z dnia na dzień, w najbardziej niespodziewany, także dla niego, sposób. Wyjazd zbiegł się z nadchodzącymi święceniami Mieczysława Malińskiego i Mieczysław Maliński nagle zdecydował, że nie będzie kapłanem, że nie przyjmie święceń, nie odprawi prymicyjnej mszy.
  Czy wyjazd Karola Wojtyły miał wpływ na nagłą decyzję jego przyjaciela? Ksiądz Maliński swoim zwyczajem długo milczy, a później odpowiada, że nie można tego wykluczyć. Karol Wojtyła zdradził księdza? - pytam już bez ogródek, a ksiądz Mieczysław - tym razem żywo, bez namysłu, odpowiada, że o zdradzie nie ma mowy. Ksiądz winien jest absolutne posłuszeństwo swemu biskupowi. A to właśnie krakowski biskup, Adam Sapieha, wysłał Karola Wojtyłę do Rzymu.
   Adam Sapieha - książę z urodzenia i z urzędu, nieformalny król okupowanej Polski - we wspomnieniach księdza Malińskiego zajmuje szczególne miejsce. Po ojcowsku opiekował się nimi, alumnami nielegalnego seminarium duchownego. Mieszkali w pałacu biskupów krakowskich, w sutannach, z fałszywymi kennkartami - trochę jakby po wojskowemu, trochę klasztornie. Nie wolno było im opuszczać budynku, na wszelkich wypadek, bo za wpadkę groził przynajmniej Auschwitz - i im, i biskupowi. 
   18 stycznia zastał Mieczysława Malińskiego w biskupim pałacu. Jakiś zapomniany, osierocony niemiecki czołg szalał po ulicach śródmieścia - wypalił z działka w tunel pałacowej bramy. Wreszcie przyszli Rosjanie, z sakramentalnym pytanie Giermancow niet? Ktoś nierozważny poczęstował ich winem. Przyszli wieczorem, już większą gromadą, węsząc zapasy szlachetnego alkoholu w pałacowych piwnicach, a kiedy zastali zamknięta na głucho bramę - ostrzelali z pepesz zamek. Na szczęście potężne drzwi przytrzymywały żelazne sztaby. Zaczęło się oblężenie, ale napastnicy nie wiedzieli, że z pałacu można wyjść także inną bramą, na ulicę Wiślną. (Także później, w 1968 i 1970 roku, kiedy milicja blokowała prowadzące do Rynku ulice, przydawały się krakowskie, tajemne dla obcych przejścia - przez pasaż Bielaka, przez podwórko przy Stolarskiej, przed dziedzińczyk przy Brackiej.) Biskup Sapieha wysłał któregoś z księży na poszukiwania polskich żołnierzy. Pogonili sojuszników? - pytam, a ksiądz Maliński odpowiada: Po przyjacielsku, ale skutecznie...
   Wkrótce pojawił się w pałacu sam marszałek Koniew - w długim do ziemi szynelu z czerwonymi wyłogami. Po nim marszałek Żymierski, który, w pełnej gali mundurowej, przyjechał na Franciszkańską wojskowym gazikiem. Jeszcze obowiązywał taki, przedwojenny, protokół, ale chyba nie bez znaczenia była pozycja krakowskiego metropolity, niekoronowanego władcy Polski. W czasie okupacji krakowianie z satysfakcją opowiadali sobie o wizycie, jaką biskupowi złożył gubernator Hans Frank. Na stole, na starej, wytwornej zastawie, pojawiło się wówczas to, co Polacy mogli kupić na kartki - gliniasty chleb i buraczana marmolada.

Strona [1] 2 [3]