Biblioteka


POGADAJMY O WAŻNEJ SPRAWIE



13. BUDDYZM

      1. Z buddyzmem zetknąłem się – żeby było śmiesznie – nad polskim morzem, w osobach tam poznanej pary małżeńskiej, w małej osadzie rybackiej, dokąd jeżdżę co rok. Spotkaliśmy się przed dobrymi kilku laty – już nawet nie pamiętam, w jaki sposób, ale tak jak to się poznaje ludzi nad morzem, w małej osadzie rybackiej, gdzie narosło domków campingowych, a nawet solidnych domów ludzi z całej Polski, ale zwłaszcza z Warszawy. Może gdzieś na herbacie czy kawie, może nawet w związku z kościółkiem, gdzie codziennie odprawiam Mszę świętą o 19, a w niedzielę o 18 godzinie. Pani – aktorka, pan – trochę Polak, trochę zagranicznik. Pani bardziej zamknięta, pan otwarty, lubiący rozmawiać.

Na początku to była fascynacja Indiami. Może dlatego zostałem wybrany na rozmówcę, że byłem już chyba po którejś podróży na Daleki Wschód, a może tylko dlatego, że jestem księdzem i powinienem się znać na tej tematyce, a przynajmniej słuchać, gdy on taki rozentuzjazmowany. I na pewno dobrze trafił, bo ceniłem sobie te rozmowy, a nawet więcej: byłem dokładnie nimi zafascynowany. A więc szliśmy z panem na długie, dalekie spacery nad brzegiem morza, pustą plażą. No i rozmawialiśmy.

Najczęściej milczałem, a mówił on: że u początków wszystkich starożytnych religii Indii znajduje się Weda albo Wedy (wiedza) – najstarsze indyjskie teksty o charakterze religijnym, które są uważane za pierwotne objawienie. Ich uznawanie oznacza przynależność do braminizmu czy hinduizmu. Weda to cztery zbiory (Samhitas). Nie zostały – jak twierdzą wyznawcy – objawione przez żadnego boga, ale istnieją od zawsze. Zostały „odczytane” przez dawnych „widzących”. Od strony naukowej zbiory te stanowią kompilacje tekstów napisanych w rozmaitych czasach. Najstarszy i najważniejszy to Rigweda, który recytuje się przy składaniu ofiar. Powstał między XVI a XII wiekiem przed Chrystusem. Jest on podstawowym źródłem mitologii i światopoglądu wedyzmu. Od strony literackiej jest utworem poetyckim najwyższej klasy.

Słuchałem tych wywodów patrząc na bezchmurne niebo, zlewające się na horyzoncie z linią morza, na mewy przelatujące nad wodą i odpoczywające na piasku. A on mówił dalej:

– Następne trzy zbiory Wedy są znacznie późniejsze. Dzieli je przestrzeń kilku wieków. Są to: Jadżurweda – zbiór wezwań, zwrotów wypowiadanych w czasie składania ofiar, Samaweda – zbiór pieśni śpiewanych w czasie składania ofiar i Atharwaweda – zbiór zaklęć czarodziejskich i hymnów recytowanych przy domowych obrzędach religijnych.

– A mnie najbardziej interesują Upaniszady – wtrąciłem.

– W szerszym tego słowa znaczeniu Weda oznacza również teksty, które w jakiś sposób są kontynuacją Samhitas, chociaż w gruncie rzeczy stanowią ich kolejne stadia rozwojowe. Tu należą Brahamanas – rytualne i egzegetyczne komentarze do Samhitas, jak również Arauyakas – teksty leśne: do rozmyślań w samotności, których część końcową tworzą Upaniszady – „usiąść obok” (VIII – VII w. przed Chrystusem).

– Interesują mnie dlatego, bo są jakoś w opozycji do rytualizmu kapłanów, podkreślają mistycyzm, medytację, no i stanowią zapisy ważnych prawd, które dotąd nie występowały. I w ten sposób ukazują nowy światopogląd, tak religijny jak filozoficzny.

      2. Potem wakacje się skończyły i był „normalny rok”, złożony z „takich samych” dni, pełnych ludzi, telefonów o niespodziewanych porach, pisania w przerwach pomiędzy jedną a drugą rozmową i doczytywania tego, co brakuje, a dowiedzieć się trzeba koniecznie i na gwałt. Wieczorem codzienna Msza święta o 18, po której rozmowy do późnej pory. Ale też znalazł się czas, by doczytywać to, czego mi nie dostawało w spotkaniach nad morzem.

Wobec tego grzebałem w moich encyklopediach, i nie tylko, i dowiedziałem się, że braminizm to – w szerokim tego słowa znaczeniu – nazwa dla wszystkich religii indyjskich. A on rozpada się na wedyzm, braminizm w wąskim znaczeniu i hinduizm. Wedyzm opiera się na czterech wyżej wspomnianych Wedach. Sytuujemy go w okresie pomiędzy XII (niektórzy nawet cofają go do XVI wieku) a IX wiekiem przed Chrystusem. Jest religią politeistyczną. Stanowi ona syntezę starych indoeuropejskich religijnych poglądów, w połączeniu z niektórymi miejscowymi kultami, a nawet z kultami Azji Mniejszej. Opanowali ją kapłani. Całą religijną praktykę kapłani skoncentrowali na świętych tekstach, które niosą siłę – brahman i na składaniu ofiar, i to ze specyficzną interpretacją: jako żywienie bogów – przynajmniej niektórych z nich – w ten sposób uzależniając ich od siebie. Ten okres (od XI do VIII wieku przed Chr.) określać się zwykło jako braminizm w wąskim słowa znaczeniu. Kapłani rozbudowali i usztywnili podziały kastowe, zwłaszcza cztery główne kasty: Brahmanów, Kszatriyas – panów i rycerzy, Vaisyas – rolników i hodowców bydła oraz Sudras – niearyjczyków.

Reakcja przeciwko suchemu rytualizmowi kapłanów przyszła w Upaniszadach w postaci mistycznego przeżywania. Do tego dołączyła się właśnie nauka o wędrówce dusz i o czynie (karman): dobre czyny powodują lepsze warunki życia, złe czyny – przejście po śmierci do niższej kasty albo do ciała zwierzęcia. Jako zbawienie określono końcowy etap wędrówki duszy, kiedy ona łączy się z Absolutem (nirwana).

Te trzy prawdy są od czasów Upaniszadów dogmatami wszystkich religii indyjskich. Tylko Absolut nie jest jakąś nieosobową Zasadą istnienia, lecz Bogiem. I tak nabiera ta religia cech religii panteistycznej. Na tej drodze skrystalizował się hinduizm (IV – II w. przed Chr.) jako trzecia część braminizmu (w szerokim tego słowa znaczeniu).

      3. Aż przyszły znowu wakacje, szybciej niż się bym tego spodziewał. Już zaraz na początku spotkałem się z zaprzyjaźnionym zwolennikiem religii hinduskich. Był to znowu jakiś upalny dzień, gdy na niebie nie można było dostrzec ani jednej chmurki i gdy sosny pachniały żywicą. Tym razem w lesie, w drodze nad morze. Byłem ciekawy, czy mu „przeszło”, czy nie. Ale nawet nie musiałem pytać, bo już po paru zdaniach na temat: Co słychać i jak życie, padło po drodze gdzieś guru. Jeszcze kilka kroków i wyciągnął mi jego zdjęcie. I opowiadał, że gdy ma jakiś problem albo pytanie, to otrzymuje od niego odpowiedź. Spytałem jak. Czy telefonicznie? – ja prymityw i poniekąd idiota. Odpowiedział mi zdziwiony:

– Nie telefonicznie, mentalnie.

Zapamiętałem to słowo, bo mnie tak zaszokowało, że nie zdążyłem go spytać, kiedy go spotkał i gdzie, i w jaki sposób ten człowiek stał się jego guru – przewielebny, mistrz, nauczyciel. Czy był na jakimś jego kursie, czy w jego szkole, w Polsce czy w Indiach. Bo on mówił o bezgranicznym zaufaniu, o całkowitym podporządkowaniu się kierownictwu swojego guru, dążeniu, by stać się jemu podobnym, a nawet by utożsamić się z nim. Nie miałem śmiałości, by wracać do tego tematu. Nie śmiałem swoimi pytaniami zbezcześcić tej świętości, którą dla niego stanowiła osoba guru, jakiegoś prawie pośrednika pomiędzy tym światem a tamtym, istoty prawie pozaziemskiej.

A on mówił o buddyzmie. Najpierw o Buddzie – które to informacje znowu tu w skrócie referuję. Że żył prawdopodobnie od 560 – 480 przed Chrystusem, w Kapilavatsu – dzisiejszym Nepalu, w klanie Gautama, w rodzie Sakyów. Otrzymał imię Siddhartha, potem nazywano go Sakyamuni – pustelnik z rodu Sakyas. Wykształcony, żonaty, ojciec jednego syna. W wieku 29 lat, na skutek jakiegoś duchowego kryzysu, opuszcza dom rodzinny, aby jako wędrujący eremita szukać prawdy.

Tymczasem doszliśmy na szczyt wydmy, z której rozciągał się widok na plażę i morze. Usiedliśmy pod drzewem, patrzyłem na małego kowalika spacerującego po pniu drzewa z góry na dół i z dołu do góry, wyszukującego pożywienie. A on mówił:

– Budda siedem lat słuchał rozmaitych nauczycieli, praktykował pod ich wpływem rozmaite ćwiczenia ascetyczne, ale wciąż nie był zadowolony. Aż stało się: Siedząc pod drzewem figowym (ficus religiosa) w miejscowości Buddh-Gaya niedaleko Patny, doznał oświecenia. (Odtąd zaczął nosić imię Budda albo Tathagata – ten, który poszedł prawdziwą drogą). W Sarnath, nieopodal Benares napotkał znanych mu pięciu ascetów i im przekazał treść tego przeżycia (kazanie z Benares). Dalsze 40 lat spędził na wędrówkach, nauczając w północnych regionach Indii. Przyjmowali jego naukę mnisi i zakonnice, arystokraci i ludzie prości. Zmarł w Kusinara w wieku 80 lat. Ciało – zgodnie z hinduskim zwyczajem – zostało spalone, a prochy rozdzielone pomiędzy jego uczniów i przykryte wzgórkami ziemi. Ponieważ, jak nauczał, po śmierci wszedł w nirwanę i nie ma żadnych kontaktów ze światem żyjących, przez wiele set lat nie tworzono żadnych jego obrazów. Ale z czasem, zwłaszcza wśród świeckich, zaczął się rozpowszechniać pogląd, że był on istotą nadprzyrodzoną i – zwłaszcza pod wpływem greckiej kultury – poczęto tworzyć jego wizerunki. A raczej nie tylko jego jako historycznej postaci, również ludzi, którzy doznali oświecenia, żyjących nawet daleko wcześniej, nazywanych też Buddami.

      4. Aż wreszcie poleciałem do Korei. I tam w którymś kolejnym dniu mój przyjaciel Shim spytał mnie, co bym jeszcze chciał zobaczyć. Odpowiedziałem: „Świątynię buddyjską”. Pojechaliśmy taksówką za miasto. Potem zostawiliśmy ją, bo zaczela się góra. Szliśmy wąską ścieżką przylepioną do zbocza, przekraczaliśmy strumyczki przerzuconymi nad nimi mostkami, z balkoników wiszących nad przepaściami patrzyliśmy na krajobrazy. Zza drzew, krzaków lasu, którym było porosłe zbocze, otwierały się przed nami coraz to piękniejsze widoki. Wreszcie wyszliśmy na szeroką drogę. Po obu stronach przyczepione do drzew kołysały się na wietrze długie, czerwone i niebieskie lampiony.

– W nich umieszczone są modlitwy napisane własnoręcznie przez mnicha, dyktowane mu przez wiernych. Wieczorem lampiony zostaną zapalone – objaśniał mnie Shim.

Z daleka zobaczyłem świątynię, utopioną w morzu zieleni i w bukietach kwitnących drzew.

– Zasadą jest, że budynek nie może zakłócać przyrody go otaczającej. I ma być do niej podobny. Popatrz na strome dachy pokryte grubą, ceglaną łuską, wygięte dachy, podobne do gór, które widać dookoła.

– Ale buddyzm ma świątynie – stwierdziłem ze zdziwieniem.

– Ale buddyzm też ma świątynie – Shim potwierdził i zabrał się do wykładu:

– Gdyby rozpatrywać Buddę w aspektach bardziej socjologicznych, to wtedy można powiedzieć, że była to reakcja przeciwko monopolowi kasty braminów. Polegała na tym, że wskazał on drogę do zbawienia poza strukturą kast, bez pomocy kapłanów, a tylko przez osobisty wysiłek, przy odrzuceniu autorytetu Wedy.

– Czy Budda zostawił jakieś teksty przez siebie spisane?

– Nauka Buddy została spisana dopiero około 50 lat po jego śmierci, gdy religia buddyjska uległa daleko idącemu rozwojowi. Niemniej, możemy ustalić szereg zasadniczych prawd, sięgających do samego Buddy. I tak należy stwierdzić, że Budda przyjmował, jako niepodlegające dyskusji dogmaty, które stanowiły podstawę w Upaniszadach i braminizmie. Do nich należy: wędrówka dusz i znaczenie czynów ludzkich dobrych albo złych, które decydują, co będzie z człowiekiem po śmierci, jak również że zbawienie oznacza złączenie się z Bogiem. Tylko Budda te nauki pogłębił – choćby gdy chodzi o czyn, ukazał go w wymiarze w pełni etycznym, pytając o intencję, która dotąd była nieobecna. Dzisiejsze badania wskazują, że apersonalizm i nirwana, o których tyle w małym wozie, to twory późniejsze.

– A co jest dla niego charakterystyczne? – pytałem, patrząc na kołyszące się lampiony.

– Na drodze wiodącej do zbawienia z jednej strony unika przywiązania się do świata i ziemskiej egzystencji, a z drugiej strony unika niepotrzebnej ascezy i umartwień. Wystarcza mu zamiast niej medytacja.

– Ale, jak on jeszcze uczy – wtrąciłem swoje trzy grosze – do zbawienia prowadzi również ośmioraka ścieżka: należyta wiara, należyte myślenie, należyte słowo, należyty czyn, należyte życie, należyte dążenie, należyte pamiętanie i należyte zagłębianie się czyli medytacja. I muszę przyznać, że najwięcej uroku odczuwam w tym słowie „należyte”, bo jakoś odwołuje się do godności każdego człowieka, który naprawdę chce dążyć do zjednoczenia się z Bogiem.

– Jak już jesteśmy przy jego etyce – kontynuował Shim – to trzeba dodać, że Budda naucza współczucia dla wszystkich, miłości i braterstwa – i w tym względzie jest nowatorem. Ta etyka stanowi pierwszą część jego drogi zbawienia. Druga część to wiedza, a trzecia – „zatopienie się” w medytacji. Na drodze takiego życia człowiek wyzwala się wreszcie z więzów kolejnych wcielań się i cierpienia, i osiąga doskonałość: pełne zjednoczenie się z Bogiem.

– Nie tylko po śmierci, ale i już tu, na ziemi – znowu włączyłem się.

– Od samego początku było szereg punktów spornych wśród jego wyznawców – podjął Shim swoje mówienie. – Jak chce tradycja, tuż po śmierci Buddy zebrał się w Rajagrha sobór jego uczniów, który ustalił podstawy jego nauki i zasad moralnych. Ale ponieważ już wtedy zaistniały różnice zdań, potrzebne były następne sobory. Na soborze w Pataliputra doszło do schizmy pomiędzy przedstawicielami mnichów i „najstarszych” z jednej strony, a z drugiej strony – członkami wielkiej gminy, którzy reprezentowali świeckich. Według wszelkiego prawdopodobieństwa był to już podział na mały wóz i wielki wóz. A co do rozwoju dalszego: w pierwszych wiekach po Chrystusie została spisana nauka Buddy w formie kanonów.

– A kiedy u was się pojawił?

– W I wieku po Chrystusie buddyzm zadomowił się w Chinach, z kolei w IV wieku u nas, w Korei – jako że Chiny zawsze były bazą kulturową.

Tymczasem podeszliśmy ku samej świątyni, Zbudowana była ze szlachetnego drzewa, obwieszona od dachu aż po ziemię lampionami, z których wychylały się ogromne postacie dobrych duchów, strzegących świątyni, wyrzeźbionych w drzewie i pomalowanych na jaskrawe kolory. Nieopodal bijące źródełko, strumyczek, jeziorko, w nim pływające kolorowe rybki, brzegi obłożone pięknymi kamieniami. Wchodzimy do wnętrza świątyni.

– To miejsce próśb i dziękczynień – szepce Shim.

Pod ścianą dziesiątki figurek, figur, figureniek Buddy w rozmaitych klasycznych pozach. Przed nimi, w obszernym pomieszczeniu, siedzą ludzie „po ichniejszemu”, w skupieniu. Po opuszczeniu tego budynku zbliżamy się do małego domku, przed którym stoi cierpliwie w ogonku trochę ludzi. Wewnątrz widać mnicha siedzącego na ziemi i piszącego coś pod dyktando jakiegoś rozmówcy. Shim wchodzi do wnętrza, przyprowadza mnicha do mnie. Stosunkowo młody człowiek, z ogoloną głową, ubrany w popielaty strój. Kłania mi się. Ja odpowiadam ukłonem. Zaprasza do środka, wchodzę, rozmawiam. Shim tłumaczy. Pyta o Polskę. Proponuje dalsze zwiedzanie kompleksu świątynnego. Wszystko w atmosferze serdeczności.

Idziemy dalej, kładką nad urwiskiem dochodzimy do platformy skalnej, którą zamyka pionowa ściana. Na niej ogromna, kilkumetrowa płaskorzeźba Buddy.

– Wyrzeźbił ją mnich przed ponad tysiącem lat. To miejsce medytacji.

Na platformie widzę siedzących ludzi w rozmaitym wieku, od starców po paroletnie dzieci.

      5. Potem leciałem do Tajlandii. W samolocie, obstawiony odpowiednią literaturą, zdobywałem dalsze wiadomości na temat buddyzmu: że buddyzm nie jest jednolitym systemem. Istnieją w nim trzy podstawowe kierunki, które zwykło się nazywać trzema wozami. Ujawniły się one – przynajmniej różnice pomiędzy małym a wielkim wozem – już w IV wieku przed Chrystusem na soborze w Pataliputra.

Mały wóz (hinayana) ma charakter surowej, mnisiej reguły. Chodziło nie tak o jakąś tylko zewnętrzną ascezę, ale o ideologię. Podkreśla ona sprzeczność pomiędzy przemijającą rzeczywistością świata, która nie ma żadnego sensu, a wieczną transcendencją. W dążeniu do tej drugiej należy wzgardzić albo uwolnić się od pierwszej. Stąd wynika tzw. apersonalizm (wyrzeczenie się swojego „ja”) tego kierunku, ponieważ tym, co najbardziej łączy – a zarazem więzi – człowieka ze światem, jest jego „ja”. Niemniej, ma ta ideologia tendencje wyraźnie egoistyczne, bo nawet zalecana litość czy życzliwość jest tylko jednym ze sposobów na oczyszczenie się i wyzwolenie od swojego „ja”. Najwyższym ideałem jest doskonałość, która po śmierci prowadzi do nirwany.

W uszach szum silników, za oknem niebieskie niebo, pod nami zieleń puszcz tropikalnych, przedtem był ocean.

Wielki wóz (mahayana) wywodzi się z kręgów świeckich, tych, którzy podkreślali uczuciowe i mistyczne strony nauki Buddy. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa została sformułowana Mahayanasutras – teologia tego kierunku, która tak bardzo odróżnia się od małego wozu, że prawie zdaje się tworzyć nową religię. Końcowym celem drogi zbawienia nie jest już doskonałość, a oświecenie. Do tego jednak potrzebna jest pomoc wyższej istoty Bodhisattwas. Głównymi cnotami są współczucie i nieograniczona miłość ku ludziom. Już nie dominuje egoizm. Obszary świata widzialnego i transcendencji nie są sobie przeciwstawne. To już nie ateizm małego wozu, ale politeizm nieskończonej ilości Budd i Bodhisattawas, jak również dawnych bogów braminizmu. Choć w gruncie rzeczy to nie politeizm, ale Absolut, czyli Bóg immanentny, który się objawia w rozmaitych formach. Ekspansja buddyzmu przez Tybet, Chiny, Koreę, Indonezję dokonywała się w postaci wielkiego wozu.

Stewardesa podaje naleśnik na ciepło z czymś zielonym wewnątrz, czyli z jakąś jarzyną – jako przystawkę – z zapytaniem: „Wegetarianin?” Bo zaraz otrzymam danie obiadowe.

Wóz diamentowy jest tak samo dawny jak poprzednie, bazuje na pradawnych magiczno-rytualistycznych tradycjach. Zostały tu zastąpione dyscyplina ascetyczna małego wozu i mistyka wielkiego wozu przez skomplikowany rytuał i magię. Dołączono do panteonu bogów wielkiego wozu liczne boginie i bogów lokalnych. Wszystkie bóstwa potrzebują obrzędów liturgicznych, recytacji magicznych formuł, jak również medytacji symbolicznych znaków, aby stały się przyjazne ludziom. Te działania prowadzą nie do wyrwania się ze świata, ale do szczęśliwości wiecznej, którą już tu na ziemi można częściowo osiągnąć. Od VIII wieku po Chrystusie na terenie Indii ten kierunek zdominował pozostałe i doprowadził do zaniku, rozpadu buddyzmu: tak się zbliżył do hinduizmu, że w nim utonął. Poza Indiami rozszerzył się w Indonezji i w Tybecie jako lamaizm.

Wychodząc z samolotu w Bangkoku zostałem uderzony takim słońcem, że wszystko, co było dotąd – choć nawet bliżej równika – wydało się zabawką wobec tego gorąca. Ale trzeba było żyć, jeżeli inni też to potrafią. A więc pojechałem do starożytnego centrum, gdzie buddyjskie świątynie, jedna piękniejsza od drugiej, a na nich kopuły, kopułki – małe, duże, większe, ogromne, złote, marmurowe i takie jakby obsypane diamentami, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy, że oczy bolą – gdzie pałac królewski i gdzie filigranowi żołnierze na warcie przed pałacem królewskim w białych mundurach strzegą króla, ale zwłaszcza – gdzie świątynie buddyjskie; w jednej z nich siedzi Budda ze złota, ważący kilka ton.

     6. Potem był dalszy ciąg roku, podczas którego kiedyś najzupełniej przypadkiem – bo telewizję oglądam rzadko, do tego stopnia, że ku zgorszeniu niektórych nie znam imion głównych postaci seriali telewizyjnych – a więc przypadkiem zobaczyłem w nim wyżej wspomnianą aktorkę, zwolenniczkę religii hinduskich. Opowiadała, że codziennie rano „siedzi” godzinę – dla objaśnienia dodam, że słowo „siedzi” jest dość żartobliwym słowem technicznym, określającym medytację w pozycji kwiatu lotosu. Zaprzyjaźniona aktorka tłumaczyła redaktorce, która ją zaprosiła do studia na rozmowę, rozmaite rzeczy, między innymi i to, że jej przyjaciółki dziwią się, jak ona może wygospodarować sobie rano godzinę na „siedzenie”, podczas gdy one nie mogą z niczym zdążyć. Na co ona za każdym razem odpowiada, że dlatego siedzi rano przez godzinę, aby mogła ze wszystkim zdążyć. I one jej nie wierzą, a naprawdę jest to tak, jak ona mówi, i że ona wyznaje buddyzm w wydaniu zen.

Znowu grzebałem po encyklopediach i nie tylko. Z nich dowiedziałem się, że zen (dhyana) zatopienie się, pogrążenie, zanurzenie – oznacza szczególną drogę medytacji. Powstał w Chinach około VI wieku po Chrystusie, wewnątrz buddyjskiego wielkiego wozu, ale pod wpływem taoizmu. W XIII wieku pojawił się w Japonii. Zen ma swoje korzenie w indyjskiej jodze: ta sama siedząca pozycja medytacyjna w formie kwiatu lotosu, z tym samym regulowaniem oddechu – dwa sposoby, które pomagają w uspokojeniu psychicznych czynności i usunięciu ze świadomości wszelkich treści myślowych i uczuciowych.

Osobliwością szkoły zen jest ćwiczenie koan: technika koncentracji, która może doprowadzić świadomość do najwyższego stopnia intensywności. Może przygotować przebicie przez empiryczne „ja” do płaszczyzny transcendentnego „siebie”. Celem medytacji i ćwiczenia koan jest oświecenie: nagłe doświadczenie rzeczywistości, w którym dotyka się nowego wymiaru bytu. Oświecenie to jest ponadprzedmiotowym poznaniem, w którym duch przekracza podział pomiędzy podmiotem i przedmiotem, i przeżywa je jako jedność. Transcendentna warstwa „siebie” jest doznawana jako podporządkowana wszystko ogarniającemu Bytowi. Następuje wyzwolenie wewnętrznego „siebie” z indywidualnych ograniczeń, poczucie jedności ze wszechświatem. Od strony religijnej jest to przeżycie oświecenia bardzo ważne: prowadzić ono może do jednoczenia się z osobowym Bogiem.

W kolejne wakacje, gdy spytałem zaprzyjaźnionego buddystę, jak przeszedł rok, usłyszałem zaskoczony, że „siedział” trzy miesiące – w znaczeniu oczywiście buddyjskim, nie polskim. Spytałem o bliższe szczegóły. A więc to nie żarty: dwie godziny rano, dwie godziny przed południem, dwie godziny po południu, dwie godziny wieczorem – i tak przez trzy miesiące. Na szczęście w odosobnionym miejscu, wśród przyrody. Prawie klasztor. A nawet więcej niż klasztor.

Zdawało mi się, że jakoś znalazłem go pogłębionego w rozmaitych dziedzinach. Już zupełnie inne miał patrzenie na guru: „też człowiek, też się myli”. Inne spojrzenie na buddyzm – już pozbawione dziecinnego bezkrytycyzmu: „i tutaj trafiają się dewoci i dewotki”. Nawet wobec samej medytacji, czyli tzw. siedzenia: „można popaść w myślenie o sobie”.

Nie wiem, czy się nie mylę, ale myślę sobie, ale marzę sobie, że w któreś kolejne wakacje, gdy się spotkamy, usłyszę: „Wróciliśmy z żoną do Chrystusa i do Jego Ewangelii. Takiej prostoty i jasności nigdzie nie ma”. I gdy spytam: A był sens tej długiej drogi? Usłyszę: „U Boga wszystko ma sens. A dla mnie wymiernym zyskiem jest, że buddyzm nauczył mnie modlitwy”. A potem pójdziemy na długi spacer plażą wzdłuż morza w milczeniu.