Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święta Urszula Ledóchowska
strona 2

 

 

     Wszystko wzięło początek od przygotowywania do pierwszej Komunii świętej. Zaczęły ją nurtować coraz bardziej dorosłe pytania, których dotąd nigdy sobie nie stawiała. Zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, że nie rozumie podstawowych słów, którymi się posługuje, zdań, które wypowiada, których się nauczyła, do których się przyzwyczaiła, które paple jak papuga. „Czy ja uznaję prawdę tego, co w Ewangelii napisane? Czy uznaję prawdę tego, co się nazywa Kościół i co on głosi? Jeżeli tak, to świat jest nieporozumieniem. To ci, którzy wierzą – którzy uważają się za wierzących – okłamują samych siebie. Bo gdyby naprawdę wierzyli, ich życie powinno zupełnie inaczej wyglądać. Powinni się zupełnie inaczej modlić. Powinni zupełnie inaczej uczestniczyć we Mszy świętej niedzielnej. Gdybym ja naprawdę wierzyła, to powinnam zupełnie inaczej postępować, zupełnie inaczej się modlić. Jeżeli to jest prawda, że Bóg mnie kocha... Czy nie można zwariować ze szczęścia albo z przerażenia, albo odrzucić to wszystko, uciec, nie myśleć, zapomnieć? Rzucić się w zabawy, w tańce, w towarzystwo, w jeżdżenie na koniu, w kursy tańca, angielskiego, francuskiego i udawać, że nic się nie stało, nic się nie dzieje, wszystko jest dobrze: ludzie spacerują po ulicy, chodzą na zakupy, przymierzają sukienki, kapelusze, buty, przeglądają się w lustrze, jedzą lody, piją kawę, jeżdżą wolantami, powozami, wybierają się pociągami do badów, do Włoch, kąpią się w morzu. I udają, że wszystko jest w porządku, że tak ma świat wyglądać, że tak każdy powinien postępować, że wtedy jest normalny. A święci. A przecież byli tacy, którzy „wariowali”, którzy rzucali to wszystko, co nazywa się normalne i zaczynali żyć „nienormalnie”: szli na pustynię, żeby przebywać w obliczu Boga. Wychodzili odważnie na Jego spotkanie, żeby do końca Go usłyszeć, choć się im zdawało, że im bębenki w uszach popękają, żeby Go zobaczyć, żeby popatrzeć Mu w twarz, choć się bali, że spalą się, spłoną jak wiór, jak zapałka przed Jego światłem, przed Jego ogniem”.
     Zaczęła nie rozstawać się z Ewangelią. Stała się ona dla niej źródłem radości, źródłem kontaktu z Jezusem. Odkryła zdumiewającą prawdę: że Jezus mówi do niej: nie tylko do rozmaitych ludzi, którzy przychodzili wtedy do Niego, aby Go pytać, ale do niej. To ona Go pyta i to ona sama, osobiście otrzymuje odpowiedzi. Długo nie mogła nacieszyć się tym odkryciem. Kolejno zachwyciła się, gdy uświadomiła sobie, że to ona sama jest Magdaleną i Janem, Marią i Martą, Szymonem i Tomaszem. Wraz z jawnogrzesznicą płakała u stóp Pana Jezusa, gdy siedział u faryzeusza, i włosami ocierała Jego nogi, słuchała u Jego kolan w ogrodzie w Betanii, gdy mówił do niej ważne sprawy, była zazdrosna jak Marta, że są takie zamodlone, zapatrzone w Jezusa. Żałowała wraz z Piotrem, że się Go zapierała w godzinach próby, wyznawała z Tomaszem swoje niedowiarstwo, powtarzała z setnikiem rzymskim: Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie. Zaczarowana Pismem Świętym, opamiętała się na chwilę, gdy wyprowadzali się ze swojej willi w Loosdorf. Wyprowadzali się z domu, który bardzo kochała, do St. Pölten. Mama tłumaczyła:
     - Tu, choć blisko Wiednia, to jednak wieś. I kłopot ze szkołami. A już trzeba się na poważnie zabrać do nauki.
     - A dlaczego wobec tego nie przeprowadzimy się do Wiednia. Ja bym chciała koniecznie do Wiednia – upierała się Maria Teresa. – W Wiedniu i pałace, i sklepy, i wspaniałe wystawy, i ciekawi ludzie, teatry i opera. Zawsze się coś nowego dzieje.
     - Wiedeń nie, bo w takim wielkim mieście niepotrzebne rozproszenie, hałas. A poza tym niezdrowe powietrze i tyle kominów w zimie dymi, nie ma czym oddychać. Wobec tego St. Pölten. Kupimy domek i tam się przeniesiemy, bo tam świetna szkoła Sióstr Angielskich dla wszystkich dziewcząt, i podstawowa, i średnia.
     Niepokoił ją trochę ton tego, co mama mówiła. Nie żeby podejrzewała ją o kłamstwo, ale że nie mówi im wszystkiego, by ich nie martwić. Zapamiętała szereg fragmentów rozmów, jakie rodzice czasem przy nich prowadzili, czy to przy stole, czy w innych okolicznościach, z czego wynikało, że przedsiębiorstwo, którego wartościowe papiery, akcje, obligacje czy coś takiego podobnego posiadali, zbankrutowało i rodzice ponieśli na skutek tego dotkliwe straty, i stąd konieczność sprzedania obszernej willi z ogrodem w Loosdorfie i przeprowadzka do St. Pölten. Ale to wszystko, czego przedtem by żałowała i opłakiwała aż do spazmów, aż do histerii, jak to wybuchło u jej sióstr, teraz było gdzieś na dalekim, nieważnym planie. O całe niebo ważniejsze dla niej było odkrycie, że Jezusa chciano zabić po wielekroć.
     Na tej drodze wchodzenia w cudowny świat Ewangelii przewodnikiem był jej ojciec. Jeszcze w pociągu, w drodze do St. Pölten, przy całym rozgardiaszu przeprowadzkowym, pytała ojca:
     - Ale za co w Nazarecie, za co, nie rozumiem, przecież nic takiego nie powiedział.
     - No, a jak pamiętasz, co Pan Jezus powiedział?
     - Pan Jezus powiedział tylko, że w narodzie żydowskim z powodu suszy było wielu głodnych, a tylko jedna kobieta została uratowana od śmierci głodowej, Syrofenicjanka.
     - I co jeszcze?
     - Że w tym czasie było wielu trędowatych, a tylko jeden został wyleczony z trądu, Naaman. I za to rzucili się na Niego, wywlekli z synagogi i chcieli Go zrzucić w przepaść. Tylko za co? Nie rozumiem tego zupełnie. Za co?
     - Głodujący byli Żydzi, a uratowana była poganką.
     - O! – wykrzyknęła.
     - Trędowatych było wielu Żydów, a Naaman uleczony cudownie przez proroka na rozkaz Boga, był poganinem.
     - O! – wykrzyknęłą po raz drugi. – Tego nie wiedziałam. Nie zwróciłam na to uwagi. No, ale nawet, to i co z tego?
     - O czym wy tak rozmawiacie, zamiast pilnować, żeby nam czego w drodze nie ukradli? – dopominała się ciekawie Maria Teresa.
     Ale nie przerywali sobie.
     - To właśnie wszystko z tego: Żydzi uważali, że Pan Bóg jest ich i należy się tylko im opieka Boga i Bóg tylko o nich się powinien troszczyć, tylko ich kochać, nimi się opiekować, im służyć. Jeżeli innym, to dopiero na końcu i po wszystkich. A tu przytacza im Pan Jezus te dwa fakty świadczące, że Pan Bóg traktuje ludzi bez uwzględniania tej hierarchii, którą sobie wymyślili Żydzi.
     - A czy mogłoby być inaczej?
     - No, słyszysz, że było inaczej.
     - Ale to była nieprawda.
     Polubiła to nowe miejsce ich zamieszkania: St. Pölten. Lubiła jego uliczki. Zwłaszcza rynek z katedrą i kolumną, na której stała Matka Boska. Korzystała z tego, gdy ojciec wychodził do miasta, aby załatwić jakieś sprawy. Prosiła, by pozwolił mu towarzyszyć. Wtedy mogła spokojnie rozmawiać na TE TEMATY. Bo w domu już się z niej śmiały dziewczęta i chłopcy, że Julci odbiło, że ma zakręt religijny, że zanudza ciągłym cytowaniem Ewangelii, krzyczeli, żeby wreszcie dała spokój i im, i tatusiowi, i mamusi, bo już mają tego dość.
     - Ale ktoś to musiał powiedzieć, że to jest nieprawda. I to powiedział Jezus, i za to Go chcieli zabić. Weź pod uwagę, co Jezus powiedział przed Piłatem: a więc w najważniejszej chwili swojego życia – „Jam się na to narodził i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”. Jezus zginął za prawdę. I tej prawdy nauczał cały czas, a przede wszystkim odkręcał to, co naplątali faryzeusze i saduceusze, uczeni w Piśmie i doktorzy. Jednym z problemów – jednym z błędów było właśnie to przekonanie, że tylko nad Żydami Bóg rozciąga swoją szczególną opiekę, że tylko oni będą zbawieni, a nie poganie. A tu nagle Jezus mówi, że wszyscy ludzie są przed Bogiem równi, że wszyscy mają równe szanse zbawienia. Tę scenę w Nazarecie dlatego trudno zrozumieć, że stanowi jakiś błyskawiczny skrót sprokurowany albo przez samego ewangelistę, albo – co na mój gust bardziej prawdopodobne – przez redaktora tekstu czy nawet przepisywacza.


 

strona: [1]  [2]  [3]  [4]  ...