Biblioteka
CHRYSTUS - TOM 1. Zmartwychwstały
strona 13


 

Śmierć przyjaciela


 1.  – Już wiesz? – Herodiada zapytała Antypasa, rozsiadając się wygodnie obok niego.
 - Wiem – odpowiedział, patrząc szklanym okiem na rozbawioną salę.
 - Podziwiam cię. Mówię to szczerze. Siedzisz na tej sali całymi dniami, przypatrując się bawiącym się ludziom, którzy piją, jedzą, tańczą, rozmawiają, śpiewają, przychodzą i odchodzą. A ty wszystko wiesz, co się dzieje w Jerozolimie i w Tyberiadzie, i w Macheroncie, i w Cezarei Nadmorskiej, i w Cezarei Filipowej, i w samym Rzymie, i na Capri. Wiesz wszystko, co w twoim kraju, w Galilei i Perei, w Judei i Samarii – mówiła wciąż wpatrzona w niego z autentycznym podziwem. – Wiesz, co tutaj i co w Imperium Rzymskim. A do tego wiesz jeszcze, że ciała Jezusa nie ma w Jego grobie – wtrąciła nieoczekiwanie. – A On przychodzi do swoich ludzi. Bo chyba o tym samym myślimy.
 - Już nie przychodzi, bo odszedł – odpowiedział, nie odrywając oczu od sali.
 - Znowu mnie zaskakujesz.
 - To nie ja, to On wciąż nas zaskakuje, a my jesteśmy tylko kiepskimi partnerami w grze, którą On prowadzi, nie my.
 - Dokąd odszedł? – znowu popatrzyła na niego z podziwem.
 - Ogólnie rzecz biorąc, do nieba. Tak mówią apostołowie.
 - Jak to „odszedł do nieba”? – Herodiada się zdumiała.
 - Tak się to nazywa. Tu miał piekło. I na pewno drugi raz nieprędko chciałby to przechodzić.
 Na sali z jakiegoś powodu tak wzmógł się hałas, że musieli do siebie krzyczeć, żeby się usłyszeć nawzajem.
 - Nie dziw się. Dla Niego niebem może być wszystko i wszędzie. Hiszpania czy Afryka, nawet Asyria czy Wyspy Brytyjskie. Ale obiecał, że tu wróci i zbuduje królestwo Boże na tej ziemi.
 - Wierzysz w to? – Herodiada spytała, patrząc na niego wyczekująco.
 - Czy ja wierzę? Na pewno bardziej Jemu niż Jego przeciwnikom, którzy Mu nie dorastają do pięt, łącznie z Piłatem.
 - Ale czy to Mu się uda?
 - Co Mu się uda albo nie? – Antypas domagał się precyzji.
 - Pobyt w tym, jak to nazwał, niebie czy też powrót.
 - Zobaczymy. Jedno jest pewne. Jeżeli ktoś z wrogów Jezusa myśli, że ma Go z głowy, to się grubo myli. To wszystko się dopiero zaczyna.
 - Co będzie dalej? – Herodiada pytała coraz bardziej zaintrygowana.
 - Pojęcia nie mam. On przekracza moje możliwości wyobrażeniowe. Ale że to jest Ktoś, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
 - Ja cię tak słucham, jak o Nim mówisz, i odnoszę wrażenie, że jesteś Nim zafascynowany albo...
 - Albo co? – Herod popatrzył na nią podejrzliwie.
 Dźwięk fletu, który od pewnego czasu pojawił się i z trudem przebijał się przez rozwrzeszczaną salę, wreszcie zwyciężył. Hałas przycichł, prawie stał się nieobecny, a tylko słyszalny był przejmujący płacz instrumentu w rękach mistrza. Rozmawiali szeptem.
 - Albo Mu zazdrościsz – odpowiedziała cicho.
 Zapanowało milczenie między nimi. Herod patrzył nadal szklanym, niewidzącym wzrokiem na salę, w której trwała zabawa. I dopiero po dłuższej chwili powiedział:
 - To jest mój główny przeciwnik. W Palestynie będzie panował albo On, albo ja. Nikt inny się nie liczy. Ostateczna walka rozegra się między nami.
 - I co w związku z tym zamierzasz?
 - Pierwszą rundę wygrałem. Nie tylko zawisnął na krzyżu, ale choć zmartwychwstał, musiał stąd odejść, bo się przekonał, że nie ma szans.
 - Jak będzie wyglądała druga runda? – zapytała zaciekawiona.
 - Ja nie lubię odkładać wszystkiego na ostatnią chwilę. Wolę działać, póki czas – Herod odpowiedział enigmatycznie.
 - I co masz zamiar teraz robić?
 - Muszę Mu udowodnić, że nie ma do czego wracać.
 - A jak to chcesz przeprowadzić?
 - Rozpędzić apostołów.
 Herod jakby zapomniał o swojej niechęci do zwierzeń. Jakby zapalił się do planów, które sobie ułożył i zdecydował się je przedstawić swojej małżonce.
 - No, to chyba nie będzie ci trudno? – dopytywała się.
 - Z apostołami byłoby nietrudno. Ale oni mają oparcie w człowieku, który teraz zajął miejsce Jezusa.
 - Miejsce Jezusa? Ktoś zajął? – Herodiada była zaskoczona.
 - Nie w sensie dosłownym, mówmy: nie w sensie doktrynalnym, choć on o to też dba. Ale organizacyjnym.
 - Rozmawiamy oczywiście o Łazarzu – domyśliła się Herodiada.
 - Oczywiście.
 - I jak tu ciebie nie kochać. Przecież jesteś wielki. Tak wszystko widzieć, tak wszystko analizować jak ty, nikt nie potrafi.
 Miejsce fletu zajął kobiecy głos. Wtórowała mu harfa w wyraźnym akompaniamencie.
 - Znakomity głos, słyszysz? – przerwał jej Herod. – Ale wracając do sprawy. Łazarz jest w tym wypadku trudniejszy niż sam Jezus.
 - Chyba masz rację – potwierdziła natychmiast.
 - Tak to jest.. Gdyby nie on, dawno już by się rozsypali. Tym bardziej, że dysponuje argumentami, które tym prostakom się przydają, a których nie miał Jezus.
 - Ale i imponują – dorzuciła domyślnie.
 - Oczywiście. Bo jest człowiekiem wykształconym, kulturalnym, ustosunkowanym, ale i bogatym.
 - Tak jest. I bogatym.
 - Ma nie tylko Betanię, gdzie miejsca jest dość dla wszystkich uczniów Jezusa, gdzie mają dobre jedzenie i obsługę, ale i rozmaite posiadłości na terenie Jerozolimy. Chodzi mi tutaj o dom zwany przez nich Wieczernikiem, który oddał im całkowicie do dyspozycji.
 - Masz rację – kolejny raz potwierdziła.
 - Dzięki niemu zagnieździli się w naszym mieście. Czują się tutaj jak u siebie w domu.
 - Jak sobie z nim poradzisz?
 - Jest tylko jedna rada.
 - Czapa?
 Herod nie odpowiedział w pierwszej chwili, ale przecież za moment zaczął wyjaśniać:
 - Ja tu nie jestem pierwszy. Pierwsi byli kapłani, którzy go otruli. Ale to dowód na to, że nie ma innej drogi, aby go wyeliminować. Tylko że Jezus też wiedział o tym, jak on jest ważny. I dlatego go wskrzesił. Bo sobie zdawał z tego sprawę, że sam musi zginąć, wobec tego potrzebny jest następca. I tego następcę zobaczył w Łazarzu.
 - A nie w apostołach? A nie w Piotrze?
 - Oni są do innej roboty. Jego pozycja wśród nich jest czymś trudnym do określenia. Można by ją nazwać najwyższym autorytetem. Już wtedy, za życia Jezusa, wyrósł ponad wszystkich apostołów jako prawdziwy przyjaciel Mistrza. Jego pozycję można porównać tylko z pozycją Jana Chrzciciela.
 - I dlategoś zabił pierwszego, i dlatego trzeba zabić drugiego – domyśliła się Herodiada. –To rozumiem. Tylko dlaczego ty masz znowu to robić, tego nie rozumiem – oburzyła się.
 - Oni tego nie nazywają zabiciem, tylko usunięciem wampira. Teraz jest nie ktoś, tylko coś, które trzeba zlikwidować.
 - Nonsens, przecież to coś, co się nazywa Łazarzem, chodzi wciąż po ziemi, załatwia, organizuje.. Jeżeli dla nich to wampir, niechby oni tym się zajęli. I dokończyli sprawę. Musisz wciąż ty wykonywać brudną robotę?
 - To zdążyłem im już oświadczyć.
 - Co ci odpowiedzieli? – czekała zaciekawiona na odpowiedź.
 - Że oni doprowadzili do śmierci Jezusa, stąd teraz kolej na mnie.
 - Jak uważasz, że przepadło, to przepadło.
 Zamilkła. Na obszernej płaszczyźnie, rozdzielającej stoły, tańczyła dziewczyna. Przyglądali się jej oboje i chyba o tym samym myśleli. Ale tylko Antypas odważył się to powiedzieć.
 - Tyle już widziałem tancerek. Ale żadna dotąd nie dorównała twojej córce, Salome.
 - Ty mi o niej nawet nie wspominaj – szarpnęła się Herodiada. Jeszcze dodała: - Nie przyjeżdża, nie pisze, jakby się mnie wyrzekła. Wyrodna córka. Siedzi w tej Cezarei Filipowej, jakby jej nie było.
 - Może jej tam tak dobrze u boku mego kuzyna, Heroda Filipa, że o nas zapomniała. Choć to przecież już starszy pan, o trzydzieści lat starszy od niej – Antypas ironicznie dorzucił. – Może my byśmy się kiedyś do nich wybrali – zaproponował.
 - Już nawet nie wiem po co. Chyba że tęsknisz za nią. Stara miłość nie rdzewieje – powiedziała wbrew sobie. – A może chciałbyś się dowiedzieć również, ile on jeszcze pożyje, ten twój kuzyn. I kiedy będziesz mógł wreszcie wziąć jego tetrarchię pod swoje panowanie. Tylko żebyś się nie rozczarował. Nie jestem taka pewna, czy Rzym tobie odda te kraje po tym wszystkim, co tu wyrabiasz z tymi magazynami broni.
 Herod poczuł się obrażony i zamilkł. a ona po chwili powróciła do głównego tematu rozmowy, jakby sobie nie zdawała sprawy z tego, że go dotknęła najdotkliwiej:
 - Czego się spodziewasz – spytała. – Nie chodzi mi o daleką przyszłość, ale o najbliższe dni.
 - Wszystkiego – odpowiedział wymijająco.
 - Konkretnie – nie dawała się zbyć.
 Skrzywił się, jakby chciała mu wyrwać to, co zarezerwował wyłącznie dla siebie. Ale po chwili zaczął mówić, z wyraźnymi oporami:
 - Wizyty najwyższych kapłanów. Może Piłata. Może nawet Barabasza. Może Piotra. Nie jest wykluczone, że kolejność będzie inna.
 - A więc Barabasz. Liczysz się z ewentualnością powstania? – spytała niedowierzająco.
 - Ze wszystkim trzeba się liczyć. Również z tym. Zwłaszcza gdyby Jezus zechciał stanąć na czele tego powstania.
 - A więc uważasz, że zmartwychwstał?
 - Grób jest pusty. Jego tam nie ma. Zostały płótna.
 - Żołnierze opowiadają, że spali. Tak brzmi ostateczna wersja.. Czy też, że zostali napadnięci.
 - Że spali – Herod sprostował. – Oczywiście opuszczają zasłonę dymną, żeby nie straszyć ludzi.
 - Co z tymi płótnami grzebalnymi?
 - Ja tego nie widziałem. Ale jak mi doniesiono, to jakaś dziwna sprawa. Są nienaruszone.
 - Wciąż tam leżą?
 - Wciąż. Józef ich pilnuje. Ludzie wciąż przychodzą i oglądają jak jakąś świętość.
 - Chcesz tam iść?
 - Najchętniej kazałbym tu sobie przynieść. Choć, jak słyszę, jest paru konkurentów, którzy by to samo zrobili.
 - Któż by znowu?
 - Każdy ma inny interes. I tak kapłani chcą je zniszczyć, żeby nie świadczyły o zmartwychwstaniu, Piłat chce je przekazać w prezencie Tyberiuszowi, który jest namiętnym zbieraczem dziwnych rzeczy. A wiesz, co ja bym z tym zrobił?
 - Jestem niezmiernie ciekawa.
 - A ja bym chętnie zachował to, aby zachęcić uczniów Jezusa do działania. Do udziału w powstaniu. Żydzi mieli Arkę Przymierza, a w niej tablice kamienne z wypisanym przez Boga Prawem. A ja bym im zrobił nową arkę przymierza – z całunem w środku. Nie myślisz, że to by był dobry pomysł?
 - Genialny. Tylko mam jedno zastrzeżenie. Na razie nikt nie spytał Józefa, czy zgodzi się oddać te pośmiertne płótna. Bo chyba zdajesz sobie sprawę, kto jest prawnym ich właścicielem.
 - Myślę, że on nadal się zna na pieniądzach. I za odpowiednią sumę gotów jest duszę oddać, a co dopiero jakiś tam kawał płótna i taśmy.
 - Żebyś tylko się nie przeliczył – obojętnie przyglądała się roztańczonej sali. Naraz znowu zaczęła mówić: - Gdy już padło słowo „żebyś się nie przeliczył”. Myślałeś o tym, co zrobisz, jeżeli do powstania nie dojdzie? – Herodiada niespodziewanie zmieniła temat. – To będziesz siedział na magazynach broni. Zdajesz sobie z tego sprawę, co powie Rzym?
 - Wymyśliłem: powiem Tyberiuszowi, że przygotowywałem broń do walki z Partami.
 - Żeby ci tylko zechciał uwierzyć.

 2.  Był zmęczony jak rzadko kiedy. Już chciał się położyć, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Myślał, że to Marta z jakąś zapóźnioną sprawą albo Maria, której znowu coś przyszło do głowy. Nie było zwyczaju, aby ktoś o tak późnej porze ośmielał się przyjść. Choć przecież nie było to pukanie ani Marty, ani Marii.
 - Wchodź w imię Boże – zawołał.
 Drzwi się powoli uchyliły, jakby wchodzący chciał uniknąć skrzypnięcia, i w czarnym otworze pojawiła się olbrzymia postać. Łazarz oniemiał. Niełatwo udawało się komukolwiek go przestraszyć, ale tak ogromny człowiek nieczęsto się trafia. Tym bardziej, że twarz miał owiniętą pustynnym szalem, a w szparze pozostawionej między szalem a nakryciem głowy, w świetle nikłych kaganków, pobłyskiwały oczy. „Jak on się tu potrafił dostać? Psy na podworcu. Dozorca przy bramie” – przebiegło mu przez myśl.
 - Przepraszam cię, że przychodzę niezapowiedziany i o tak późnej godzinie – zaczął przybysz. – Ale nie chciałem, aby ktokolwiek wiedział, że do ciebie przybywam. To lepiej dla mnie i dla ciebie.
 - Kto ty jesteś? Nie poznaję cię – Łazarz zapytał nieco uspokojony.
 - Znasz mnie, przynajmniej trochę – przybysz tłumaczył się, odkręcając szal z twarzy.
 - Ach, Barabasz – potwierdził jego słowa Łazarz. – Oczywiście, że cię znam. Choć bardziej ze słyszenia niż z widzenia. Co cię do mnie sprowadza?
 - Prośba.
 - Siadaj i mów w czym rzecz.
 Olbrzym usiadł, dopiero teraz Łazarz dostrzegł, że jest uzbrojony po zęby. Barabasz uchwycił to jego spojrzenie i jakby odpowiadając, oświadczył:
 - Już drugi raz nie pozwolę się wziąć żywcem. Ale nie o tym chciałem ci mówić. Otóż, przychodzę cię prosić, żebyś był pośrednikiem pomiędzy mną a Jezusem.
 Łazarz niespokojnie poruszył się. Zauważył to jego gość i natychmiast się zastrzegł:
 - Ja rozumiem. Ty nic nie wiesz i o niczym nie chcesz wiedzieć. Znam się na tym i tak jest w porządku. Ale spróbuj i mnie wysłuchać. Sprawa jest zbyt poważna, by można było jej nie zauważyć i nie wykorzystać. I jedyna w swoim rodzaju. Jak nasz naród długo istnieje, czegoś podobnego nie było.
 Łazarz podniósł rękę, na znak, że chce zabrać głos, ale i tym razem Barabasz do tego nie dopuścił:
 - Nie, ja naprawdę to rozumiem. On się musi ukrywać. I to bardzo dokładnie ukrywać, bo inaczej zginie po raz drugi i to natychmiast. Stąd nie myśl, że pamiętam tylko o własnym interesie. Nie, mnie chodzi o nasz naród. Jeżeli Bóg Jezusa wskrzesił, to nie po to, żeby się miał ukazywać paru ludziom. Jeżeli Go Bóg wskrzesił, to nie dla Niego samego ani dla paru Jego przyjaciół. Jeżeli Go wskrzesił, to dla dobra Izraela. A ja chcę Mu pomóc, aby tego daru Bożego nie zaprzepaścił, ale zużytkował dla wielkiego wspólnego celu, jakim jest wojna o wyzwolenie naszego kraju spod rzymskiej okupacji.
 Znowu Łazarz chciał coś powiedzieć, ale Barabasz po raz trzeci nie dopuścił do tego:
 - Pozwól, że skończę, a nie mam zbyt dużo czasu. A więc, najchętniej bym pragnął spotkać się z Nim osobiście. Albo tutaj, albo gdziekolwiek mi wyznaczy. Takie miejsce może być u ciebie, choć wiem, że to jest najgorsze miejsce. To może być w samej Jerozolimie czy gdzieś w Judei, w Galilei, czy poza terenem Palestyny. Jeżeli teraz nie chce się ze mną spotkać, to na razie przygotuj Go. Wytłumacz Mu, o co mi chodzi. My potrzebujemy sztandaru. Tym sztandarem będzie On. Nie musi walczyć. Byle był z nami. Dla naszych ludzi jako oparcie, dla naszych wrogów jako ostrzeżenie. Powiem ci całkiem uczciwie: osobiście bardziej się boję moich tak zwanych braci niż tak zwanych prawdziwych wrogów. Ja z wrogami potrafię walczyć. I dam sobie z nimi radę. Ale z warchołami nie. Na nich nie ma rady. A Jezus by nas wszystkich połączył.
 Tu Barabasz, widząc wahanie Łazarza, podjął się dalszego wyjaśniania:
 - Już niejeden się dziwił, tak jak ty teraz, już niejeden zapytywał mnie, dlaczego nie zaczynam powstania. Mam wciąż tę samą odpowiedź: bo się będziemy wyrzynać wzajemnie, zamiast walczyć z Rzymianami. I tak jest naprawdę. Nic nie przesadzam. Dlatego potrzebujemy Jego autorytetu, żeby nas wszystkich sprzęgnął i zjednoczył.
 Przerwał i wskazał ręką na Łazarza:
 - A teraz powiedz, co o tym myślisz – Barabasz wreszcie dopuścił Łazarza do głosu.
 - Czy ty naprawdę nie uważasz, że coś się zmieniło po trzech latach nauczania Jezusa na naszej Ziemi Obiecanej?
 - Trafiłeś – przyznał Barabasz. – A więc powiem ci, jak już jesteś taki mądry, coś, co ci dotąd nie przyszło do głowy.
 - A mianowicie?
 - Judasz był bardziej sprytny, a nawet inteligentny, niż wam się to zdawało, a może nawet zdaje.
 - A po co to mówisz? – Łazarz nie rozumiał.
 - Wy go posądzacie, że był na usługach czy człowiekiem Sanhedrynu, niektórzy twierdzą, że Rzymian, a ja podejrzewam, że najwięcej dostał od naszych braci.
 - To znaczy od kogo?
 - Od partyzantów, pożal się Boże. A nawet powiem wprost: od zelotów, od jednej z ich zwariowanych grup.
 - Za co dostał te pieniądze – Łazarz się zdziwił. – O co im chodziło?
 - Jeżeli nie rozumiesz, to ci powiem inaczej. Gdyby Jezus działał jeszcze dziesięć lat, to byśmy niewiele mieli do roboty. A gdyby działał jeszcze dwadzieścia, to wszyscy by uwierzyli w Jego naukę o Bogu-Miłości, a my, dzielni wojownicy, musielibyśmy iść paść kozy i owce. Zgadzasz się?
 - Ja to wszystko rozumiem – Łazarz był wciąż niezadowolony – ale nie wiem, co ty chcesz od Jezusa. Sam przyznajesz, że dzięki Jego nauczaniu nastroje wyciszyły się w dużej mierze, sam mówisz, że za czterdzieści lat Jego nauczania ludzie staną się inni. Zniknie nienawiść do Rzymian, biedni i chorzy będą traktowani nie jak grzesznicy, ale jak ci, którym trzeba okazać miłosierdzie. A więc w czym rzecz?
 - Widocznie nie wyraziłem się jasno i stąd nie możemy się porozumieć. Ta wersja czterdziestu lat nie wchodzi w rachubę. Jezus zginie natychmiast, gdy się pojawi. I On o tym wie. Zbyt dobrze jest informowany, by o tym nie wiedział. Powtarzam: On nie będzie już mógł nauczać nie tylko czterdzieści lat, ale ani jednego dnia. Po prostu natychmiast zostanie zgładzony. I On to wie. Jedynie co może zrobić dobrego, to przyłączyć się do nas. A gdy pokonamy wrogów, On będzie królem naszym. I to królem niekwestionowanym przez żadną grupę zelotów. A wtedy zorganizuje sobie królestwo według swojej Ewangelii. Zrozumiałeś?
 Nagle dał się słyszeć głos puchacza. Nieoczekiwanie bliski, aż się Łazarz wzdrygnął. Barabasz powoli, ale stanowczo, podniósł się. Łazarz nie chciał tak zakończyć rozmowy.
 - Tak, ale... – zaczął.
 - Nie, ja wiem, co mi powiesz – Barabasz przerwał, powoli okręcając cienki szal wokół twarzy. – Na mnie już czas. O nic więcej cię nie proszę, tylko powtórz Jezusowi naszą rozmowę. On jest dostatecznie mądry, żeby zrozumieć, co Mu grozi i jakie ma szanse. Ja tu się jeszcze kiedyś zgłoszę.
 Już był przy drzwiach, gdy jeszcze się zatrzymał:
 - Ostatnia sprawa: będziesz miał gości.
 - O kim mówisz?
 - Jest planowany napad na ciebie.
 - Napad? – tym razem Łazarz się nie zdziwił.
 - Żeby ciebie schwytać albo nawet zabić – tłumaczył Barabasz. – Bo pomagasz apostołom.
 - Kiedy to ma być?
 - Chyba trwają uzgodnienia w tej sprawie na szczycie, ale w każdym razie w najbliższych dniach. Jak się czegoś dowiem, dam ci znać przez moich ludzi. Tylko nie licz za bardzo na to, bo moje życie też jest dość skomplikowane. W każdym razie mówię ci jeszcze raz: strzeż się.
 Podniósł rękę na pożegnanie i zniknął za drzwiami.

3.  – Ty jesteś Szymon zwany Trędowatym, faryzeusz?
Podniósł głowę bez zdziwienia, przyzwyczajony do rozmaitych pytań.
- Tak.
Przed nim stało dwóch obcych mężczyzn z twarzami okrytymi szalami, znad których wyzierały bezczelne oczy.
- Słyszałeś, on mówi, że jest Szymonem Trędowatym – powiedział pierwszy do drugiego tonem prowokacyjnym.
- Z czym przyszliście? – spytał, zniecierpliwiony tym zachowaniem się intruzów.
- Czy wiesz, kim jesteśmy?
- Skądże mam wiedzieć – szarpnął się, zezłoszczony do żywego.
- Jesteśmy przyjaciółmi króla Heroda Antypasa i pomagamy mu, jak potrafimy, gdy ma jakieś kłopoty.
- Nazywają nas – wtrącił drugi – szwadronem specjalnym. Słyszałeś kiedyś o tym?
Szymon zesztywniał i poczuł, jak gęsia skórka obejmuje jego całe ciało. Skinął bez słowa głową, spodziewając się najgorszego – że to ostatnia chwila jego życia, że za moment poczuje uderzenie sztyletu w samo serce. Oni chyba domyślali się, jakie wrażenie wywołali. I nie spiesząc się, dopiero po chwili, pierwszy zaczął mówić dalej:
- A teraz, skoro już wiesz, to posłuchaj jeszcze chwilkę: Nas nie było, z nami nie rozmawiałeś, nas nie widziałeś i myśmy z tobą nie rozmawiali.
„A więc nie ja mam zginąć” – pomyślał z ulgą, słysząc te słowa. – „Przynajmniej na razie”.
- O co wam chodzi?
- Ten ogród i ta posiadłość do ciebie należy? Czy tak?
- Otrzymałem w spadku po rodzicach. Ale tym się nie zajmuję. Jestem faryzeuszem...
- Mieszkasz tu sam? – zlekceważyli jego wyjaśnienia.
- Tak, jestem tu sam, wraz z moją służbą.
- Twój ogród przylega do posiadłości zmarłego Łazarza, a teraz jego sióstr Marii i Marty?
Podniósł na nich zdziwione oczy:
- Przecież Łazarz żyje. Nie wiecie o tym?
 - Byłeś na jego pogrzebie? – pierwszy spytał.
- Byłem – odparł prawie mechanicznie.
- Złożyli go do grobu?
- Złożyli – przytaknął.
- No to umarł – oprych roześmiał się bezczelnie.
- Przecież... – chciał wyjaśnić, ale mu przerwali.
- A my jesteśmy po to przysłani, żeby skończyć z tym wampirem, który pojawia się i straszy naród, i niepokoi całą Jerozolimę. I nagania ludzi wyznawcom ukrzyżowanego Jezusa z Nazaretu. Z tym trzeba skończyć.
Szymon poczuł, że po raz drugi gęsia skórka spina jego ciało.
- Dobrze, ale czego chcecie ode mnie?
- Niewiele. Z twojego ogrodu widać dobrze posiadłość zmarłego Łazarza. Widujesz jego wampira?
- Mnie nie interesuje, co się tam za murem dzieje.
- Nas nie obchodzi, czy cię to interesuje, ale czy go widujesz?
- Tak.
- A w nocy?
- Lubi wieczorami spacerować po ogrodzie.
- Sam czy z kimś?
- Prawie zawsze sam.
- No widzisz, jak nam się dobrze rozmawia. A co z tymi, jak to ich nazywają, apostołami Jezusa? Mieszkają tutaj?
- W zasadzie tak.
- Co to znaczy „w zasadzie”? – czekał na wyjaśnienie.
- Bo, na ile się orientuję, czasem zostają w mieście na noc.
- A to bardzo interesujące. Gdzie?
- W Wieczerniku.
- Co to znaczy „w Wieczerniku”?
- Tak nazywają dom, który Łazarz oddał im do dyspozycji.
- W którym miejscu? – przepytywali go jak żołnierze jeńca.
- Nieopodal pałacu Annasz i Kajfasza.
- Do kogo on należy?
- Powiedziałem: jest własnością Łazarza.
- Co oni tam robią?
- W każdą niedzielę Łamią Chleb, jak oni to nazywają – odpowiadał jak szczeniak, jak uczniak, jak donosiciel.
- Cóż to za obyczaj?
- Na pamiątkę ostatniej wieczerzy, którą spożyli przed uwięzieniem Jezusa w czwartek.
- Sami apostołowie?
- Schodzą się tam również ci mieszkańcy Jerozolimy, którzy uwierzyli w Jezusa i w Jego Ewangelię.
- To, jak widzę, dużo wiesz na ich temat.
- Jestem sąsiadem, a więc jakoś ze sobą współżyjemy. Chociaż to nasi wrogowie.
- A my jesteśmy jak bracia, ty i my. Chcemy wspólnie ich zniszczyć. Czy nie tak? Ale do rzeczy. A więc mówisz, niedzielną noc spędzają w mieście. A Łazarz?
- Czasem idzie, czasem zostaje.
- My tu sobie przyjdziemy dziś, może jutro czy pojutrze i popatrzymy sobie na to, co tam się dzieje. Nie będziesz miał nic przeciwko temu?
- Ależ skądże.
- A nie pójdziesz do sąsiadek i nie powiesz o naszej wizycie?
- Ja chcę jeszcze trochę pożyć – uśmiechnął się z przymusem.
- No, jakiś ty pojętny. A mówią, że z faryzeuszami trudno się dogadać. A więc rozstajemy się w przyjaźni i w zrozumieniu. My jeszcze może kogoś sobie do pomocy przyprowadzimy, kto pomoże nam przynieść całun pogrzebny, taśmy, którymi obwiązuje się zmarłych i zioła. Musimy to porządnie wszystko zrobić, żeby na zawsze wampira unieszkodliwić.
Patrzył za nimi, jak odchodzili przez podwórzec i myślał sobie, że jest już stary. I że zdawało mu się, że nic go w życiu już nie zdoła zaskoczyć. A został upokorzony przez dwóch bandytów, którzy umieją tylko sprawnie zabijać ludzi.


4.  – Dokąd wychodzisz? – Marta zwróciła się do Łazarza.
- Przejdę się po ogrodzie. A może potem jeszcze zaglądnąłbym do Wieczernika, do naszych ludzi. Dzisiaj niedziela. Dawno mnie tam nie było.
- Uważaj na siebie. Któryś ze sług mówił mi, że u naszego sąsiada, Szymona Trędowatego, kręcą się od pewnego czasu jacyś obcy. A gdybyś się zdecydował iść do Wieczernika, weź kogoś ze sobą.
- Chyba nie chcesz mi zabronić spacerów po naszym ogrodzie – Łazarz zażartował.
Marta jakby nie dosłyszała tego i powiedziała:
- Dni są jeszcze krótkie. Szybko się robi ciemno. Do Wieczernika jest kawał drogi.
Lubił te spacery w zapadającym się dniu. Na bezchmurnym niebie bielił się księżyc. Łazarz szedł aleją wśród czarnych kolumn cyprysów, krzaków rozmarynu, wielkich pióropuszów palm. Lubił te swoje drzewa, z których część sadził własnymi rękami. Z domu wybiegła Maria w białej sukni:
- Mogę ci potowarzyszyć?
- Bardzo proszę.
Najpierw szła w milczeniu obok niego, jakby zbierając myśli, ale po chwili zaczęła mówić:
- Tak wciąż nie ma czasu, żeby spokojnie porozmawiać. Tak prędko życie biegnie. Patrzę na to, co robisz od wniebowstąpienia Jezusa. Jeszcze wciąż nie mogę się tym nacieszyć.
- Co masz na myśli?
- Przecież ty im zastępujesz Jezusa.
- Co ty takie rzeczy opowiadasz? – aż przystanął zaskoczony. – Jego nikt nie potrafi zastąpić. Co dopiero ja.
- Oczywiście – zgodziła się – ale jakoś tak to jest, jak ja mówię. Ja nie wiem, co by nasi chłopcy, myślę zwłaszcza o apostołach, bez ciebie zrobili. Oczywiście, tyś podobnie postępował wobec Jezusa, pomagałeś Mu również.
- Ale to była inna sprawa – Łazarz się bronił. – On był człowiekiem niebywałego formatu duchowego. Wystarczało Go tylko pokazać ludziom, aby zachwycił wszystkich, którzy Go bliżej poznali.
- Właśnie o tym samym myślę. A cóż oni? To dobrzy ludzie, ale wciąż nie bardzo rozumieją, czy jest Ewangelia i o co Jezusowi w gruncie rzeczy chodzi. Jaka ich ma być rola. To, co umieją naprawdę, to czekać na Jezusa. I tylko tyle. Bez ciebie ich sobie nie wyobrażam.
- Tym bardziej, że ja nie jestem pewny, czy Jezus naprawdę wróci. Czy oni Go zrozumieli.
- Mówisz poważnie? Liczysz się z tym, że On może już nie przyjść do nas? – pytała prawie zrozpaczona.
- Nie wiem, o jaki powrót Mu chodziło, gdy im obiecywał.
- Jeżeli tak, to powiedz mi, jak ty sobie wyobrażasz dalszą naszą przyszłość? Co z apostołami, co z tobą, co ze mną, co z Martą?
Łazarz przysłuchiwał się tej litanii pytań bez słowa. Wreszcie odpowiedział:
- Pożyjemy, zobaczymy.
Magda dopiero po chwili milczenia podjęła rozmowę:
- A ja chciałam ci za wszystko nie tylko podziękować, ale również cię ostrzec. Bo nie wiem, czy ty dostatecznie zdajesz sobie z tego sprawę, na co się wystawiasz.
- Chyba tak – powiedział spokojnie.
Ale Magda mówiła dalej:
- Jezus zginął za to, za co zginął. Ciebie raz już uśmiercili. I pamiętasz chyba, że gdy cię Jezus wyprowadził z grobu, za kilka dni Kajfasz zażądał w Sanhedrynie twojej śmierci. Tego nie odwołał. Myślę, że to jest, niestety, aktualne. Tm bardziej, gdyś zajął Jego miejsce. Cała nienawiść spada na ciebie. Oni...
W tym momencie usłyszała trzask otwieranych drzwi. Spojrzała w stronę domu. Na balkonie pojawiła się Marta:
- Magda, jesteś tam?! – usłyszeli jej okrzyk.
- Jestem, jestem, rozmawiam z Łazarzem.
- To ja jej szukam po całym domu, a ona sobie oczywiście prowadzi pogawędki wieczorne. Czy ty masz dobrze w głowie? Tyle roboty. Mnie się wszystko w rękach pali. Chodźżeż wreszcie.
Magda zareagowała natychmiast. Przeprosiła brata i pobiegła do domu.
Pozostał sam.
Było cicho i pusto, jak zwykle o tej porze, pod nogami szeleścił tylko piasek. Do pełni szczęścia brakowało mu Jezusa, z którym tyle razy tu spacerował.
Niespodziewanie spostrzegł na tle białej ścieżki jakąś postać w czerni. W pierwszej chwili wydawało mu się, że to któryś ze sług. „Ale przecież żaden nie jest tak ubrany”. To nie był nikt z domowników. Jeszcze się nie bał, choć jakiś niepokój zaczął go ogarniać. „Skąd on się tutaj wziął?” Przybysz zbliżał się szybko. „Gdyby wszedł bramą, prowadziłby go odźwierny”. Dopiero po tym stwierdzeniu przypomniały mu się słowa Marty o dziwnych ludziach, którzy się pojawili u Szymona Trędowatego. Przystanął, czekając na nieznajomego. Już go widział dokładnie. Rosły, stosunkowo młody mężczyzna, z twarzą owiniętą szalem, znad którego widoczne były tylko oczy. Już był tuż. Zatrzymał się na odległość dwóch kroków. Chciał go spytać, kim jest, skąd się tu wziął i po co przyszedł, ale przybysz uprzedził go pytaniem:
- Czy ty jesteś Łazarz, brat Marii i Marty?
- Tak – odpowiedział.
Ale nie zdążył postawić swojego pytania, bo przybysz jakby do kogoś znajdującego się poza plecami Łazarza powiedział:
- On mówi, że jest Łazarzem, bratem Marii i Marty.
Łazarz odwrócił się, żeby sprawdzić, czy faktycznie jest ktoś drugi za nim, gdy stamtąd doleciał go ostry trzask gałęzi zmieszany z tupotem nóg i jakiś człowiek wpadł na niego z tyłu. W tym uderzeniu poczuł tylko, jakby dodatkowy, prawie nieważny element, ukłucie pod łopatką, które przerodziło się nagle w rozdzierający ból, przeszywający, aż do samej głębi jego istnienia i stracił przytomność.

 5.  Rano przyszedł do Betanii zaniepokojony Piotr z zapytaniem do Marty:
 - Co z Łazarzem?
 - Jak to „co z Łazarzem”? Nie spał u was w Wieczerniku?
 - Nie, nie było go u nas.
 - To może wcale nie poszedł. Wobec tego jeszcze jest u siebie. Może śpi albo zachorował? Dotąd nie schodził.
 - Bo miał być u nas wczoraj na wieczerzy. Czekaliśmy na niego, ale nie doczekaliśmy się. I sami, bez niego, łamaliśmy Chleb.
 - To ja już biegnę do góry.
 Z bijącym sercem pukała do drzwi. Ale nie było odpowiedzi. „Czyżby spał jeszcze? Takim głębokim snem, że nie słyszy mojego pukania?” Roztrzęsionymi rękami zastukała jeszcze raz, głośniej, nadsłuchując najlżejszego szelestu. Ale za drzwiami panowała głucha cisza. Wiedziała, że Łazarz nie zamyka się na noc. Pchnęła drzwi. Spodziewała się ujrzeć wszystko co najgorsze. Przez uchyloną szparę zajrzała do wnętrza. Łóżko było nietknięte. Ulga. Weszła głębiej. Rozglądała się po wszystkich kątach. Nie napotkała na nic, co by ją w jakiś sposób zaniepokoiło. A więc ulga. Ale i rosnące przerażenie. Powoli schodziła na dół na drewnianych nogach, starając się opanowywać spinający ją strach.
 - No i co? Śpi? – Piotr zapytał, nie wierząc w to, co mówi.
 - Nie ma go tam. Nie spał.
 - Z tego wynika, że wyszedł do nas, tylko nie doszedł – Piotr starał się o obojętny ton głosu. – A prosiłem go, żeby nigdy nie chodził sam – narzekał.
 - On faktycznie tego starał się przestrzegać. Nawet mu to przypomniałam. Coś mówił. Chyba tłumaczył, że noc jasna, droga prosta, nie tak późno i że wróci dopiero jutro rano albo gdyby wracał, to z kimś z was – Marta dopowiadała.
 - No, ale go nie ma.
 - Gdzie wobec tego się podział?
 - On był ostatnio bardzo zajęty – włączyła się Magdalena, która od chwili przysłuchiwała się tej rozmowie z rosnącym niepokojem. – Wiem, że miał z kimś spotkać się w jakiejś sprawie.
 - To niedobrze, jeżeliby sam szedł na takie spotkanie.
 - Czy ty coś o tym wiedziałeś?
 - Tak, coś mi mówił, ale znowu go ostrzegałem, żeby nie działał w pojedynkę, bo...
 - Bo co? – Magda domagała się, by kończył.
 - Co będę owijał w bawełnę. Wiesz sama, wiemy wszyscy o tym, że byli tacy i są, którzy go chcą zabić, którzy nie mogą znieść, że on żyje, którzy nie uznają tego faktu.
 - Niepokoję się coraz bardziej – Marta nie wytrzymywała tego napięcia. – Ja zostaję w domu. A ty weź paru naszych i spróbuj poszukać go. Może się zasiedział u kogo. Może zasłabł.
 - Nie, nie, to nie Łazarz – Magda jej przerwała. – Gdyby cokolwiek zaszło, dałby znać. On wie, jak czekamy, jak się niepokoimy o niego.
 - Po co to mówisz? Żeby mnie martwić – Marta wypowiedziała te słowa jak nie ona.
 - Nie chcę cię przecież martwić, siostrzyczko – Magda podeszła do niej, przysiadła się, przytuliła do niej i głaszcząc ją po włosach, mówiła ciepło, jak ją tylko było na to stać – ale przecież szukamy odpowiedzi na pytanie i staramy się wykluczać to, co nie pasuje do niego.
 - No to co się mogło stać, no co – Marta powiedziała ze szlochem.
 - Nie wiem, naprawdę nie wiem. Trzeba odpowiedzi szukać wszędzie. Nie tylko na ulicy. Ale choćby między żołnierzami Piłata, jego tajnymi agentami, czy nawet ludźmi Antypasa, zelotami i sykkaryjczykami. Jak również wśród straży Świątyni. Może od nich się coś wyciągnie.
 - Co podejrzewasz? – Marta odjęła dłonie od twarzy i patrzyła ostro w oczy Magdy.
 - Podejrzewam, że go porwali.
 - Ale po co?! – wykrzyknęła Marta z rozpaczą.
 - Wygląda na to – Piotr zaczął z namysłem – że to jest jakaś akcja przeciwko nam, wyznawcom Jezusa.
 - Ale dlaczego zaatakowali Łazarza, a nie ciebie na przykład? W jakim celu? – Marta nie ustępowała.
 - Może w bardzo prozaicznym. Chcą zastraszyć Łazarza, żeby nam nie pomagał. Żeby nam nie dawał schronienia ani tu w Betanii, ani w Wieczerniku.
 - Dlaczego to mówisz? Na jakiej podstawie?
 - To można wyczuć w ich nastawieniu do nas. Patrzą na nas wilkiem, jak na zbrodniarzy.
 - Myślisz, że ukrzyżowanie Jezusa to nie koniec?
 - Uważam, że to początek. A właściwie początek był wtedy, gdy zabili Łazarza. Chociaż też nie tak. Początek był wtedy, gdy zabili Jana Chrzciciela.
 - Jeżeli tak, to wiadomo, kto będzie następny.
 Piotr opuścił głowę, ale nie odezwał się. Za niego dopowiedziała Magda:
 - Następny będziesz ty. Wobec tego radzę ci: wracaj do Galilei.
 - A myślisz, że tam mnie nie znajdą? Zresztą, o czym my mówimy. Teraz trzeba odnaleźć Łazarza.

6.  – Wiesz coś na temat Łazarza? – Marta powitała Szymka tym samym pytaniem, którym witała od kilku dni każdego przychodzącego do Betanii.
Szymek spuścił głowę.
- No mów – Magda poparła siostrę. – Widzę, że z czymś przychodzisz.
Ale Szymek tym razem nie był skory do mówienia. Milczał zawzięcie, tylko zęby zaciskał, jak zawsze gdy był zdenerwowany. Magda podeszła, przygarnęła go, objęła w pół. Przy tym olbrzymie wyglądała jak mała dziewczynka.
- Każda prawda, nawet najgorsza, lepsza niż niewiedza.
- Jeszcze nie wszędzie go szukaliśmy – wypowiadał słowo za słowem, zacinając się, jakby je wyrywał z siebie.
- Jak to nie wszędzie – Marta zaprotestowała. – A gdzie jeszcze?
- Szymku, Szymeczku – Magda prosiła. – Powiedz jaśniej. Nie trzymaj nas w takiej niepewności. Przecież wiesz, jak za nim tęsknimy, jak nam wszystkim go brak.
- Chodźmy – odpowiedział krótko.
- Dobrze, jak chcesz. Chodźmy – Magda przystała.
Wyszli z domu do ogrodu. Szymek szedł pierwszy. Za nim postępowała Marta z Magdą, pilnie obserwując, dokąd je Szymek prowadzi. Przeciął ogród w poprzek.
- Szymku, dokąd idziemy? – w którymś momencie Magda nie wytrzymała.
Ale ten nadal szedł w milczeniu.
- Szymku, odpowiedz! – wykrzyknęla po chwili po raz wtóry.
- Jeszcześmy go nie wszędzie szukali.
- A gdzie go chcesz szukać?! – zawołała z rozpaczą. – No gdzie?!
- W grobie – Szymek mruknął, jakby to słowo chciał zakryć. Jakby nie chciał, żeby je zrozumiano.
- Coś ty powiedział – Marta doskoczyła do niego – w grobie? W jakim grobie? Co to ma znaczyć?
- Zostaw – Magda ją uspokajała. – O jakim grobie mówisz, Szymku. My pytamy o Łazarza, naszego brata.
Ale Szymek trwał nieporuszony. Szedł ze spuszczoną głową – góra mięśni. Wreszcie odpowiedział:
- Ja idę do jego grobu. Jak chcecie, to chodźcie ze mną.
Więc szły za nim, roztrzęsione, jeszcze nie dowierzając temu, czego zaczęły się domyślać. Prowadził je w głąb ogrodu, aż do urwanego skalnego pagórka, gdzie Łazarz przygotował grób, do którego zostało złożone jego ciało.
Wpatrywały się w cel swojej wyprawy. Kamień zatoczony na otwór grobowy był tak jak zawsze, w tym samym miejscu. A więc podejrzenia były bezpodstawne. O czym Szymek mówi? Po co je tu prowadzi? Ale on, jakby nie domyślał się tego, co im przez głowy się przetaczało, z uporem chłopskim czy żołnierskim, na nic nie zważając, podszedł z boku. Obiema rękami oparł się ciężko o krawędź ogromnego dysku, jaki stanowił kamień nagrobny, zaparł się nogami, pchnął z całą siłą, aż kamień ruszył powoli i zaczął odsłaniać czarne wnętrze. Dopchał go do końca rynienki, w której kamień się toczył. Dopiero teraz, gdy otrzepał ręce, wytarł o suknię i obciągnął ja wokół pasa, pochylił się i wszedł do grobu.
Czekały na niego, że wyjdzie, rozłoży ręce i powie: „Łazarza i tu też nie ma”. Ale on nie wychodził. Wciąż nie wychodził. Już myślały, że nigdy nie wyjdzie. Wtedy go zobaczyły – z poszarzałą twarzą i opuszczonymi rękami zbliżył się do nich i półgłosem powiedział:
- Lepiej nie wchodźcie. Już cuchnie.
Ale weszły, wbiegły. Nie wierząc jeszcze własnym oczom oślepionym ciemnością, sprawdzały dłońmi. Tak obandażowany, jak był, jak to one same kiedyś go bandażowały, od stóp do szyi. Bo na twarzy była chusta, okrywająca głowę, więc ją zdjęły, żeby się przekonać na własne oczy, że to leży ciało ich brata, Łazarza. W ciemnościach zamajaczyła jego twarz. To był on. Leżał spokojnie i już wiedziały, że tak będzie leżał do sądnego dnia, aż powróci do niego duch i wtedy ożyje. Wcześniej nie, bo nie ma jego przyjaciela Jezusa, który mógłby, gdyby był, jeszcze raz wskrzesić go z martwych.

 7.  Siedzieli w jadalni. Wszyscy apostołowie, spora gromada uczniów, Marta z Magdą i na miejscu, które zawsze zajmował Łazarz – Maryja. Przyszli również goście – przyjaciele. Choć tu ostatnio rzadko widziani. Józef z Arymatei i Nikodem. Zwłaszcza ten pierwszy, który był długi czas nieobecny w Jerozolimie. Po cichu mówiono, że również w związku z zabezpieczaniem całunu Jezusa, wokół którego zaczęło się robić coraz bardziej ciasno: coraz więcej było takich, którzy chcieliby go mieć na własność. Wobec tego, żeby rozładować to napięcie, Józef po prostu gdzieś go wywiózł. Gdzie, trudno powiedzieć. Wiadomo, że to człowiek-kot, który chodzi swoimi drogami. A tych dróg było wiele. Tak jak to bywa z bardzo zamożnym kupcem, który ma mnóstwo posiadłości i kontaktów jeszcze więcej. Owszem, byli tacy, którzy się odważali wprost zapytać, gdzie umieścił całun, ale otrzymywali najczęściej odpowiedź: „W bardzo bezpiecznym miejscu – suche, przewiewne. Prędko się nie zniszczy”. A więc przy stole był również Józef, który przybył wraz z Nikodemem i wyglądało na to, że podjęli jakieś ważne wspólne ustalenia, które chcieli przekazać apostołom i uczniom. Stypa – nie stypa. Stypa, bo po powrocie od grobu. Nie stypa, bo jakaż to stypa, skoro nie było pogrzebu. Piotr przemawiał. A właściwie zaczął nieśmiało mówić:
 - To również i nasza wina, bośmy powinni go lepiej pilnować...
 Przerwał mu zduszony jęk Szymka:
 - Żebym ja tych drani dorwał w swoje ręce.
 Pochylony, z głową wtuloną między ramiona, ściskał z całej siły dłonie. Piotr przerwał, popatrzył na niego i powiedział, uzupełniając:
 - To byś i tak im przebaczył, jak przebaczyłeś Judaszowi. Co się stało, to się nie odstanie. Można by się zastanawiać teraz, kto to zrobił, Sanhedryn, Piłat czy Herod. I może przy jakimś wysiłku można by do tego dojść.
 - Oczywiście że tak! Trzeba koniecznie dowiedzieć się, kto dokonał tej zbrodni – Jakub dokończył. – To jest nasz obowiązek. Również wobec narodu.
 - Ale co to da?
 - Jak to „co to da”? Zostaną ujawnieni zbrodniarze. Tak jak została dokonana ta zbrodnia, i jak został Łazarz złożony do grobu, wynika, że jest to dzieło tych, którzy głosili, że Łazarz nie został wskrzeszony przez Jezusa, tylko ukazywał się jak wampir.
 - Zostaw, Jakubie – Kuba mu przerwał. – Człowieku, to samo głosili wszyscy wymienieni. Nie będzie końca poszukiwaniom, podejrzeniom. Jestem przekonany, widać to po robocie, zabili go fachowcy. I zdemaskowanie ich jest niemożliwe. Nie mówiąc już o tym, że mogą być nowe ofiary. Bo zbrodniarze nie będą czekać, aż zostaną rozszyfrowani.
 - A więc, gdy zamknęliśmy pierwszą sprawę – przerwał im te dywagacje Piotr – ja chcę w imieniu swoim i nas wszystkich, tak apostołów, jak uczniów, zapytać Martę i Marię, co z nami dalej.
 Magda pierwsza zareagowała:
 - Nie rozumiem pytania, o co ci chodzi?
 - Dzięki dobroci i wielkoduszności twojego zmarłego brata – Piotr zaczął tłumaczyć z całą powagą i szacunkiem – zostaliśmy zaproszeni do tego domu. Nie dość na tym, twój brat oddał nam do dyspozycji w samej Jerozolimie dom, który nazwaliśmy Wieczernikiem. Jestem tego świadomy, jakie nastąpiły zmiany od tamtego czasu. Jezus odszedł do nieba, teraz straciliśmy Łazarza. I dlatego pytam, co dalej.
 - Pytasz, o ile cię rozumiem, czy będziecie mogli pozostawać w dalszym ciągu u nas tak samo jak dotąd. To nie moja sprawa, tylko mojej siostry, Marty. Ona decyduje o wszystkim, co w domu. Powiedz, siostrzyczko, co myślisz o tym?
 - Ja nie decyduję – odpowiedziała Marta. – To zostało zdecydowane przez Łazarza. I tak będzie. Ten dom jest domem również dla was.
 - Dziękuję za wasze wielkie serca.
 Zabrał głos Nikodem. Jakby inny niż ten, kogo dotąd znali. Bez dawnego dystansu, obcości, ale prosty i zatroskany, ciepły i serdeczny. Choć i stanowczy:
 - Wam już nie wolno powiedzieć: Dziękujemy i cieszymy się, że będzie tak, jak było – Nikodem rozwijał swoją myśl.
 - Do czego zmierzasz? – zapytała zaniepokojona Magda.
 - Nie wiem, czy to, co zaproponuję, będzie prawdziwie rozwiązaniem, ale będzie chyba miało znaczenie.
 - Proszę, mów – Magda chciała wiedzieć.
 - Tym bardziej, że nie jesteście tylko dwie: Magda i Marta – Nikodem ociągał się z odpowiedzią – ale również Maryja, która teraz dla nas, po odejściu Jezusa, jest skarbem najdroższym.
 - Zdajemy sobie z tego sprawę – Magda zaczęła się niecierpliwić. – Ale mów, o co ci chodzi.
 - Nie wolno Jej narażać w żadnym wypadku.
 - Nikodem chce, abyśmy odeszli z Betanii! – wykrzyknął Janek.
 - Trafnie mówisz – Nikodem poważnie potwierdził. – Myślę, że powinniśmy pozostawić Betanię w spokoju. Przychodzić tutaj tylko na zasadzie absolutnego wyjątku. A jeżeli im użyczacie Wieczernika – tu zwrócił się do Magdy i Marty – to niech tam zamieszkają. Ten dom powinien im całkowicie wystarczyć. Oczywiście, że będzie im brakować Betanii. Oczywiście, że tu na nich będziecie zawsze czekać. Ale tak trzeba. Z pewnością spytacie mnie, skąd takie moje, a raczej nasze, bo występuję również w imieniu Józefa, propozycje. A więc chcę was poinformować, co się dzieje „na górze”. Sytuacja jest taka, że opanowało wszystkich szaleństwo, gdy chodzi o temat naszego przyjaciela Łazarza. Niby wszyscy, tak faryzeusze, ci przede wszystkim, jak saduceusze, jak herodianie, jak i Piłat chyba twierdzili, że musi zginąć. A teraz, gdy faktycznie zginął, oszaleli. Ani ja, ani mój przyjaciel Józef z Arymatei, tutaj obecny, nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć, przynajmniej w dniu dzisiejszym, co się stało. Niemniej, tak to jest.
 - Co to znaczy „oszaleli”? Nie rozumiem – Tomasz domagał się uściślenia.
 - A więc i ja nie rozumiem, dlatego posłużyłem się tym słowem. A w nim jest wszystko to, co się dzieje w tych środowiskach po zamordowaniu Łazarza.
 - Ale spróbuj to jakoś bliżej określić.
 - Tam jest nienawiść i miłość, szacunek i pogarda, wściekłość i uwielbienie.
 - Dodać należy – wtrącił Józef – że do dzisiejszego dnia nie jest wiadome, kto dokonał tej zbrodni. Wszyscy się wymawiają i wszyscy wszystkich nawzajem o to posądzają.
 Dopiero teraz zapanowała cisza wśród zgromadzonych. Dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, o co Nikodemowi chodzi.
 - Ja to nie bardzo rozumiem – odezwał się Piotr. – Podobnie jak chyba my tu wszyscy. I pozostaję na tym. Proszę jednak o wniosek praktyczny dla nas, wynikający z sytuacji, która zapanowała.
 - Dobre pytanie – powiedział zadowolony Nikodem. – A więc proszę. Po pierwsze, imię „Łazarz” zostaje wykreślone z waszego słownika.
 - Jak to? – zdziwił się Filip. – To jak mamy mówić?
 - To już nie moja sprawa. Mówcie, jak chcecie. Ale w żadnym wypadku nie wolno wam powiedzieć słowa „Łazarz”.
 - Może „przyjaciel Jezusa” – Józef poddał propozycję. – Albo nawet „umiłowany uczeń Jezusa”.
 - Może bez „Jezusa” – Nikodem poprawił.
 - Dobrze – Józef się zgodził.
 - „Przyjaciel” to może nie – Tomasz poczuł się prawie osobiście dotknięty. – To ja już wolę „umiłowany uczeń”. W końcu wszyscyśmy byli Jego umiłowanymi uczniami – mruknął do siebie. – To nikogo nie dotknie.
 - A dlaczego po prostu nie „Łazarz” – teraz Janek zaprotestował, gdy zdawało się, że wszystko jest jasne. Jemu też chyba szło o to słowo „umiłowany”.
 - Bo chodzi o to, żeby w waszych rozmowach nie powtarzało się słowo „Łazarz” – Józef zaczął tłumaczyć Jankowi od początku. – A więc nie należy mówić „Łazarz to, Łazarz tamto, Łazarz owo” tylko „umiłowany uczeń to, tamto, owo”.
 - Ale dlaczego? – Janek zaczął się upierać po swojemu.
 - Bo można zarobić na „czapę”. Rozumiesz?
 - Rozumiem. Ale ja nie pytam o to „dlaczego”, tylko o inne „dlaczego”.
 - Aha – domyślił się Józef. – A więc wyjaśnię ci. Dlatego, że oni traktowali Łazarza jako następcę Jezusa. Coś takiego jak Jana Chrzciciela. I stąd ich wściekłość na niego. Zdawało im się, że zakończyli z Jezusem, a tu naraz następca, i to tej klasy. Tym bardziej, że to nie Galilejczyk ale Żyd i to jerozolimczyk, a na końcu arystokrata i to bogaty arystokrata.
 - A o nas tak nie myślą, że my następcy? – dziwił się Janek.
 - Nie – Józef odpowiedział krótko.
 - Ani o Piotrze?
 - Też nie.
 - A o was? – Janek metodą skorpiona zaskoczył obu.
 - Nie. Nam do klasy Łazarza jeszcze daleko. Ale gdy już jesteś przy nas, to od razu powiem. Chociaż nie jesteśmy tej klasy co Łazarz, pod żadnym względem, będziemy się starali we dwójkę go zastępować. Tylko, żeby się nie powtórzyła w stosunku do nas jego historia, nie przeniesiecie się do nas. Ani do mojego domu, ani do domu Nikodema. Ani też my nie będziemy u was wciąż przesiadywać. Tylko wy w miarę potrzeby będziecie do nas przychodzić, i to najlepiej nocą.

 
 

strona: ...[11]  [12]  [13]  [14]  [15]