Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święta Urszula Ledóchowska
strona 21


 

     Najpierw przyszedł pan Łempicki, zapowiadając wizytę. Wypytywała się go pilnie, kto to są ci ludzie.
     - Ignacego Daszyńskiego pani zna. Socjalista. Ideowy socjalista. Oddany całym sercem sprawie. Jak to się mówi, verus Israelita. Na socjalizmie nie robi pieniędzy ani kariery politycznej.
     - Kto jeszcze?
     - Pan Stanisław Patek, urodzony w 1866 roku, z zawodu i z serca dyplomata.
     - Czemu aż tak pan to nazywa?
     - Bo, łaskawa pani, Daszyński mógłby również wszystko inne robić. Książki pisać chociażby, podczas kiedy ten – chyba nic innego nie potrafiłby, jak być dyplomatą. Owszem, z zawodu prawnik. Zasłynął od 1905 roku w procesach politycznych ludzi oskarżanych przez rządy carskie. Jeden z inicjatorów Koła Obrońców Politycznych. Od pierwszych lat naszego XX wieku pepeesowiec. Oczywiście zwolennik Piłsudskiego. Następnym gościem pani dobrodziejki będzie pan Michał Sokolnicki, rocznik 80, historyk, działacz polityczny, od 1905 w PPS, czynny w rozmaitych organizacjach wolnościowych, współpracownik Piłsudskiego. Jeszcze będzie jeden Szwed, komunista i jeden Żyd, syjonista. Będę również i ja, jak pani hrabina pozwoli.
     - Ale skąd oni wpadli na to, aby mnie odwiedzić?
     - Czy jaśnie pani dotąd tego nie zauważyła, że już się wytworzył niejaki zwyczaj: ktokolwiek z Polaków znajdzie się w Sztokholmie, ten marzy o tym, żeby zostać przyjętym przez panią hrabinę Ledóchowską. To po pierwsze, a po drugie – w wypadku tych panów: oni chcą poznać kobietę, która ma takie zasługi względem Polski; nie tylko przez zbieranie pieniędzy, ale przez szerzenie wiedzy o niej, wiedzy i sympatii.
     - Nie przesadzajmy, nie przesadzajmy.
     - Pani łaskawa daruje, ale daleki jestem od tego.

     Przyszli o wyznaczonej porze. W tej czteroosobowej grupie wyróżnił się pan Ignacy Daszyński. Szczupły, zaczesany na jeża, z wyrazistą twarzą. Przy przedstawianiu się powiedziała do niego:
     - Nie jest mi pan obcy. Byłam kiedyś na pańskim odczycie, kiedy to pan spalił portret cara.
     - Ach, w zimie 1905 roku na Rynku krakowskim. Nie bardzo chciał się on palić. Ale nie wiedziałem, że miałem za słuchaczkę siostrę zakonną.
     - Nawet dwie. A było to w specjalnych okolicznościach. Uczennice, również dwie, uciekły ze szkoły na ten wiec i poszłam, żeby je odnaleźć.
     - I znalazły się?
     - Tak.
     - No to przynajmniej jedno dobre zakończenie tego burzliwego wiecu.
     Zdawało jej się w pierwszej chwili, że się nie pomieszczą w jej niewielkim pokoju. Ale gdy usiedli, uznała, że mieszczą się w sam raz. Przygotowała dla nich, jak zwykle dla gości, którzy u niej się pojawiali, herbatę, kawę, kakao i ciasteczka. Ale coś ją tknęło, żeby być gotową na ewentualny podwieczorek: chleb, bułki, masło, ser i jakąś wędlinę – i okazało się, że dobrze zrobiła. Goście chętnie zgodzili się na mały podwieczorek, tym bardziej, że i pora po temu była stosowna. Wobec tego nie spieszyła się z nakryciem. Przyjmowała wyrazy podziwu dla jej inicjatywy, przerzucając je na pana Łempickiego.
     - Gdyby nie obecny tutaj pan Michał, nic bym nie zdziałała. To on miał największy trud na swoich barkach: zawiadomienie do prasy, rozsyłanie imiennych zaproszeń do ludzi ważnych na danym terenie, wynajmowanie sali itd. itd.
     - Ale, ale. Po pierwsze, gdy pani łaskawa zdecydowała się ruszyć w Szwecję, wtedy już pani stała się swoim menedżerem. A po drugie, na cóżby się przydały techniczne zabiegi, gdyby nie było po tym tych porywających prelekcji, o których fama poszła już nie tylko po Szwecji, ale po wszystkich krajach skandynawskich.
     - To jakie miejscowości potrafiła szanowna pani „objechać” przez te pół roku?
     - Boże, już sama nie jestem w stanie spamiętać. Choć gdzieś to mam zapisane.
     - Może łaskawa pani pozwoli, a ja przypomnę – zaoferował pan Łempicki.
     Spostrzegła z wewnętrznym rozbawieniem, że pan Łempicki unika słowa „hrabina”, którego chętnie używał w poprzednich spotkaniach.
     - Po pierwszym wykładzie w Sztokholmie 12 kwietnia, oczywiście naszego roku 1915, nastąpił 14 kwietnia odczyt w języku niemieckim dla przedstawicieli państw centralnych.
     - Tu już się nie bałam. Przekonałam się na pierwszym odczycie, że potrafię mówić do towarzystwa z dyplomacji.
     - Te dwa wykłady przyniosły 1150 koron, a więc majątek. Potem był Grand Hotel na propozycję ambasady angielskiej i Uppsala.
     - A, to było przeżycie swojego rodzaju. Jechałam tam na zaproszenie protestanckiego arcybiskupa, słynnego Nathana Söderbloma, słynnego przede wszystkim z jego akcji pokojowych i ekumenicznych. Odczyt wygłosiłam w jego pałacu. W wielkiej sali konferencyjnej zgromadziło się ze 150 osób. Było pełniusieńko. Wszyscy słuchali z zainteresowaniem. Chyba trafiłam do serca. Po odczycie zaprosił mnie arcybiskup na kolację. A więc przyznacie panowie, że było to wszystko niesłychane, tym bardziej że on wiedział, że byłam i że jestem zakonnicą katolicką. Jadąc pociągiem, chociaż z daleka oglądałam baszty potężnego zamku Wazów. I tak sobie myślę, że jakoś zapomnieliśmy o tej karcie naszej historii. Został nam w oczach potop szwedzki, zwłaszcza dzięki Sienkiewiczowi, a przecież to kraj nam bliski. Właśnie przez Wazów.
     - Z kolei znowu Grand Hotel. Tym razem odczyt o Krasińskim i imprezy w Södertälje.
     - Co to za imprezy w Södertälje? – spytał pan Patek.
     - Ach, to zupełnie nowa historia. Nasza gospodyni ma, jak to mówią nasi Żydzi wschodni – przepraszam, czy mogę użyć pewnego dziwnego słowa?
     - Ależ proszę, proszę – udzieliła pozwolenia ze śmiechem.
     - Otóż pani Julia Ledóchowska ma kepełe, co się na język polski tłumaczy brutalnie: ma głowę na karku. W Djursholmie wynajęła willę czy nawet dwie wille i zakłada tam Instytut Języków dla dziewcząt skandynawskich.
     - Jeżeli dobrze rozumiem, to tak między jednym odczytem a drugim – zażartował pan Sokolnicki. – Czy tak? Ale po co?
     - Dokładnie tak. A po co. Otóż właśnie, tu jest miejsce na uzasadnienie mojej tezy, że łaskawa pani, dzisiejsza nasza gospodyni, ma kepełe. Szwedzi, ale nawet wszyscy Skandynawowie, mają kompleks wyobcowania, choćby na skutek swojego języka, wobec tego posyłali od zawsze swoje dzieci na kontynent – oni też prawie wyspiarze – aby się uczyły języków. Teraz wojna – nie można dzieci tam wysyłać. Stąd pomysł naszej dobrodziejki. Zresztą, jeżeli wiem, pomysł pierwszy – nikt na to nie wpadł. A ponieważ w Krakowie uczyła w języku francuskim i niemieckim, stąd itd.
     - Ale kto w tej szkole będzie pracował?
     - Otóż i to. Panowie może nie wiecie, ale nasza gospodyni, będąc w Petersburgu, porwała za sobą kilka pań, nawet nie kilka – bo 24, które podobnie jak ona chciały należeć do zgromadzenia urszulanek. Teraz ściąga je stamtąd i zatrudnia w tej szkole.
     - A myśmy myśleli, że zastaniemy kurkę domową wyrwaną do pracy społecznej, a tu zastajemy profesjonalistkę, społecznicę zawodową, fachowca wysokiej klasy, a przy tym tytana pracy.
     - Dodam, że tymczasem nasza gospodyni założyła pierwsze w tym kraju czasopismo religijne. Miesięcznik pt. „Iskry Słoneczne”.
     - Widzę, że najwyższy czas, żebym udowodniła, że jestem kurką domową i przygotuję jakiś podwieczorek.
     Wstała i wyszła do swojej kuchenki, a oni zaczęli o swoich sprawach. Dolatywały do niej poszczególne słowa, fragmenty zdań. Szło ostro, czasami bardzo ostro. Komunista szwedzki upierał się, że to już koniec epoki, gdzie ludzkość podzielona była na narody, że teraz potrzeba nowego patrzenia ponadnarodowego, potrzeba zjednoczenia się proletariatu całego świata. Ale tu napotkał na sprzeciw ze strony pana Daszyńskiego broniącego natury ludzkiej. Syjonista z kolei narzekał na prześladowanie Żydów w Polsce. Tu znowu pan Patek, może trochę złośliwie, zaatakował rozmówcę:
     - A czy nie wpadło panu do głowy, dlaczego właśnie w Polsce jest najwięcej Żydów. Że jak im tak w Polsce źle, to powinni z Polski uciekać, a oni wprost przeciwnie, ciągną jak do ziemi obiecanej. A po drugie, czy nie zgodzi się pan ze mną, że jeżeli już się je ten polski, choć jak pan mówi gorzki chleb, to przynajmniej czysta uczciwość tego wymaga, by być lojalnym wobec tego narodu, wróść w niego, a nie być wciąż obcym ciałem, które ma swoje narodowe żydowskie interesy, obce dla interesów narodu polskiego. Owszem, trudno mi tu operować ścisłymi danymi. Zgadzam się, jest duża część Żydów związana z narodem polskim. Przecież byli Żydzi i w powstaniu styczniowym. Ale jest część Żydów taka, których postawę naród polski uważa za wroga, i tylko wobec tej części ma żal i pretensje.
     A ona przynosiła, częstowała, nalewała. A oni mówili i mówili. Miała wrażenie, że zjedliby cokolwiek by im podała, że nie czują, co jedzą, co piją, zajęci, zapamiętali, pogrążeni w swoich myślach, w precyzowaniu słownym swoich przekonań, w nadsłuchiwaniu, co interlokutor mówi. Byli tak pochłonięci tym ważnym działaniem, jakby od wyników tej rozmowy cały świat zależał, jakby się tu, w tym małym mieszkanku decydowały losy Europy i Ameryki, Polaków, Rosjan, Żydów. Zachowywała się jak najciszej, przemykała pomiędzy krzesłami i stołem, lawirując półmiskami, tacami, z świeżą wodą, herbatą, zmieniała filiżanki, myła pospiesznie w kuchni, bo jej naczynia nie starczało. A oni mówili. Wreszcie przeszli oczywiście na sprawy polskie. W ten sposób już prawie całkiem wyłączyli swoich niepolskich rozmówców. Zatrzymała się w drodze do kuchni, trzymając w ręce pusty półmisek, i zabrała głos:
     - Bo tu się mówi bardzo dużo na ten temat, dlaczego Piłsudski się opowiedział po stronie państw centralnych.
     - To znaczy, pani zdaniem powinien iść razem z carską Rosją?
     Uciekła od odpowiedzi:
     - Ja nie jestem politykiem, nie znam się na tym. Mówię tylko to, co do mnie tutaj dochodzi.
     - W zasadzie można by i tak. Tu są dwie sprawy. Po pierwsze, żeby Polacy przestali być bierną masą czekającą na decyzje europejskich czy światowych potęg, przedmiotem, który partnerzy ustawiają jak chcą na szachownicy swoich rozgrywek, ale żebyśmy byli podmiotem możliwie jak najsilniejszym, z którym wszyscy muszą się liczyć. Taką formą są Legiony. A po drugie, trzeba było wybrać stronę, po której należy stanąć. Wybraliśmy państwa centralne dlatego, że prawdziwe trudności rozpoczną się z Rosją.
     - Dlaczego?
     - Jak Polska będzie wyglądała na zachodzie, to już wiemy, z małymi wahaniami w jedną czy drugą stronę. Natomiast cała walka pójdzie o wschodnią granicę. My chcemy mieć ją taką, jaka była przed rozbiorami. Chcemy tak jak wtedy żyć w unii z narodami litewskim, białoruskim i ukraińskim.
     - Znajdujemy się w niekorzystnej sytuacji i z tego względu, że jak można mieć pewność, zwycięży Ententa, a więc Anglia, Francja i Rosja. Trzeba się liczyć z tym, że do tej trójcy dojdzie Ameryka: Stany Zjednoczone, które przecież mają w Europie też swoje interesy i to po stronie Ententy. Wobec tego warunki dyktować i wyznaczać granice będą te właśnie mocarstwa, a więc również i Rosja. Wiemy, ze dyplomaci rosyjscy już omawiają z angielskimi kształt polskiej granicy wschodniej i wszystko to potwierdza nasze obawy.
     - Wyjdzie na to, że na rozbiorach naprawdę zyskałaby właśnie Rosja. I Piłsudski chce temu przeciwdziałać i odbudować Polskę w jej kształcie sprzed zaborów. Oczywiście nie znajduje on u wszystkich zrozumienia, ale u nas znalazł i jesteśmy za nim. I dlatego jesteśmy sercem i duchem z Legionami.
     Zaczął śpiewać:
     - „Legiony – to żołnierska nuta,
         Legiony – to straceńców los,
         Legiony – to rycerska buta,
         Legiony – to ofiarny stos.
               My, Pierwsza Brygada,
               Strzelecka gromada,
               Na stos rzuciliśmy swój życia los,
               Na stos, na stos!”

 

strona: ...[19]  [20]  [21]  [22]  [23]  ...