Biblioteka
CHRYSTUS - TOM 2.
strona 16


 

Zachwyt pogan Chrystusem


1.  Początek pielgrzymowania

 I tak się zaczęło. Ruszyli. W trójkę. Bo Jan uważał to za oczywiste, że stanowi nieodłączną parę z Barnabą.
 Tak jak postanowili, tak się stało. Ulegając namowom Barnaby, zaczęli od jego Cypru, który – jak ten twierdził – miał być dla nich poligonem próbnym. Bo to świat przyjazny, serdeczny, spokojny, niezepsuty. Tłumaczył, że to zupełnie coś innego niż kontynent.
 Po drodze, idąc na statek, wstąpili w Seleucji do synagogi, bo okazało się, że trzeba czekać dwa dni na odpłynięcie statku, a potem już Cypr. Począwszy od Salaminy.
 W miarę jak płynęły dni, gdy mieli już za sobą nie parę ale kilka miast, przekonywali się, jak wędrówka ich jest owocna. Choć to, co zastawali, przekraczało ich najgorsze przypuszczenia. A zastawali sytuacje wręcz tragiczne. Napotykali getta wprost spanikowane, przestraszone do granic możliwości. Ludzie żyli już tylko z dnia na dzień, w każdej chwili spodziewając się czegoś najgorszego. Karmili się wiadomościami wręcz nieprawdopodobnymi albo prawdopodobnymi, ale rozdmuchanymi, zafałszowanymi o pogromach dokonywanych przez wojska rzymskie, przez ludność cywilną na terenie rozmaitych gett imperium.
 Przekonywali się również, że rozruchy, jakie miały miejsce w Aleksandrii i represje dokonywane tam przez namiestnika cesarskiego Flaccusa na ludności izraelskiej stanowią wciąż jakąś matrycę, na której ludzie budują obrazy swojej dalszej przyszłości. Z jednej strony był to strach. Ale z drugiej: rosnąca nienawiść do pogan i pogarda, która niekiedy zdążyła już uróść do monstrualnej postaci. I chęć zemsty. I przekonanie, że Bóg pomoże. Bo dosyć tych upokorzeń narodu wybranego, bo czas na to, aby wyrównać rachunki. Wszędzie panowała nieuzasadniona determinacja do walki za wszelką cenę.
 Szli, jechali konno, na osiołkach, na mułach, które im czasami dawali do dyspozycji gościnni bracia. Od miasta do miasta, od getta do getta.
 I pierwsze rozczarowania. O czym się zresztą mieli przekonywać bezustannie w miarę swoich wędrówek: że ludzie, praktycznie rzecz biorąc, nic nie wiedzą o Jezusie. Owszem, że był taki, że zginął przybity do krzyża. I to by właściwie było wszystko. Ale o Jego nauce, o Bogu-Miłości i co to praktycznie znaczy, pozostawało w ich świadomości jako terra incognita. Poza zakresem ich rozumienia.
 Wobec tego mówili, przedstawiając tę naukę jako sposób na życie osobiste i społeczne. I zaskoczeni stwierdzali, że są słuchani jak magowie, opowiadający ziemianom o życiu na gwiazdach. Jako o czymś nieprawdopodobnym. Niemożliwym do wprowadzenia w życie. Że ludzie słuchali jak jakiejś pięknej bajki. A przecież niektórzy wciąż słuchali. A przecież niektórzy decydowali się przychodzić codziennie na spotkania ze zwiastunami tej nowej nauki.

 Już na początku prawie ustalili schemat działalności. Najchętniej zaczynali od wieczornego czytania w synagodze, a nawet od złożenia wizyty u jej przewodniczącego. Przedstawiali się, częściej nie dopowiadając sprawy do końca. Ale gdy się okazało, że Szaweł jest bardziej znany niż to można było przypuszczać, z tego zrezygnowali. Bo gdy przy takiej wizycie rabin zorientował się, o co chodzi, to po prostu nie zgadzał się na wystąpienie w synagodze. Wobec tego wycofali się z tej kurtuazji i startowali bez zapowiedzenia. Po prostu w czasie nabożeństwa zgłaszali się do czytania i do komentarza. Gdy się okazywało, że ktoś inny jest zamówiony czy wyznaczony, zabierali głos w dyskusji nad tekstem i homilią.
 I wtedy dopiero właściwie zaczynała się sprawa. Choć rozmaicie przebiegała. Albo zachwytem, albo protestem. Albo gwałtowną dyskusją, albo nieśmiałymi pytaniami. Czasem wybuchały nawet zamieszki. Prawie że dochodziło do rękoczynów. I to zresztą nie przeciwko nim, ale walczyli uczestnicy między sobą, którzy różnili się zdaniami na temat tego, co usłyszeli.
 A więc było po prostu rozmaicie. Bywało i tak, że rabin zapraszał ich na spotkania na dzień następny, aby dyskusja mogła być kontynuowana. Argumentem dla niego było po prostu, że coś się zaczęło dziać w jego małomiasteczkowym grajdole. Źle czy dobrze, ale przecież coś. Bo przeważnie tak było, że na codzienne czytania uczęszczało mało ludzi albo uprawiano na nich „młócenie słomy”, a rabin nie mógł się doprosić, by ktoś zechciał przeczytać tekst i wygłosić kilka słów komentarza, teraz po paru czy kilku dniach kazań Szawła i Barnaby synagoga gwałtownie robiła się przyciasna. Wkrótce już nie mieściła chętnych. Ludzie oblepiali drzwi i okna. Wreszcie tłum żądał, aby Szaweł i Barnaba z Janem-Markiem wygłaszali swoje przemówienia na zewnątrz.
 Przeważnie już po pierwszym nabożeństwie pojawiali się słuchacze, którzy w pełni zaskoczyli. Albo autentycznie zachwycili się tym, co usłyszeli, albo przynajmniej na tyle się zainteresowali, że zapraszali ich do swoich domów na kolacje i na nocleg. I w ten sposób tworzyła się baza, jaką był gościnny dom. I nawet gdy rabin w końcu oświadczył, że nie chce ich widzieć w synagodze, to już w zasadzie nawet jej nie potrzebowali. Ludzie schodzili się tam, gdzie oni mieszkali. Wypełniała się izba, wypełniał się dom, wypełniało się podwórko, ludzie wyłazili na dach, żeby słyszeć to, co głosili apostołowie Chrystusa. Wcześniej czy później Szaweł i Barnaba z Janem proponowali:
 - Czy chcecie z nami Łamać Chleb? Stanowić jedno? Jeżeli wierzycie w to, co Jezus głosił: że Bóg jest miłością, że trzeba kochać każdego człowieka, to tak.
I gdy usłyszeli „tak”, proponowali im, żeby na znak, że zaczynają nowe życie, przyjęli chrzest z wody i z Ducha Świętego.
- To obmycie z waszych grzechów nienawiści, pogardy i krzywdy – tłumaczyli.
Szli do najbliższego strumyka, do sadzawki. I tak jak Jan kiedyś, tak oni – ale już w sposób pełny, bo w Duchu Świętym – dokonywali obrzędu chrztu.
Odchodzili żegnani jak bracia, jak rodzina, jak ci, których się nigdy nie zapomni, nawet gdy się już ich więcej na oczy nie zobaczy. Przed wyruszeniem w dalszą drogę kładli ręce na najbardziej godnego, aby czuwał nad głoszeniem słowa, aby przewodniczył w Łamaniu Chleba. Nowo nawróceni zapewniali, że będą robić to, czego ich nauczyli Szaweł i Barnaba, że będą tak żyć, że będą to głosić. Prosili, by powrócili, prosili o znaki życia, o modlitwy.
Odchodzili, wierząc, że przynajmniej ci nie pochwycą za broń, by rzucić się na mordowanie znienawidzonych pogan. I tak się to już działo, gdy było dobrze.
Ale bywało źle. I trzeba się było wynosić już na drugi dzień albo nawet w tym samym dniu, bo wyglądało, że zostaną zamordowani.
Nie obyło się bez zaskoczeń. – i tych małych, i tych dużych, poważnych i drobnych, codziennych i narastających w miarę jak płynęły dni i tygodnie. Do tych ostatnich należeli poganie. Bo przecież – tłumaczyli sobie Paweł i Barnaba z Janem – wyruszyli z zamiarem odwiedzania gmin żydowskich. Aby uspokajać wzburzone nastroje, wyciszać nienawiść do Rzymian i w ogóle pogan, głosząc, że to też ludzie, stworzenia Boże, że są przez Boga kochani, jak wszystko, co On stworzył. Nie spodziewali się, że trafią z tym do pogan.
Dopiero patrząc z perspektywy tygodni i miesięcy, stwierdzali, jak byli naiwni, nieprzewidujący, że taka będzie kolej rzeczy, że tą drogą dojdą prosto do pogan. Mostem pośredniczącym byli poganie sympatyzujący z religią mojżeszową, zachodzący do synagogi, przyjaźniący się z Izraelitami, nazywani przez nich: „ludźmi bojącymi się Boga”. Oni to przenieśli wiadomości o apostołach Jezusa do zwyczajnych pogan. I ci zaczęli zaglądać, zaciekawieni również tymi tłumami, które nieoczekiwanie zaczęły gromadzić się w synagogach albo wokół synagog. Nie tylko zaglądali, ale przysłuchiwali się, ale i czasem odważali się zabrać głos. Dopytywali się.
Na początku jeszcze niedowierzający, sceptyczni, ale przecież ciekawi, zainteresowani. Niektórzy odchodzili, machnąwszy ręką, albo jeszcze nieprzekonani, albo pełni rozterki. Ale byli i tacy, którzy zostawali natychmiast. I na zawsze. I przychodzili codziennie. I chłonęli jak gąbka. Angażowali się całym sercem. Stokroć gorliwsi od nawróconych Izraelitów. Przyjmowali całym sercem Jezusa. Jego naukę o Bogu-Miłości. Brali w siebie Jego przypowieści i Jego życie.
Nie dość na tym. Zachodzili do domostw, aby skontaktować się z Szawłem i Barnabą. Ale zachodzili i wtedy, kiedy było Łamanie Chleba. I padło pytanie, które paść musiało wcześniej czy później:
- A czy my możemy uczestniczyć w Eucharystii?
Dla Szawła to nie była pierwszyzna. Już to brał w Arabii. Ale dla Barnaby to był, po pierwsze, szok, a po drugie – godzina próby. Jego pierwsza odpowiedź brzmiała:
- Oczywiście, ale najpierw musicie się obrzezać, zapoznać z Prawem mojżeszowym i zachowywać je.
Z reguły reakcja była negatywna. Odchodzili zniechęceni. Ale byli i tacy, którzy odważali się pytać. Wchodzić w dyskusję.
- A dlaczego? A po co? Jeżeli Bóg jest miłością i kocha każdego człowieka, nie tylko Izraelitów. Również każdego poganina. A to jest istota waszej nauki.
- I co wy na to? – Szaweł zapytał Barnabę i Jana-Marka, gdy natrafił na tę rozmowę.
Jan się zaperzył:
- Albo jesteśmy Izraelici, albo przestajemy być nimi.
- To znaczy, jeżeli ktoś chce być Żydem, jeżeli ktoś chce być Izraelitą, wystarczy, aby się obrzezał, jadł koszernie.
- Nie łap mnie za słowo – Jan się szarpnął. – Ma zachowywać Zakon: wszystko to, co Mojżesz nakazał.
- Uczniem Jezusa jest ten, kto stara się żyć w miłości – Szaweł tłumaczył jak dziecku. – I tyle. Gdy stara się. Bo i takiemu nie zawsze się udaje. Ale wraca i zaczyna od początku. Mogę ci przyznać rację: Jeżeli komuś pomaga do życia w miłości obrzezanie i posiłki koszerne – proszę bardzo. Ale jeżeli nie, to po co? Gdy ci moje tłumaczenie nie wystarcza, to odsyłam cię do Piotra, który ochrzcił Corneliusza setnika i całą jego rodzinę, nie domagając się od niego zachowywania przepisów mojżeszowych.
- No to powiedz rzecz do końca – Jan się zdenerwował. – Nie trzeba również świętować soboty, nie trzeba chodzić do synagogi na czytanie – żadnych z tych rzeczy.
- O nie – Szaweł zaprotestował. – To zupełnie co innego. Nie wrzucaj do jednego worka dwóch różnych rzeczy. Pismo Święte to słowo Boże, z którym Bóg się do nas zwraca. Synagoga, czyli czytania, homilie, jest pomocą do tego, abyśmy kochali Boga i ludzi.
Pogański rozmówca przerwał im tę dyskusję:
- Wróćmy do naszych baranów: Możemy uczestniczyć w Łamaniu Chleba czy nie? – spytał, zwracając się do Barnaby.
- Zwróć się z tym pytaniem do Szawła. Ja z Janem nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
- Jeżeli wierzycie w to, czego Jezus naucza – Szaweł podjął się odpowiedzi – to nic nie stoi na przeszkodzie.
- Tak, wierzymy. Mało z tego, jesteśmy zachwyceni. To cudowna nauka. To prawdziwa religia. Jej prostota jest urzekająca.
- To otrzymacie chrzest. Na znak, że zaczynacie nowe życie. Że wchodzicie również do naszej społeczności – Szaweł wypowiadał te słowa w pełni świadomy odpowiedzialności, jaką podejmuje: że odtąd sprawa pogan będzie jego domeną.
- Oczywiście, że chcemy chrztu.
Szli od miasta do miasta, w poprzek całej wyspy, aż do samego Pafos, gdzie Szaweł wprost zaprzyjaźnił się z tamtejszym prokonsulem Sergiuszem Pawłem.
Siedzieliby tam jeszcze dłużej, nie wiadomo jak długo, ale po prostu już całkiem na rozum pożegnali przyjazną wyspę i powrócili na ląd, do Perge w Pamfilii. Już bez Jana-Marka, który zdecydował się powrócić do Jerozolimy.
Bo to był koniec jego wytrzymałości. Gdy Paweł po raz pierwszy poszedł do prokonsula – zresztą na jego serdeczną prośbę, by mu przedstawił naukę Jezusa – ten jeszcze to wytrzymał, choć już z trudem. Ale gdy te wizyty zaczęły się powtarzać, i to – jak relacjonował sam Paweł – były połączone z posiłkami, w których uczestniczyła cała rodzina prokonsula, wtedy nie wytrzymał. Starając się, by głos jego brzmiał naturalnie, zapytał:
- Ja rozumiałem, że celem naszego pielgrzymowania są getta naszych braci starozakonnych. Czy coś się zmieniło?
- Nie, nic się nie zmieniło – Paweł odpowiedział zaskoczony.
- To na jakiej zasadzie – Jan-Marek mówił coraz bardziej wzburzony – ty chodzisz do domu tego poganina. I jeszcze w dodatku bierzesz udział w posiłkach. Co ma znaczyć twoje bratanie się z poganinem? Czy ty chcesz się wyrwać spod Prawa mojżeszowego i stać się odstępcą? Może mi jeszcze powiesz, że tam podają świninę i że ty ją jesz? A wskazywałoby na to twoje polecenie, by się nie zwracać do ciebie przez „Szaweł” tylko przez „Paweł”.
Paweł słuchał tego potoku goryczy z narastającym zdziwieniem, wreszcie przerażeniem, a gdy Jan skończył, zbliżył się do niego, chciał go objąć serdecznie, ale ten go odtrącił:
- Najpierw odpowiedz na moje wszystkie pytania.
Wobec tego stanął przed nim jak uczniak przed mentorem i zaczął wyjaśniać:
- O czym ty mówisz? Ja mam dwa imiona. Jedno żydowskie: Saul i drugie greckie: Paweł. Tak jak i ty masz dwa imiona, jedno żydowskie: Jan i greckie: Marek. Wśród Izraelitów używam pierwszego, a wśród pogan drugiego. Owszem, przyznaję się, że tym razem chętniej niż zwyczajnie przeskoczyłem w swoje greckie imię. Bo Szaweł kojarzy się ludziom, ale i mnie, z okresem, gdy prześladowałem Kościół. A jeszcze co do twego pytania, kto jest adresatem naszego apostołowania. Oczywiście idziemy do naszych braci starozakonnych, ale przecież wszyscy są ważni. A więc i poganie. Przecież i oni powinni wyzbyć się nienawiści i nauczyć miłości. A że wchodzę do ich domów i jem z nimi? Bo to nasi bracia. A czy świnina, czy nie świnina, to nieważne. Ważna jest miłość.
- A więc wyobraź sobie – Jan odpowiadał z narastającą złością – że mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie świnina, jak to ty nazywasz pogardliwie, też jest ważna. I jeżeli poganie przyjmą chrzest Chrystusa, to dobrze. Jeżeli będą przychodzili na wspólne z nami Łamanie Chleba, będę to znosił, choć z trudem. Ale to nie znaczy, że ja będę chodził do ich domów albo że oni będą przychodzili do mnie. Również to nie znaczy, że ja będę z nimi jadł. I to świninę. Ja jestem Izraelitą i poddanym Prawu mojżeszowemu. I tego nie zmienię do mojej śmierci.
- Proszę cię bardzo – odpowiedział mu najuprzejmiej, jak tylko potrafił. – Nie mam zamiaru nie tylko cię przymuszać, ale nawet radzić czego innego. Ale czy mogę się ciebie spytać: Czy ty wierzysz, że Jezus jest Mesjaszem?
- Jakbym nie wierzył – Jan odpowiedział surowo – to by mnie tu nie było.
- No to przecież wiesz, i takie jest powszechne mniemanie w naszym narodzie, że przepisy mojżeszowe obowiązują do przyjścia Mesjasza. Słyszałeś to chyba.
- Tak, ale ja tego nie przyjmuję.
- Twoja sprawa – Paweł chciał skończyć tę męczącą rozmowę.
- Oświadczam ci – Jan dochodził do konkluzji – że gdy tylko dojdziemy do morza, wsiadam w pierwszy statek i wracam do Jerozolimy.
- To mi bardzo przykro, bo dobrze było z tobą na Cyprze – odpowiedział krótko.

 
2.  Paweł skazany na śmierć

- Witam cię z radością – Gamaliel lekko zaskoczony szedł do Szymona Trędowatego z wyciągniętymi ramionami. – Dawno cię nie widziałem. Z czym przychodzisz? Może pozwól do mojego domu, bo tu tyle hałasu, jak w prawdziwym chederze. Moi uczniowie są tacy rozgadani, że trudno ich uciszyć.
Ale Szymon nie zareagował na zaproszenie i powiedział krótko, cały nastroszony:
- Szaweł się objawił.
- Co ty mówisz? A ja myślałem, że on umarł – Gamaliel, wciąż pogodny, odpowiedział. – Tak cicho było wokół niego. To nie znaczy, żebym ja o nim zapomniał – poprawił się. – Takich uczniów się nie zapomina.
Mówił, jak to zwykle on, z uśmiechem na ustach, z jakąś jasnością na twarzy, głosem cichym ale wyraźnym, pięknie wymodulowanymi słowami, z charakterystycznym dla niego gardłowym „r”, z jego reakcji na tę wiadomość można było bez trudności wyczuć, jak jest wciąż do Szawła przywiązany i z jaką sympatią odnosi się do niego.
- A więc Szaweł, mój były uczeń. Bo to chyba o nim mówisz?
- Tak. Jest na Cyprze.
- Aż tak daleko? Mieszka tam? – Gamaliel domyślał się na głos. – Ciekaw jestem, w którym mieście? A może to nie jest ci wiadome. Może się ukrywa.
Jak na dostojnego starca, najwyższego autorytetu spośród żyjących rabinów, było to prawie gadulstwo. Tak przynajmniej odbierał ten potok pytań Szymon, przyzwyczajony do lakoniczności swojego mistrza.
- A więc, wyobraź sobie, ani tam nie mieszka, a tym bardziej się nie ukrywa, ale wędruje.
- Wędruje? Co to znaczy wędruje? Nie powiesz mi, że zwiedza zabytki albo odwiedza starych znajomych – Gamaliel zażartował.
- On występuje w roli wędrownego misjonarza. Od miasta do miasta, od wsi do wsi.
- Czy jemu brakuje pieniędzy na życie? Nigdy przecież się o to nie troszczył. Wędrowny misjonarz? Tego bym się po nim nie spodziewał – Gamaliel usiłował się znaleźć.
- Ani nawet ja. Choć zdawało mi się, że znam go na pamięć. Żeby się imać roli wędrownego faryzeusza? Ja na to bym się nie zdobył.
- I gdzie on teraz jest? – Gamaliel dopytywał się.
- Przecięli wyspę od Salaminy, idąc na południowy wschód, aż doszli do Pafos.
- Mówisz „przecięli”. A więc Paweł nie wędrował sam?
- W trójkę – uciął Szymon.
- I co dalej? – Gamaliel nalegał. – Co teraz robią po tym pielgrzymowaniu?
- To pielgrzymowanie jeszcze nie skończone. Wylądowali na kontynencie w Pamfilii i idą na północ.
- Powiedziałeś: wędrowny misjonarz. A czego on naucza? – Gamaliel jakby się ocknął.
- Nie domyślasz się? – Szymon zareagował arogancko.
- Czy ja się nie domyślam? Ja się domyślam, ale chciałbym wiedzieć – z niezmąconym spokojem pytał Gamaliel.
- A więc on naucza dokładnie tego, czego się domyślasz. Że Bóg kocha pogan.
Szymon przystanął, oczekując na kolejne pytanie Gamaliela, ale gdy się tego nie doczekał, mówił dalej, w takiej formie, jakby dokonywał jakiegoś odkrycia:
- Wyszukuje miasta, gdzie stosunki pomiędzy Żydami a poganami są szczególnie napięte.
- Zawsze był odważny – Gamaliel mówił trochę do Szymona, trochę do siebie. – Ale żeby wkładać palce między drzwi! To robi szaleniec. Bo przecież wiadomo, można je łatwo stracić. Czyli podjął się pracy pacyfikacyjnej. A jeśli wolno spytać – Gamaliel zmienił temat rozmowy – skąd te twoje wiadomości?
- Szli w trójkę, z niejakim Barnabą i Janem-Markiem. Ale doszło do różnicy zdań pomiędzy Szawłem a Janem i ten powrócił do Jerozolimy. Oczywiście, opowiadał o tym uczniom Jezusa, a od nich doszła ta wiadomość i do nas. Zresztą to nie jakaś tajemnica. Mówią o tym, nie kryjąc się.
Gamaliel czekał, już teraz niecierpliwie, końca tego opowiadania, aby zadać najważniejsze, jego zdaniem, pytanie:
- O co im poszło?
- O pogan. Na jakiej zasadzie mogą stać się członkami wspólnoty chrześcijan, bo już taka nazwa zaczyna wchodzić w życie.
- A więc na jakiej zasadzie? – Już w głosie Gamaliela usłyszeć można było zniecierpliwienie.
- Zdaniem Jana-Marka poganie powinni zachowywać wszystkie przepisy Prawa mojżeszowego. Podobnie jak my wymagamy od prozelitów. Rozumowanie godne każdego Izraelity.
- A Szaweł? – dopytywał się Gamaliel.
- Twierdzi, że Jezus jest Mesjaszem i rytualne przepisy, jakiej wyznaczył Mojżesz, już nie obowiązują.
- No, trzeba przyznać mu, że ma rację. Tak nasza tradycja podaje, że gdy przyjdzie Mesjasz, przepisy rytualne Mojżesza przestają obowiązywać – Gamaliel powtórzył.
- Ale najpierw trzeba mieć mesjasza! – wybuchnął Szymon.
- Oni twierdzą, że był nim Jezus – spokojnie oświadczył stary mistrz.
- Mesjasz nie ginie na krzyżu pokonany przez swoich wrogów, Rzymian – Szymon znowu się uniósł.
- Ale Bóg Go wskrzesił, twierdzą Jego uczniowie. A więc jest tu jakaś logika. Byli tacy – mówił dalej Gamaliel z lekką ironią – również chyba i ty, którzy uwierzyli, że mesjaszem jest Agryppa, bo odbudował królestwo izraelskie. Ale ono trwało tylko cztery lata i znowu go nie ma.
W tejże chwili podszedł do rozmawiających któryś z uczniów Gamaliela, oznajmiając:
- Najwyższy kapłan, Annasz, przyszedł do ciebie, mistrzu, i prosi o chwilę rozmowy.
- Założę się, że przyszedł w tej samej sprawie co i ja – Szymon po raz pierwszy się uśmiechnął.
- Wyjdźmy na spotkanie – Gamaliel zaproponował.
Rzeczywiście. Szymon się nie mylił. Już po pierwszych słowach Annasza okazało się, że miał rację.
- Jestem ci niesłychanie wdzięczny za tę wizytę – Gamaliel był autentycznie przejęty. – Bo to świadczy, że wszyscy doceniamy powagę sytuacji. W jej obliczu muszą iść w cień wszystkie sprawy, które dzielą nas, faryzeuszów, od saduceuszów.
- Ktoś może się zdziwić, po co taki gwałt. Już niejedno przeżyliśmy, przeżyjemy i Szawła – podjął ten wątek Annasz. – Ja bym się z tym nie zgodził. On podnosi rękę na świątynię! – wykrzyknął.
- Ja cię bardzo przepraszam, ale to nie jest powiedziane precyzyjnie – Gamaliel się sprzeciwił. – On twierdzi, że świątynia jest potrzebna jako miejsce modlitwy. Jest przeciwny tylko składaniu ofiar.
- Przez niego są zagrożone istotne wartości religii żydowskiej! – Annasz wykrzykiwał. – Bo co to znaczy świątynia bez składania Bogu ofiar? Czy ty sobie potrafisz wyobrazić świątynię bez ofiar? – Annasz podniósł ramiona w górę w geście rozpaczy. – Świątynia bez ołtarza? Bez ofiarniczych wołów? Bez ognia spalającego ofiary? Bez dymu? To nie świątynia. Ty sobie to wyobrażasz?! W czasie Paschy nie przyjdą rzesze ludzkie z barankami, aby je złożyć w ofierze! W święto Pentekoste nie będą szły do świątyni procesje z wszystkich stron naszego kraju, prowadzące ze sobą woły ofiarne! To nie Izrael! – zawisł nad Gamalielem z rozczapierzonymi dłońmi, wyrzuconymi nad głowę, z wybałuszonymi oczami. – To już nie jest Izrael! Co radzisz? – nagle uspokoił się i zaczął mówić normalnym głosem. – Powiedz mi. Tyś jest najmądrzejszy faryzeusz z wszystkich, jakich znam. Ja, dawny najwyższy kapłan, pytam się ciebie: Co radzisz?
- Ja liczyłem i liczę wciąż na dialog teologiczny.
- To już nie czas na dywagacje teologiczne – wybuchnął Szymon, który przysłuchiwał się tej rozmowie z coraz większą niechęcią. – Annasz ma rację. To, do czego dąży Szaweł, to oznacza koniec religii objawionej i koniec narodu żydowskiego.
- Ja bym tak nie oceniał – Gamaliel miał zastrzeżenia. – To nie koniec religii objawionej. Szaweł nie kwestionuje Pisma Świętego. I to jest podstawowa sprawa.
- Ale bierze z niego to, co mu się podoba! – Szymon wykrzyknął prawie ze złością.
- Bierze prawdę o Bogu-Miłości i stawia ją jako najważniejszą – Gamaliel spokojnie kontrował rozpędzonego Szymona.
- Ty też tak twierdzisz? – Szymon był już tu bezczelny.
- Co ja twierdzę, to moja sprawa – Gamaliel miał najwyraźniej dość aroganckiego tonu Szymona. – Tylko proszę, nie rób z Szawła idioty, bo się kompromitujesz. On jest bardziej logiczny niż ci się zdaje, niż ty go oceniasz. On stoi na gruncie Objawienia Bożego. Tylko w interpretacji Chrystusowej. I tak masz dwie religie. Jedna jest mojżeszowa, druga będzie Chrystusowa. Zamiast Mojżesza masz Jezusa. Czy jak Go teraz zwą: Chrystusa.
- I uważasz, że wszystko jest w porządku? – Szymon prawie wrzeszczał. – Przynajmniej nie bluźnij! Znany jesteś z liberalnych poglądów, ale żeby aż tak?
- Mój chłopcze, filozofowie i teologowie są nie tylko na to, aby wymyślać nowe koncepcje, ale aby porządkować. Tak swoją wiedzę, jak cudzą. I ja usiłuję to robić z nauką Szawła. Porządkuję ci ją, abyś sobie lepiej zdawał sprawę z jego koncepcji i nie walczył z czymś, czego on nie głosi.
- Tak czy owak, ale pozwolisz, że ja zostanę przy religii mojżeszowej.
- Proszę cię bardzo. Ale nie mów, że chrześcijaństwo nie jest objawione.
- Czy uważasz, że możemy mówić o religii chrześcijańskiej? Przecież to nie religia. Oni odrzucili cały rytuał.
- Nie, nie odrzucili. Przecież sam mówisz, że codziennie wieczorami Łamią Chleb. I jest to jak gdyby powtórzenie ostatniej wieczerzy przed śmiercią Jezusa. A zarazem jest to jakoś i nasza Pascha.
- Ale oni odprawiają tę swoją Paschę – pieklił się Szymon – nie raz do roku, tylko codziennie. Już nie mówię o tym, że nadają naszemu świętu nowe znaczenie.
- Mojżesz to samo wprowadzał. Popatrz na tę sprawę historycznie. Pascha było to kiedyś święto naszych pasterzy, którzy składali na wiosnę Bogu w ofierze baranka. Rolnicy nadali jej sens podziękowania Bogu za pierwsze zbiory zboża. Mojżesz nazwał ją ucztą dziękczynną za wyprowadzenie z niewoli egipskiej. A Chrystus polecił ją sprawować na pamiątkę swej męki i zmartwychwstania. Podobnie było ze świętem Pentekoste. To było święto dziękczynienia za zbiory zbóż. Mojżesz przekształcił je na święto dziękczynienia za objawienie na Synaju. A chrześcijanie jako święto Zesłania Ducha Świętego. Zobaczymy, co jeszcze wprowadzą do swojej liturgii. Bo dla przykładu: chrzest u nas praktykowany oni też stosują, tylko nadają mu inny sens: jako początek życia w miłości.
- Ty mówisz wciąż o naszej religii mojżeszowej. A ja widzę zagrożenie również, a nawet przede wszystkim, zagrożenie dla naszej tożsamości narodowej.
- A więc nie. Ty jesteś Żydem, a to nie oznacza, że musisz być wyznania religii mojżeszowej. Twoja przynależność narodowa to jedna sprawa, a twoja przynależność religijna to druga sprawa. Ty jako człowiek narodowości żydowskiej możesz być wyznawcą religii mojżeszowej albo na przykład chrześcijańskiej, albo nawet innej.
- Ale, ale – gdzie ja to wszystko słyszałem i wciąż słyszę? – Szymon się zatrzymał.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi.
Tymczasem Szymon, nie odpowiadając, zadał Gamalielowi drugie pytanie:
- Zachodzi tu czasem Nikodem?
- Tak, to mój serdeczny przyjaciel.
- No to już teraz wszystko rozumiem.
- Co rozumiesz? – Gamaliel jeszcze nie mógł się połapać albo też udawał, że nie wie, o co chodzi.
- Nic, nic. Wszystko jest jasne.
- Co jest jasne? Jak możesz, to powiedz.
- Mogę ci powiedzieć, jak chcesz. Otóż doszedłem do wniosku, że jak dalej tak pójdzie, to wy, czyli ty i Nikodem, wkrótce włączycie Sanhedryn do społeczności chrześcijańskiej.
- O, tego nie wiedziałem – Gamaliel uśmiechnął się pobłażliwie.
- Oczywiście. Sanhedryn będzie uważał dalej, że jest Sanhedrynem, a naprawdę, cała ta zacna siedemdziesiątka będzie wyznawała Ewangelię Jezusa. A ja tego Nikodema wciąż nie doceniałem – Szymon mówił już bardziej do siebie niż do Gamaliela. – Że on niby taki teoretyk, teolog. A tymczasem on sprytniejszy niż tu obecny przewielebny Annasz.
Szymon przerwał, patrząc ciekawie na Annasza, ale ten tylko wzruszył ramionami i milczał, chyba obrażony.
- Powolutku – mówił dalej Szymon – psychologicznie sączy nam Nikodem z twoją, Gamalielu, pomocą naukę Jezusa dzień po dniu. Ot, tak, jak to Rzymianie mówią: Gutta cavat lapidem, non vi sed saepe cadendo. Jak to na nasz żydowski język można by było przetłumaczyć: „Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem”. Ale komu to tłumaczyć, skoro wszyscy rozumiemy po łacinie. Jak się cieszę – mówił dalej – że przyszedłem do ciebie. Przynajmniej otworzyły mi się oczy. A teraz ja spróbuję te oczy otworzyć Sanhedrynowi. Na to, kim jest Nikodem. Innymi słowy, trzeba by go było ukamienować.
- Mój chłopcze – Gamaliel przerwał ten przydługi wykład Szymona – nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że gdybyś to powiedział w normalnym domu, to wyleciałbyś z niego twarzą na bruk, wyrzucony przez służących. – Tu zrobił krótką przerwę, patrząc spokojnie w oczy zaskoczonego Szymona. I ciągnął dalej: - Ale tu nie jest normalny dom, bo to szkoła. I ja nie jestem normalnym gospodarzem domu, tylko jestem rabinem o nazwisku Gamaliel. Dlatego jeszcze tu stoisz i rozmawiasz ze mną. Niemniej, zdawaj sobie z tego sprawę. A więc powróćmy do tematu rozmowy. Mów, o co ci chodzi.
Szymon jakby dopiero teraz uświadomił sobie swoje zachowanie. Po tym upomnieniu przez w końcu swojego mistrza najchętniej zniknąłby z tego miejsca, które zdawało się go teraz parzyć. Ale z drugiej strony ambicja mu jakoś nie pozwalała, by oddać pole bez wystrzału. Zaczął mówić, choć już zupełnie innym tonem:
- A więc, nie zgadzam się z tobą. Każdy Żyd jest wybrany przez Boga, aby był Jego wiernym wyznawcą mojżeszowej religii. Kto od niej odchodzi, jest zaprzańcem, zdrajcą i dlatego powinien być ukamienowany.
- Chciałbyś ukamienować wszystkich, którzy uwierzyli Jezusowi?
- Jeżeli nie wszystkich, to przynajmniej tych, którzy do tego doprowadzili. A teraz konkretnie Szawła.
- A tak na marginesie – spytał z niezamąconym spokojem Gamaliel – Samarytanie to Izraelczycy, czy też nie?
- W żadnym wypadku. To mieszańcy.
- A Galilejczycy? Przecież to też mieszańcy.
- Ale ci przychodzą do świątyni i żyją zgodnie z Prawem Mojżesza.
- A Samarytanie też żyją zgodnie z Prawem Mojżesza. Tylko składają Bogu ofiary na górze Garizim. Chrześcijanie też żyją Pismem Świętym.
- Ale przecież chrześcijanie przyjmują pogan! – Szymon zaczął podnosić głos. – Nie można ich traktować jako naród wybrany!
- Przecież my też przyjmujemy pogan i nazywamy ich prozelitami – Gamaliel powiedział to krótko i stanowczo, najwyraźniej kończąc rozmowę. Chyba miał już dość Szymona.
Prawie na odchodnym dodał:
- Ale żebyśmy byli w jasności: praca teologa nie polega na politykowaniu, tylko na szukaniu prawdy. Tego usiłuję uczyć moich adeptów. A więc, jeżeli teolog stwierdzi, że jego przeciwnik głosi coś słusznego, to przyjmuje z radością ten kolejny okruch prawdy. Tego i ciebie uczyłem. Ale, jak dzisiejsza rozmowa wykazała: In vanum laboravi, jak to mówią Rzymianie. Co w tłumaczeniu na nasz język żydowski znaczy: Pracowałem nadaremnie. Tłumaczę, choć wiem, że tu obecni rozumieją język łaciński.
Annasz, który jako niemy świadek przysłuchiwał się tej rozmowie, uznał, że to najwyższy czas, aby ją przerwać, i zapytał nieoczekiwanie Szymona:
- Jak ty sobie wyobrażasz wyeliminowanie Szawla?
Szymon, jeszcze rozpalony rozmową, powoli schodził na ziemię:
- Należy rozesłać po synagogach imperium rzymskiego wiadomość, kim jest Szaweł. I że należy mu się ukamienowanie za bluźnierstwa.
- A jak się nie uda?
- Uda się, uda. A gdyby nawet nie, to poczekam na niego w Jerozolimie. On tu przyjdzie do świątyni w któreś święto pielgrzymkowe. I wtedy tu zginie. Jak Szczepan. Już się o to postaram.

 
3.  Paweł w Antiochii Pizydyjskiej

Po skończonym rannym nabożeństwie, gdy rabin wychodził z synagogi, zobaczył ku swojemu zdumieniu przewodniczącego kahału, którego o tej porze w tym miejscu nie był zwykł oglądać. A ten bez żadnych wstępów zapytał go:
- Kto to jest Paweł?
Rabin był na to pytanie przygotowany. Ale wolał jeszcze mieć trochę czasu na opanowanie się:
- Jaki Paweł? Jaki Paweł? Czy przypadkiem masz na myśli tego Pawła, który wczoraj, czyli w szabat, przemawiał wieczorem w naszej synagodze?
- Tak – odpowiedział zniecierpliwiony.
- To wściekły pies.
- Takie określenie możesz sobie podarować – gość go ostudził. – Przyda ci się może w twoich homiliach w synagodze. Ja chcę konkretów.
- To nie Paweł, a Szaweł.
- Jaki Szaweł? – zdenerwował się gość. – Był taki Szaweł z Tarsu, który ukamienował Szczepana. Ale niejednemu psu Burek.
- Nie, nie, niejednemu. Ale to ten Szaweł, dokładnie ten, z Tarsu – potwierdził z satysfakcją rabin.
- Jak to ten? – zdziwił się gość. – Przecież on naucza tego samego, jeżeli się nie mylę, co Szczepan.
- Dokładnie tego samego – rabin był w dalszym ciągu usatysfakcjonowany. – Bo on również uwierzył Jezusowi.
- A tyś go zaprosił na następny szabat do synagogi.
- Co to znaczy zaprosił? – oburzył się. – Co to znaczy zaprosił? Ja go wyprosiłem. To ludzie go zaprosili. I to jednogłośnie. A on obiecał ludziom, że przyjdzie.
- Tak, ale wobec tego dlaczegoś go zaprosił w ostatnią sobotę na bimę? – gość był ciekawy i tego.
- Skąd ja mogłem wiedzieć, że to nawrócony Szaweł? Ludzie powiedzieli, że to przybysze z Jerozolimy. A my zawsze jesteśmy ciekawi ludzi z Jerozolimy, bo tam się wciąż wiele dzieje.
- I faktycznie są oni z Jerozolimy?
- Barnaba tam mieszkał. I powiem, wygląda całkiem przyzwoicie, nawet powiedziałbym dostojnie. Ale pochodzi z Cypru. A obecnie mieszka w Antiochii.
- On tu mieszka? – zdziwił się przełożony.
- Nie, nie w naszej Antiochii Pizydyjskiej, ale w tamtej Antiochii, małoazjatyckiej.
Spostrzegł na sobie rozzłoszczony wzrok swojego przełożonego i dodał, tłumacząc się:
- Czy to też moja wina, że król Antioch tyle miast ponazywał swoim imieniem? No to ja kazałem zaprosić na bimę tych jerozolimczyków. Ale przyszedł nie Barnaba, ale Szaweł. Choć on nie z Jerozolimy, tylko z Tarsu. I wcale nie wygląda dostojnie. Nawet wprost przeciwnie. Tak jak powiedziałem: jak wściekły pies. Z nimi w ogóle jest kłopot, bo są wciąż w drodze. I trudno ustalić, gdzie oni naprawdę mieszkają – dodał tak ot, żeby jeszcze coś powiedzieć.
- Czy wiesz, po co ja przyszedłem? – gość przerwał mu tę gadaninę.
- Skądże ja mogę wiedzieć, po co przyszedłeś? Ale mnie jest zawsze bardzo miło, gdy ty przyjdziesz. Gdy ty przychodzisz – poprawił się. – Ja cię z radością zapraszam do mego domu.
Ale gość na te słowa ani nie drgnął i tak jakby ich nie usłyszał, stawiał kolejne pytanie:
- Ani się nie domyślasz?
- Domyślać to ja się trochę i domyślam, ale ja nie wiem.
- To ja ci powiem. A więc – tu jego głos przybrał ton urzędowy – Szawłowi stwórz jak najlepsze warunki, żeby mógł w najbliższy szabat przemawiać do jak największej liczby ludzi.
- To ja ci muszę uczciwie powiedzieć, że ja tego się nie domyślałem. Ale wprost przeciwnie.
- A czyś ty słuchał tego, co on mówił?
- Ja dobrze słuchałem – rabin zapewnił.
- A czy ci się to podobało, co on mówił?
- Mnie się nie podobało.
- A mnie się podobało.
- Co ty takie dziwne rzeczy opowiadasz? – rabin się zdenerwował. – A jeżeli ty już takie dziwne rzeczy opowiadasz, to mi wyjaśnij.
- Nie wiem, czy zrozumiesz. Ale spróbuję. Bo ja chcę mieć w mieście spokój! – przełożony kahału niespodziewanie wybuchnął. – Ja nie chcę awantur! Ja chcę dobrze żyć z Grekami, z Rzymianami, z wszystkimi! A ja to nie jestem ja, tylko getto, które prowadzę. Nie mogę dopuścić, by tu doszło do tego samego co w Aleksandrii! Zrozumiałeś?
- Zrozumiałem.
- I mnie nie obchodzi, co tobie się nie podoba. To sobie możesz schować dla swoich wiernych.
Tu odwrócił się plecami i, nawet nie żegnając się, wyszedł.

W południe zaskoczony rabin zobaczył w ogródku swojego domu wyzwoleńca burmistrza miasta. Stał uśmiechnięty i czekał, by wyszedł do niego. Wyszedł, ale nie dał się zwieść ani uśmiechem, ani uprzejmością wyzwoleńca, że ten nie zanieczyścił swoją pogańską osobą jego domu. Wiedział, że to nic nie znaczy, a że wizyta Rzymianina – zwłaszcza tak wysoko postawionego – nie może wróżyć nic dobrego. Wyszedł więc z domostwa, trzymając ręce z przodu, jakby przygotowany do odparcia uderzenia i spytał się podejrzliwie:
- Kogo to moje oczy widzą? Czemu mam przypisać ten zaszczyt, że raczyłeś zawitać do mnie?
Ale tamten nie pozbył się uśmiechu, aby pokazać groźną twarz władcy i pana, ale nadal prawdziwie serdecznym głosem poinformował:
- Mój pan przysłał mnie do ciebie z prośbą o pewne informacje.
- Z prośbą mówisz? I po informacje mówisz? – rabin jeszcze bardziej się najeżył.
- Mój pan chce się dowiedzieć, kim jest Paweł, który w ostatnią sobotę przemawiał w twojej bóżnicy.
Rabinowi kamień spadł z serca. Musiał ze wstydem przyznać, że gdyby anioł Pański w tym momencie przybył do niego, nie sprawiłby mu większej radości niż ta odpowiedź.
- To ja ci mogę dokładnie wszystko powiedzieć to, co o nim wiem. – Nagle cień podejrzenia pojawił się w jego umyśle. Wobec tego dodał: - Czy wy nie chcecie zrobić żadnej krzywdy mnie albo synagodze? Albo synagodze?
- Mogę cię zapewnić, że nie. Zresztą dane z jego życiorysu są drugorzędne. Mój pan zainteresował się nauką, którą Paweł głosi.
- A o jaką naukę chodzi? – rabin udawał, że się nie domyśla.
- Mogę ci powiedzieć. Mój pan oświadczył, że jest to pierwszy głos rozsądku, jaki dał się słyszeć w twojej synagodze. Głos rozsądku, który może być podstawą do zbudowania dobrych stosunków pomiędzy Żydami a Grekami. Mój pan również ciebie zapytuje, czy ten człowiek będzie na pewno przemawiał w synagodze w najbliższą sobotę. Bo nosi się z zamiarem wysłania kogoś z zarządu miasta, aby posłuchał jego słów. A w zaufaniu mogę ci zdradzić, że bierze pod uwagę i taką ewentualność, aby zaszczycić swoją obecnością to jego wystąpienie.
Rabin chciał coś odpowiedzieć, ale gość nie dopuścił go do głosu, wyjaśniając:
- To jeszcze nie jest pewne, ale jego dostojność burmistrz rozważa taką możliwość. W każdym razie prosi cię, abyś mównicę wystawił na zewnątrz synagogi, jak to praktykujesz w wyjątkowych wypadkach. Bo wiadomość o Pawle rozeszła się szeroko po mieście i wygląda na to, że tłumy nie tylko Żydów, ale również Greków zejdą się w sobotę do ciebie.

Wieczorem rabin miał innego gościa. Zresztą to już nie był wieczór. To była noc. Na szczęście nie był w łóżku. Ten gość wszedł nawet bez pukania. Miał zasłoniętą twarz szalem. I był uzbrojony. Spytał się:
- Kto jest ten Paweł?
- Jaki Paweł? – rabin podskoczył ze złości, chociaż miał serce w gardle. – Co wyście się na tego Pawła uwzięli?
- A kto to był, który się o niego już pytał?
- Przewodniczący kahału – rabin przezornie ograniczył się tylko do jednego gościa.
- A teraz ja się pytam. Kto to jest Paweł?
- Już mówiłem: Szaweł. To jest Szaweł, który ukamienował Szczepana.
- Aaa – odetchnął z ulgą zelota. – To nasz człowiek. To powinniśmy się z nim dogadać. To może ja się przesłyszałem, może miałem fałszywe doniesienia, może fałszywe wiadomości mi podali.
- A coś ty się dowiedział o nim? – rabin spytał podejrzliwie.
- Że nawołuje do bratania się z Rzymianami.
- Dokładnie tak to jest. Dobrze cię poinformowali.
- A więc, jeżeli tak to jest, to postaraj się, ażeby on jak najprędzej opuścił to nasze miasto.
- Co ty chcesz ode mnie? Kim ja tu jestem? Panem Bogiem? Przynajmniej Jego archaniołem?
- To mnie nie obchodzi, kim ty jesteś i jak to zrobisz. Ale masz postarać się o to, żeby opuścił nasze miasto. Zrozumiałeś mnie? Bo inaczej ty opuścisz. Ale nie nasze miasto, tylko to życie.
- Ty mnie nie groź, ty mnie nie groź – rabin wyskoczył oburzony. – Bo ja się ciebie nie boję. – Mówił to, chociaż już się trząsł wewnętrznie aż po same włosy. – Ja cię mogę wysłuchać. I jeżeli uznam, że masz rację, mogę ci pomóc. O co ci chodzi?
- Rzymianie są naszymi wrogami. I oni walczą z nami wszelkimi metodami. Ale już widzą, że nie poradzą sobie z nami orężem, to wysyłają takich ludzi jak ten Paweł, żeby nas rozmiękczyć. Nawołują do przyjaźni. Nic z tego. Już na to za późno. Nawet gdyby zrobili księcia Agryppę królem całej Ziemi Świętej. My im już nie tylko nie wierzymy, ale nie darujemy. Całe imperium rzymskie musi się rozpaść. Rozumiesz to?
Rabin na wszelki wypadek skinął głową.
- To i rozumiesz, dlaczego Szaweł ma się z naszego miasta wynieść. Bo ja jego i jego towarzysza mogę łatwo zabić. Ale w końcu on jest zasłużony. Zabił Szczepana. A poza tym, przecież nie chcę zabijać tych, którzy do nich już przystali. Bo nie chcę urządzać masakry. Właśnie dlatego, że nie chcę, przyszedłem do ciebie. I ty postaraj się, żeby on jak najprędzej z miasta wyszedł. Bo inaczej stanie się z tobą to, co zapowiedziałem.
Gdy zamknął drzwi za swoim gościem, nie wytrzymał i zaczął mruczeć do siebie:
- Wszyscy mówią mi, co oni myślą o Pawle i jakie mają względem niego zamiary. A nikt z nich nie zapytał się mnie, co ja na jego temat myślę. A ja myślę, że powinien zostać zabity jak wściekły pies. Dokładnie tak. Bo gdy tego nie zrobimy, to pożałujemy. A dlatego powinien być zabity, że odrzuca Prawo mojżeszowe. A bez niego nie jesteśmy już Żydami. Bez szabatu, bez obrzezania, bez czystości naszej formalnej. Powinien być zabity, bo chce zniszczyć nasz naród. A więc ja mu jeszcze pokażę, co to znaczy niszczyć nasz naród.

 
4.  Zachwyt pogan Chrystusem

W sam szabat, już od samego rana, dało się odczuć napięcie. W ciągu dnia do domu, w którym zamieszkał Paweł z Barnabą, coraz ktoś wpadał i zapytywał, czy jest Paweł, czy przyjdzie do synagogi, czy będzie przemawiał. Wreszcie pojawił się rabin we własnej osobie. Swoje zdenerwowanie starał się pokryć dobrotliwym uśmiechem, rubasznością.
- Dużo ludzi będziemy mieli dzisiaj w synagodze – zaczął szeroko. – Jakoś ostatnio nasz naród zrobił się pobożny – zaśmiał się. – Ale żarty na bok. Nie po to przyszedłem – tu spoważniał. – Chcę, byś sobie zdawał sprawę z tego, że wybiera się na to dzisiejsze spotkanie nie tylko masa prawowiernych, ale i wielu pogan. I to nie tylko tych, których nazywamy „bojącymi się Boga”, którzy są nam oddani, a których, żebyś wiedział, jest sporo w naszym mieście. Ale, jak doszły mnie słuchy, przyjdzie wielu takich, którzy wcale nas nie kochają.
Paweł się roześmiał:
- To cię nie powinno martwić, tylko cię powinno cieszyć.
Ale rabin nie dał się rozchmurzyć:
- Oni przyjdą może z ciekawości, a może ze złości. Przyjdą, bo nas nie lubią i mają zamiar doprowadzić do awantury. A więc licz się z tym, że będzie krzyk, będzie gwałt. Ale żeby się tylko na tym skończyło. Bo może dojść do bijatyki. Do kamieni, a nawet i do noży. Ja nie mówię, że tylko po tamtej stronie. Nasi też nie są baranki. Będą się bronić. Może się polać krew.
- Po co ty to wszystko mówisz? – spytał Barnaba.
- Jak to po co? – rabin się zdenerwował. – Bo gdy do tego dojdzie, możecie wy ucierpieć, bo przecież kamienie mogą polecieć i na was…
- Chcesz powiedzieć, że ludzie nas ukamienują? – spytał na wpół poważnie, na wpół żartobliwie Barnaba.
- Co ty takie słowo?! – wykrzyknął rabin. – Ty wypluj to słowo. I to natychmiast. I wetrzyj w ziemię piętą, żeby nie zaszkodziło. Żebyś tylko nie powiedział tego w złą godzinę. Ale ja cię rozumiem. – Tu nagle jakby się zmitygował: - Ty jesteś mądry, bo przewidujący. Gdy tłum się rozjuszy, to mogą dziać się straszne rzeczy. Tak, to może dojść do ukamienowania was.
- Z tego wynika, że bimę wystawiasz na zewnątrz synagogi? – Paweł był bardziej konkretny.
- A tak, tak. Ja nie mam wyjścia. Ja ci się przyznam, ja tego nie lubię. Bo to mi się od razu kojarzy z wiecem politycznym. Może niesłusznie, nawet trzeba powiedzieć: na pewno niesłusznie. Ale co ja poradzę. Mnie się tak to kojarzy. – Tu przerwał na chwilę, jakby czekając potwierdzenia. Ale się nie doczekał, wobec tego mówił dalej: - Jak dobrze, że sobie rozmawiamy o tym. Tak, bo to trzeba wszystko przewidzieć. Więc nie można ludzi zezłościć. A to zależy nie tylko od ludzi. To zależy również od ciebie – tu wskazał palcem na Pawła i wpił się w niego wzrokiem. – Ja bym powiedział, to zależy zwłaszcza od ciebie. Nawet ja bym się odważył powiedzieć: to zależy wyłącznie od ciebie. Tak, i teraz wiesz dokładnie, po co ja tu przyszedłem. – Odetchnął z ulgą, że powiedział to, co mu leżało na sercu. – Ja przyszedłem, żeby ci powiedzieć, że gdy dojdzie do awantur, to cała wina spadnie na ciebie. Ty będziesz za to odpowiedzialny.
- Co to znaczy? – zapytał na wszelki wypadek Barnaba.
- To znaczy, że możecie zostać schwytani, oskarżeni i skazani na więzienie.
- Nie przesadzaj – Barnaba chciał przyprowadzić rabina do jakichś realnych wymiarów. – Więzienie to tylko wtedy, gdyby Paweł nawoływał do buntu przeciwko Rzymianom.
- Nie tylko, nie tylko, bo wy możecie być uznani przez nasz kahał jako trefni, czyli słowami Rzymian jako persona non grata. I ku naszemu smutkowi, ku naszej żałości, musielibyście natychmiast opuścić granice naszego getta, z zakazem pojawiania się w nim kiedykolwiek. Ku naszemu smutkowi, powtarzam, ku naszej żałości.
Gdy rabin wyszedł, Barnaba podsumował wizytę:
- Jeszcze nam się chyba nie zdarzyło, żeby w tak krótkim czasie ktoś nam zaserwował taką ilość zagrożeń.

Gdy późnym popołudniem szli w stronę synagogi, stwierdzili, że płynie tam rzeka ludzi, w której dosłownie utonęli.
Plac przed bóżnicą był już prawie wypełniony. Bima sterczała jak samotna bezludna wysepka na pustym jeziorze. Paweł pomyślał z niechęcią: „Nigdy nie lubiłem przemawiać na placach”. Faktycznie, najchętniej wchodził do bóżnicy, najlepiej czuł się w kameralnym wnętrzu. I nawet wolał mniejsze synagogi niż większe, w których mógłby mieć bezpośredni kontakt z wszystkimi słuchaczami.
Szedł obok Barnaby wyższego od niego prawie o głowę, ubrany jak zawsze w krótką szatę robotnika przewiązaną grubym sznurem. Kto go nie znał, ten Barnabę brał za niego. Był zresztą do tego przyzwyczajony. To mu odpowiadało, bo mógł swobodniej przyglądać się ludziom. Tłum gęstniał, na koniec trzeba było się już wprost przepychać. Aż wreszcie dobrnęli do bimy.
Miał z grubsza opracowany temat homilii. Ale naprawdę, nie zdarzyło mu się, ażeby się powtarzał. Owszem, były wciąż te same główne idee, tematy, problemy, które chciał przekazać. Ale wciąż były opracowywane na nowo. Tę nowość niosło życie. A więc wydarzenia dnia, wydarzenia w kraju, rozmowy odbyte, impresje, które napierały na niego, doświadczenia nawet z ostatnich chwil. Tym razem miał w oczach wielką liczbę Izraelitów idących do synagogi w swoich świątecznych tałesach i tifilimach i Greków ubranych codziennie. Nie wytrzymał, żeby od tego nie zacząć. A więc po odczytaniu wyznaczonej perykopy, zamiast nawiązywać do tekstu, zaczął inaczej:
- Cieszę się, bracia moi izraelscy, że licznie przyszliście do synagogi. Ja powiem nawet, że się bardzo cieszę. Ale widzę również naszych braci, pogan. I z tego się również cieszę i witam was serdecznie.
Użył słowa „braci”, choć wiedział, że może to już doprowadzić do jakiejś reakcji negatywnej. Ale na szczęście słuchacze przełknęli to spokojnie. Mówił więc dalej:
- Gdy szedłem tutaj, widziałem, że wielu pogan patrzyło na nas przyjaźnie. I takich jest bardzo wielu. Ale byli i tacy, którzy nas sobie pokazywali palcami. Albo nawet wyśmiewali się.
Słuchacze zrobili się uważni i pilnie śledzili, do czego prowadzi jego rozumowanie.
- Czy ja to pochwalam? Ja tego nie pochwalam. Każdy powinien robić to, co uważa za stosowne. Byleby tylko drugiemu nie wyrządzać krzywdy. Ale po co ja to mówię? Mówię na to, że gdybyście spytali naszych braci pogan – wyczuł, że tym razem zwrot „bracia poganie” był trudniejszy do przyjęcia przez słuchaczy niż za pierwszym razem, pomyślał sobie, że następnego razu już nie zaryzykuje. – Tak, gdybyście ich spytali, co jest istotą religii izraelskiej – tu zrobił maleńką przerwę – boję się, że niektórzy mogliby powiedzieć, że jej istotą są nasze ubiory i chodzenie w szabes – tak oni mówią – do synagogi. Może któryś z nich dodałby, że należy jeszcze jedzenie koszerne, które składa się z dużej ilości czosnku i cebuli, że tak im pachniemy.
Odezwały się liczne chichoty ze strony Greków. Ale do tego się ograniczyli.
- Może powiecie, że gdyby ktoś tak mówił, że istotą naszej religii jest ubranie, jedzenie, a nawet szabat czy Pascha, to on jest całkiem głupi. Ja bym go wziął w obronę. Może on jest głupi, ale może on nie jest taki całkiem głupi. Ludzie mówią to, co widzą. Ktoś mi powie: „Jeżeli nie wiedzą, co jest istotą naszej religii, niech spytają. Wtedy im odpowiemy, że wierzymy w Boga ducha, Boga jedynego, wszechmogącego, sprawiedliwego i kochającego ludzi”. Dzisiaj zebraliśmy się wszyscy razem, aby się modlić do Boga. Bo tak naprawdę, wszyscy ku Niemu idziemy. Bo tak naprawdę, wszyscy się w Nim poruszamy, w Nim żyjemy, w Nim jesteśmy. Wszyscy dla Niego żyjemy, wszyscy dla Niego umieramy. Każdy z nas to wie. A raczej to czuje swoim duchem. Dobrze, dobrze, co jeszcze powiecie poganom? Mówcie dalej. Powinniście powiedzieć: „Naszym największym przykazaniem, celem, dążeniem, treścią życia jest miłość Boga i bliźniego”. Może w tym miejscu oni mogą się zdziwić i zapytać: „Bliźniego? Czy to prawda? Bo my tej waszej miłości nie widzimy. A przynajmniej nie czujemy, żebyście nas kochali. A nawet wprost przeciwnie”.
Ze strony żydowskiej wystrzelił okrzyk:
- Na-ród wy-bra-ny! – skandujący, proponujący tłumowi, żeby powtórzył go.
I tak się też stało. Tłum izraelski zaczął wołać coraz głośniej i głośniej:
- Na-ród wy-bra-ny!
Paweł ocenił to wołanie jako niegroźne. Nie podjął żadnej akcji, aby je przerwać. Tłum powtarzał okrzyk wielokrotnie. Paweł stał, cierpliwie czekając, aż okrzyki wygasły. Dopiero wtedy podjął swój temat:
- Przypomnieliście mi, że jesteśmy narodem wybranym. Że Bóg powołał nas spośród innych narodów do szczególnej misji. A ta misja brzmi: Głoście, że Bóg jest Miłością. Mamy ja głosić słowem i życiem swoim. I to jest nasza wielkość. I ja się czuję dumny, że należę do tego narodu, któremu Bóg powierzył prawdę największą: że jest Miłością. I jeżeli mnie dzisiaj widzicie na tej bimie, to właśnie dlatego, że chcę głosić całemu światu, wszystkim ludziom, jacy zamieszkują lądy, że Bóg jest Miłością. Do tego zostaliśmy wybrani, do tego przeznaczeni. I biada mi, gdybym takiego Boga nie przepowiadał.
Poczuł twardy grunt pod nogami i przeszedł do rozwinięcia swojej tezy:
- Bóg to potwierdzał, przemawiając wiele razy do naszych ojców, wśród których najważniejsi to Abraham, Mojżesz, Izajasz, Jeremiasz. Niektóre objawienia są spisane w Biblii. Jest to Księga święta, mądra, ale trudna. Trzeba ją umieć czytać. Żeby się nie zaplątać albo nie zagubić. Trzeba czytać i rozumieć. Takim wielkim mędrcem naszych czasów jest Jezus, którego zapowiadali prorocy. On potrafił ją odczytać, ukazując nam najważniejszą jej prawdę: że Bóg jest Miłością. I kocha wszystkich ludzi. Nas Izraelitów, jak również pogan. Tak, bo wszyscy są przez Boga stworzeni. A jeżeli stworzeni, to i kochani. Bo czyż Stwórca może nie kochać swojego dzieła? Czyż ojciec może nie kochać swojego dziecka?
Wystrzelił znowu okrzyk po stronie żydowskiej:
- Goje! Go-je, go-je! – ten sam głos co poprzednio.
Poderwały się głosy, które zaczęły to przeklęte słowo skandować. Ale Paweł stwierdził, że ich było znacznie mniej i okrzyki nie były takie zajadłe jak poprzednim razem. Po stronie greckiej odpowiedziały gwizdy, śmiechy i klaskania. Gdy się uspokoiły, podjął swój temat:
- Są między moimi braćmi tacy, którzy pogan przezywają „goje”. Ale na szczęście nie wszyscy. Ci, którzy tak wołają, z pewnością wytłumaczyliby mi, że poganie są godni potępienia. Bo nie wierzą w Boga, który ich stworzył. Ja odpowiem: A może wierzą? Ale jeżeli nie wierzą, to czemu nie wierzą? Może dlatego, że my jesteśmy niedobrzy dla nich. Nie odnosimy się do nich z szacunkiem, ale z pogardą. Przezywamy ich. Że goje, że świniożercy, że nieobrzezani. Gdy ja słyszę to, co wy wołacie, to ja was zapytam: zapomnieliście, do czego zostaliśmy powołani? Zapomnieliście, że mamy głosić Boga, który jest Miłością? Bo jak oni mogą wejść do naszej rodziny, jeżeli to ich spotyka z naszej strony? Na szczęście wielu naszych nie zapomniało. I stworzyliśmy taką instytucję, która się nazywa prozelityzm. A jest ona wychylona właśnie ku poganom. Świadczy, że rozumiemy, na czym polega nasza misja.
Zrobił krótką przerwę i skierował twarz w drugą stronę, gdzie zgromadzeni byli poganie:
- Zwracam się do was, moi bracia poganie. Szanuję was i szanuję waszą religię. Szanuję waszą wiarę. Ale chcę wam powiedzieć to samo, co moim braciom Izraelitom: Bóg jest Miłością. Tak jak została zaprzepaszczona ta najświętsza prawda w naszej religii, tak być może stało się to u was. Jezus przyszedł na świat, aby wszystkim ludziom to przypomnieć. I wysunąć tę prawdę na pierwsze miejsce.
Po stronie greckiej odezwały się krótkie oklaski. Paweł prawie że je przerwał i mówił dalej:
- To ma być nasza prawdziwa miłość ku wam, braciom poganom. Ale i prawdziwa miłość ku nam, Żydom. Choć inaczej wierzymy niż wy.
Znowu pojawiły się nieśmiałe oklaski wśród Greków, ale, jakby przestraszone, przygasły.
- Teraz powracam do moich braci Izraelitów – zaczął Paweł.- Tu chodzi o prawdziwą miłość wśród nas, żyjących pod tym samym niebem. Niechby wszyscy widzieli, jak kocha izraelski mąż swoją izraelską żonę i żona swojego męża, jak kochają izraelscy rodzice swoje izraelskie dzieci, jak izraelskie dzieci kochają izraelskich rodziców, jak izraelski sąsiad kocha izraelskiego sąsiada, jak izraelski kupiec kocha izraelskiego klienta, jak izraelski pan kocha swojego izraelskiego sługę, jak izraelski robotnik kocha swojego izraelskiego pana.
Nagle z tej bezpiecznej wyliczanki Paweł zdecydował się przeskoczyć na rozżarzone węgle:
- Niechby wszyscy widzieli, jak izraelski sąsiad kocha swojego pogańskiego sąsiada. Niechby widzieli, że izraelski kupiec szanuje swojego pogańskiego konkurenta, a nie stara się go wszelkimi sposobami zniszczyć, dlatego że to Grek i poganin. Niechby rzymski obywatel nie bał się iść ulicą, że jakiś Żyd, zelota czy sykkaryjczyk, wbije mu podstępnie sztylet w plecy.
- Zdrajca! – wystrzelił okrzyk wściekłości ze strony izraelskiej.
- Zdraj-ca! – powtórzył go ten sam głos, podrywając ludzi do protestu.
- Zdraj-ca! – zaczął powtarzać coraz głośniej tłum żydowski.
Paweł spodziewał się, że i tym razem przeczeka aż ucichnie skandowanie. Ale nagle ze swojej bimy spostrzegł, że przez tłum przepycha się rabin, wymachując rękami, coś krzycząc. Aż dotarł na bimę i wrzasnął:
- Idź stąd!
Skandowanie wyciszyło się i teraz było słychać tylko krzyk rabina:
- Zejdź stąd! Nie rozumiesz, że cię ludzie nie chcą słuchać?! Bo ty opowiadasz brednie! Same głupstwa. Ty idź stąd! I niech stąd odejdą wszyscy twoi zwolennicy!
Nagle ze strony Greków ktoś krzyknął:
- Chodźcie z nami!
W pierwszej chwili Paweł nie zrozumiał, do kogo jest zaadresowane to zaproszenie.
Za tym głosem poszły następne i zaczęło się skandowanie:
- Chodź-cie z na-mi!
Zobaczył, że ze strony, gdzie był zgromadzony tłum Izraelitów podnoszą się w górę jakieś ramiona i słychać to samo zawołanie:
- Chodź-cie z na-mi!
Nie było tego wiele, ale przecież.
Jacyś Grecy przepchnęli się pod samą bimę, porwali Barnabę i wyciągnęli ku Pawłowi ręce, wołając:
- Chodźcie z nami!
Paweł zawahał się. Ale nie miał wyjścia. Z jednej strony groźnie wygrażające pięści, a z drugiej otwarte czekające dłonie. Zaczął mówić do nich, ale w tym ogólnym wrzasku nikt go nie słyszał, wobec tego zwrócił się do siebie:
- Zostałem posłany do moich braci izraelskich. Ale trzeba być z wszystkimi, którzy są otwarci na prawdę Bożą. Idę z wami!

 
                                                                     [KONIEC]

strona: ...[14]  [15]  [16]