Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święty Jacek
strona 9

 



   Do klasztoru dojechał skonany. Zostawił sanki w rękach parobka i powlókł się do budynku. „Tak. Pozostała tylko drobna kwestia do wyjaśnienia, skąd Krzyżacy wiedzieli, że był u mnie wieszcz pogański”. Zjadł w kuchni co bądź i poszedł spać. Rano, po Mszy świętej był w refektarzu na śniadaniu, kusiło go, by strzelić: „Ciekaw jestem, kto doniósł Krzyżakom, że przyszedł do mnie wieszcz pogański”. Ale już słyszał odpowiedzi: „To mógł kto bądź zrobić. Ludzie się kręcą. On tu siedział dobrych kilka godzin”. Już słyszał swoją odpowiedź: „Tak, to prawda, ale Krzyżacy wiedzieli, że jadł ze mną z jednej miski”. Znowu zapadłaby cisza i potem wybuchłby jazgot: „Nas podejrzewasz? Przecież on sam o tym na pewno ludziom opowiadał i chwalił się tym”. Nie, nie. Nic to nie da, a tylko pogłębi podejrzliwość i ludzką nieufność. Donosiciele się głębiej ukryją. Opowiadał oględnie o tym, co się działo w Kętrzynie. Kończyli śniadanie, gdy brat furtian przyszedł z wiadomością:
   - Ten sam wieszcz, co wtedy, przyszedł i chce rozmawiać z ojcem Jackiem.
   - Niech poczeka chwilę, już kończymy.
   - Wyjdźmy na spacer – zaproponował mu, gdy wszedł do rozmównicy. – Wygląda na to, że ociepliło się, a ja wczoraj cały dzień spędziłem na saniach.
   - I słusznie, że wyjdziemy, bo u was ściany mają uszy.
   - Już wiecie.
   - Wcześniej wiedziałem, tylko wolałem, żebyście się sami o tym przekonali.
   - Z czym przychodzicie.
   Szli drogą wiodącą pomiędzy z rzadka stojącymi gospodarstwami. Wyszli za wieś, w wysoki las.
   - Wyście mądry człowiek, który umie patrzeć wciąż do przodu, stąd też do was przychodzę z moją prośbą. Idźcie do księcia Konrada Mazowieckiego i uproście go, żeby jakimś sposobem kazał się wynieść Krzyżakom z naszych ziem.
   Zaskoczył go zupełnie.
   - On ma Tatarów na głowie.
   - Południe i środek kraju ucierpi od nich, ale oni tu nie przyjdą. A zresztą: Tatarzy to szarańcza, co przylatuje i odlatuje. Stąd nie tacy znów groźni. Prawdziwie groźni są Krzyżacy. To chwast, wilcze ziele, co rozrasta się prędko, wrasta w ciemię głęboko, odradza się nawet uszkodzone, trudno wyplenić. Ale spróbować trzeba, im prędzej, tym lepiej. Potem już nie ma na nie sposobu. Zachwaści, pochłonie całe pole.
   Słuchał go uważnie, nic nie odpowiadając. A on, jakby wczuwając się w jego myślenie, dorzucił:
   - Nie czekam na odpowiedź. Pomyślcie. Bo umiecie myśleć. A co najważniejsze, ukochaliście swój naród całym sercem i służycie mu wszystkimi siłami.
   - Rozmawiałem z księciem Konradem Mazowieckim nieraz – odpowiedział. – On już ich przejrzał. Zwłaszcza gdy mu zagarnęli Ziemię Dobrzyńską, która się jemu należała po Braciach Dobrzyńskich. Ale on, po pierwsze, boi się, że Krzyżacy już są dla niego za mocni, i wie, jakie oni mają powiązania i koneksje z całą Europą. Nie chce rozpętywać awantury. I tu, moim zdaniem, robi błąd. A po drugie, wciąż mu się marzy korona krakowska, królewska. Jak tylko odejdą Tatarzy, wtedy skoczy na Kraków. I to jest nieuczciwe, że wykorzystać chce te tragiczne okoliczności dla zdobycia tronu. Może planuje po koronacji na króla Polski zająć się Krzyżakami, ale to raczej sam sobie dopowiadam, niżbym coś konkretnego na ten temat wiedział.
   Niedaleko uszli, gdy za sobą posłyszał wołanie:
   - Ojcze Jacku, ojcze Jacku!
   Odwrócił się. Drogą biegł brat furtian, wymachując rękami. Za chwilę był już przy nich.
   - Ojciec prowincjał – ojciec Gerard przyjechał i chce się pilno widzieć z wami.
   - Wzywają mnie. Trzeba iść – pożegnał się z wieszczem.
   - Nie taka to pilna potrzeba. Ale wolą, żebyście ze mną nie rozmawiali. Choć to, o co mi chodziło, powiedziałem wam.
   - Niech was Bóg ma w swojej opiece.
   - I ja wam dobra wszystkiego życzę.
   - Jak Bóg da, jak Bóg da.
   Faktycznie, ojciec prowincjał uspokoił go:
   - Nie, nie ma nic pilnego. Chciałem z wami porozmawiać. Tym bardziej, że, jak słyszę, byliście w Kętrzynie.
   Nie krył nic przed nim. Opowiedział wszystko, łącznie z podejrzeniem, że ktoś z tego domu donosi Krzyżakom. Tu ojciec Gerard mu się wtrącił:
   - Wiemy o tym, to jest brat stajenny. Niemiec, którego jak na nieszczęście wziąłem ze sobą z Lipska. Całą duszą zaprzedał się Krzyżakom i zresztą chce do nich wstąpić. Chętnie się go już na dniach pozbędziemy.
   Jakby mu kamień spadł z serca, gdy się ta sprawa wyjaśniła.
   - Jeżeli chodzi o inne sprawy, to zgadzam się z wami całkowicie, że z tej waszej wyprawy do Kętrzyna wynieśliście zysk największy: wasze wyczucie tego krzyżackiego Drang nach Osten – jak to my mówiliśmy, a jak wy mówicie: parcia na wschód. I słuszne, co proponujecie. Trzeba wytłumaczyć kniaziowi Mendogowi, jakie zagrożenie nad nim wisi i że jedynym ratunkiem dla niego jest chrzest. Tylko nie widzę tu nikogo, kto by się do tej misji bardziej nadawał niż wy. Jedźcie tam i po swojemu, tak jak to robicie, z całą mądrością waszą i miłością, przedstawcie mu sprawę.
   - Dobrze. Uczynię tak jak polecicie, choć nie wiem, czy coś wskóram. Litwini są podejrzliwi wobec nas, Polaków, a Mendog w sposób szczególny.
   - Ale wiem, że was szanuje.
   - Przyznam się, już w którejś chwili myślałem, że jedynym ratunkiem na Krzyżaków jest drugi rycerski zakon. Też myślałem, tak jak biskup Prandota, że najlepiej byłoby sprowadzić na nich choćby templariuszy francuskich i osadzić ich w sąsiedztwie, gdzieś w ziemi Jadźwingów. Niechby się pożarli. Ale nie. Zawsze ucierpiałaby sama ludność miejscowa.
   - Tak, Prusy chyba są przegrane. Jedyny sposób to uratowanie Litwy.
   - Ale proponuję jeszcze jedno po to, aby ratować chrześcijaństwo w oczach Prusów. Chciałbym, aby Stolica Święta jak najprędzej ustanowiła dla tej ziemi podział administracyjny na diecezje i wyznaczyła biskupów ordynariuszów.
   - Tylko, żeby nie wyglądało na to, że my, dominikanie, o to się ubiegamy.
   - To już trudno. Mnie zależy tylko na tym, aby uprzedzić Krzyżaków. Aby w ręce ich biskupów nie dostały się diecezje, bo wtedy właściwie chrześcijaństwo będzie całkowicie skompromitowane w oczach Prusów. Łatwiej będzie o to wystąpić wam, boście nie tylko prowincjał, ale przede wszystkim Niemiec, niż komukolwiek z nas, Polaków.
   - I przynajmniej ten jeden pożytek mieć będziecie z tego, że wy, ojcze Jacku, mnie Niemca, poleciliście kapitule na prowincjała.
   - Nie tylko ten jeden, nie tylko.

 

strona: ...[7]  [8]  [9]  [10]