Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święty Rafał Kalinowski
strona 1


 

 - Pańska kolej.
 Pochylił się nad stołem bilardowym i po raz któryś uświadomił sobie, jak bardzo lubi tę grę. Nawet nie wygrywanie. Ale ten prostokąt zielonego sukna o specyficznym zapachu, ciężkie bile toczące się precyzyjnie torem nadanym im przez uderzenie, kij na pozór lekki, mający przecież dużo energii zmagazynowanej w swojej długiej rękojeści. Lubił czuć gładkość tego kija między palcami lewej ręki. Lubił obliczanie kątów, pod którymi rozbiegną się uderzone kule. Lubił suchy, ostry stuk bili o bilę. A gdy jeszcze przy tej grze można było toczyć interesującą rozmowę – radość była podwójna. Tym razem rozmowa nie była tylko interesująca, ale z typu rozmów „ostatecznych”. Szkoda, że partner nie był najmądrzejszy i źle wychowany – „jak on może wychowywać dzieci” – dziwił się. Nauczyciel, który był dziś jego partnerem przy stole bilardowym, był swoistego rodzaju typem fanatyka politycznego i to na domiar: niedoinformowanego. Długo nie dawał mu się sprowokować do tej rozmowy, wreszcie uległ.
 - Pańska kolej.
 Stanął pod ścianą, oparł kij trzonkiem na parkiecie, wziął kredę z tacki, zaczął pocierać ją o czubek swojego kija i postawił swojemu partnerowi kolejne pytanie:
 - Dobrze. Niech pan pozwoli, że zadam może naiwne, może dla pana żadne pytanie, ale dla mnie ważne: kto ma robić to powstanie i dla kogo.
 - Nic dodać, nic ująć – odpowiedział nauczyciel nachylony nad stołem, z zatrzymanym ruchem ramienia, podnosząc głowę w jego stronę. – Sameś pan określił to, co by tu trzeba powiedzieć. Może tylko trzeba by dodać: pytanie prymitywne, niegodne odpowiedzi.
 - Zgoda, ale czy mogę prosić o odpowiedź?
 - Niechże ja będę raz uprzejmy. Proszę bardzo: Polacy dla Polski.
 - A którzy Polacy i dla jakiej Polski?
 - Co pan sztabskapitan przez to rozumie, bo ja nie rozumiem, co pan rozumie.
 Był bezczelny, arogancki, źle wychowany. Usiłował go bez przerwy obrażać. Wobec tego starał się tym bardziej być dla niego uprzejmy.
 - Po pierwsze: Kto poprowadzi to powstanie?
 - Tego zdradzić nie mogę.
 - O, widzi pan, tu się różnimy. Ja w wojsku, jak pan twierdzi, niewiele mogłem się nauczyć. Zgoda. Ale jedno wiem na pewno: ponieważ wojna to sprawa poważna, jak to już powiedziałem, wobec tego muszę wiedzieć, kto ją poprowadzi.
 - Mogę panu uchylić rąbka tajemnicy. Komitet.
 - Jak rozumiem, zespół ludzi zajmujący się poszczególnymi resortami spraw. Dobrze. Ale nazwisko. Choć jedno.
 - Ani jednego.
 I pochylił się nad stołem bilardowym, bo to była jego kolej.
 - Jak sobie pan to wyobraża, ludzie mają iść do lasu z bronią w ręku, zostawić swoją rodzinę, mają ginąć, nie wiedząc, kto ich prowadzi, a tylko na podstawie zawołania: Bij Rosjan, kto w Boga wierzy? To ja się nie ukrywam, a tamten się ukrywa. Kto to jest? Kto go wybrał, na jakiej zasadzie się tam znalazł. Skąd ta ogromna władza, żeby rzucić naród w piekło wojny. To chcę wiedzieć. Przyznam się, że od samego początku mam wrażenie, jakby to paru studentów się zeszło i obwołało się komitetem i włosy mi stają z przerażenia na głowie. A z kolei drugie moje pytanie: Kto ma przystąpić do powstania. Czy Polacy mieszkający w Królestwie Polskim?
 Dokładnie tak.
 - A Polacy, którzy mieszkają gdzie indziej, pod zaborami austriackim i pruskim?
 - Myślimy o Polakach mieszkających na terenie tak zwanego Królestwa, a gdy inni będą się chcieli przyłączyć – proszę bardzo.
 - A czy pan zdaje sobie sprawę, że podobnie myśli cesarz austriacki i cesarz pruski, i co to oznacza?
 - A? Rozmawiał pan sztabskapitan z nimi.
 - Rozmawiać nie rozmawiałem, ale usiłuję się domyślić, co oni myślą.
 - I czego się pan zdążył domyślić?
 - Tego, że obaj zablokują granice i mysz się nie prześlizgnie, a co dopiero transport z bronią. Bo, na ile mam rozeznanie, liczycie na broń z Francji i Turcji. Proszę pana, ja się mogę nie znać na polityce, ale na wojnie się znać muszę i to wiem, że bez broni nikt nie powinien zaczynać wojny.
 - Nasi konspiratorzy, oficerowie rosyjscy, otworzą bramy magazynów, a równocześnie nie dopuszczą do wystąpienia zbrojnego żołnierzy przeciw nam. – Odebrał od kelnera, który mu przyniósł na tacy, kufel piwa z czapką białej piany. – Pańskie zdrowie – wykonał lekki ruch kuflem w jego kierunku i zanurzył w pianie wąsy, ciągnąc ją głośno ustami aż natrafił na piwo.
 Przyglądał się, milcząc, tej operacji, w końcu go zapytał:
 - Przepraszam, czy jest to pańskie osobiste pobożne życzenie, czy jest to przekonanie ludzi odpowiedzialnych za powstanie?
 - A co to ma do rzeczy?
 - Pytam się o to jak najbardziej poważnie. Bo jeżeli to jest tylko pańskie zdanie, to może sobie pan je mieć. Ale jeżeli to jest zdanie waszego dowództwa, to na miłość Boską niech im ktoś to wybije z głowy. Może się to sprawdzić w paru wypadkach, za co ci oficerowie zostaną natychmiast rozstrzelani. Ale liczyć na to, że w ten sposób zaopatrzycie się w broń, jest kompletną bzdurą, jak jest bzdurą, że żołnierze nie pójdą przeciw powstańcom. Ale wróćmy do przerwanej myśli, czyli do tego, jak się zachowają dwaj pozostali zaborcy wobec powstania. Gdy zwycięży powstanie – gdy jakimś cudem, nie: zwyciężymy cara, bo tego sobie nie wyobrażam, ale przymusimy, żeby uznał niezawisłość naszego Królestwa, to w tym samym dniu mamy Prusaków u siebie – Prusaków, czyli najlepszą armię Europy, prowadzoną przez prawdziwego polakożercę: Bismarcka.
 - A dlaczegóż tak koniecznie? – spytał nauczyciel na pozór naiwnie.
 - Bo oni wiedzą, że gdy się taka sztuka uda Polakom spod zaboru rosyjskiego, wtedy o to samo pokuszą się Polacy pod zaborem pruskim i austriackim.
 - Skończył pan? – spytał nauczyciel bezczelnie.
 - Jeszcze nie. Pan powiedział: Polacy na terenie Korony. Czy to wszyscy, którzy, pańskim zdaniem, mają wziąć udział w powstaniu.
 - Tak. Chyba tak – odpowiedział nauczyciel niepewnie.
 Patrzył na niego, jak prawie leżąc na stole bilardowym, przymierzał się do kolejnego uderzenia, jak drżały mu palce oparte o sukno stołu, prowadzące koniec kija, również ręka trzymająca jego rękojeść. Już dałby mu spokój, ale wiedział, że gdy sam zamilknie, nauczyciel znowu go zaatakuje.
 - Pozwoli pan, że ja spytam: a Polacy na terenach przyłączonych do Rosji?
 - Jak najbardziej. W ogóle kto może mieć co do tego jakieś wątpliwości.
 Wstydził się za niego, że tak się zachowuje.
 - To już teraz wszyscy?
 - Tak.
 - A Litwini, Rusini czy Ukraińcy – to nie?
 Uderzenie było tak silne, że dał się słyszeć suchy trzask zderzających się ostro bil i jedna wypadła na ziemię. Nie chciał go niszczyć. Udawał, że nie dostrzega tego zdenerwowania. Mówił łagodnie, gdy ten trzęsącymi rękami porządkował przerwaną grę i ustawiał kule.
 - Jeżeli tak, to co robicie w tym kierunku? Gdy pan może, proszę mi dać kompetentną odpowiedź.
 Czuł, że ten spokojny sposób prowadzenia rozmowy również do szału doprowadza nauczyciela.
 - Czy organizujecie w tym względzie propagandę, rozbudowujecie sieć stowarzyszeń i organizacji dokształcających społeczeństwo Litwinów, Białorusinów, Ukraińców patriotycznie, ideologicznie czy jak by to tam nazywać. Co oferujecie Litwinom w tej Rzeczypospolitej, o którą się mają bić, a co Białorusinom, a co Ukraińcom. Tak całkiem na marginesie: gdy o mnie chodzi, gdybym ja miał tu coś do powiedzenia, to zaproponowałbym zawarcie z nimi unii na podobnej zasadzie jak z Litwą zawarł kiedyś nasz król w unii lubelskiej.
 Słuchała ich dwóch już cała sala. Śledził wzrokiem od dawna, jak panowie odrywali się od kontuaru z kieliszkami, z kuflami piwa albo bez, kończyli swoje rozmowy, przerywali partie szachów, grę w karty, odchodzili od swoich stołów bilardowych, tworzyli wokół nich coraz ciaśniejszy, gęstniejący krąg. Widział, że obserwuje to prawie z rozpaczą nauczyciel, który w końcu jest świadomy, że tę rozmowę przegrywa z minuty na minutę. Również i teraz, nie wiedząc, co powiedzieć, uciekł w tajemnicę.
 - O tych sprawach niewiele mi wiadomo. Są otoczone najściślejszą dyskrecją, żeby nie przedostały się w niepowołane ręce.
 - Niech będzie i tak. Ale gdy chodzi o tę pierwszą sprawę, o uświadamianie społeczeństwa litewskiego, białoruskiego czy ukraińskiego, to z mojego doświadczenia muszę stwierdzić, że nie istnieje. Dużo jeździłem po terenie, na prowincji tkwiłem długo – jak pan może wie, jestem inżynierem budowy torów kolejowych. Siedziałem po wsiach, małych i większych miasteczkach. Nigdzie, ale to nigdzie, nie napotkałem śladu jakiejś takiej roboty. A tego typu praca musi być rozłożona na całe lata, nie może być spychana na ostatnią chwilę.
 W dalszym ciągu chciał uspokoić rozmowę, mówił wolno, bez cienia złośliwości, a raczej z troską i smutkiem. Ale czuł, że już nic nie uratuje nauczyciela, by ten nie zadał mu jakiegoś bardzo osobistego ciosu – żeby uratować twarz w oczach zebranych słuchaczy.
 - To jest zresztą podobnie jak z pracą dyplomatyczną, która też musi być rozłożona na lata i doprowadzać do konkretnych zobowiązań dwustronnych, potwierdzanych w odpowiednich dokumentach, a nie opierać się na przypuszczeniach czy nadziejach. I tak, powstanie może się zacząć dopiero wtedy, gdy nasz rząd powstańczy uzyska pewność, potwierdzoną w dokumentach, że w momencie wybuchu powstania Francja i Turcja wypowie Rosji wojnę, a przynajmniej będzie dostarczać broni.
 W tym momencie nauczyciel eksplodował. Choć w zasadzie nie było jakiegoś szczególnego powodu, a jemu twarz się zaczerwieniła, nabrzmiała, palce ściskające kij bilardowy zbielały. Nawet przez moment zdawało mu się, że uderzy go tym kijem, ale on nagle wykrzyknął zduszonym głosem:
 - Tak może myśleć tylko człowiek zaprzedany Rosji!
 Sala zastygła. Ktoś prowadzący cygaro do ust zatrzymał je w pół drogi. Według wszystkich obowiązujących w tym środowisku zasad, w takich wypadkach bije się w twarz albo i nie, ale wyzywa się na pojedynek. I taki atawistyczny odruch i w nim się wzbudził. Już sam nie wiedział, co uratowało go od pojedynku, czy krzyż, który nagle zobaczył wiszący na ścianie nieco powyżej głowy nauczyciela, czy przypomniane sobie niespodziewanie czyjeś zdanie: „Wiesz, on ma ciężko chore dziecko”, czy zdanie, jakie usłyszał, gdy kiedyś kolega pokazywał mu parę pistoletów w pięknym futerale – „Mój ojciec zginął w pojedynku z tej broni. Ale nawet nie wiem, o co się pojedynkowali”. Dość na tym, że się opanował, i w ciszy, gdy zebrani czekali na skandal, wydarzył się inny skandal, bo on spokojnym tonem, zwracając się do rozindyczonego nauczyciela, który chyba dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że grozi mu śmierć, powiedział:
 - Proszę mnie nie obrażać, ale proszę rzeczowo odpowiedzieć na moje pytanie.
 Napięcie opadło. Zamarła sala ożyła. Mężczyzna włożył cygaro do ust i wypuścił z nich biały kłąb dymu.
 „I uznano mnie za człowieka bez honoru”. Już panowie ruszali, aby powrócić na swoje miejsca, aby przedyskutować to jego niehonorowe zachowanie się, gdy nauczyciel, teraz nerwowo pocierając kredą czubek swojego kija, powiedział głosem, któremu chciał nadać ton normalności:
 - Wciąż mnie pan zasypuje pytaniami, może mi pan wobec tego odpowie przynajmniej na jedno pytanie.
 - Proszę bardzo.
 - A jeżeli polskie powstanie wybuchnie, czy pan zdejmie mundur rosyjski i wstąpi w jego szeregi?
 W sali zrobiła się cisza po raz drugi.
 - Proszę pana. Jeżeli ma pan czas i cierpliwość, to chętnie wyjaśnię.
 - Słuchamy, słuchamy. Wieczór długi – powiedział, uśmiechając się nerwowo – cóż milszego niż inteligentna rozmowa – w poczuciu, że jego zostało na wierzchu, zdobył się nawet na komplement.
 - Może ja odpowiem zdarzeniem, które mi się przytrafiło w Warszawie. Otóż zgłosił się tam do mnie człowiek, który podawał się, że należy do odłamu Czerwonych. Określił tę grupę jako grupę terrorystyczną, która ma na celu zabijanie poszczególnych dygnitarzy rosyjskich cywilnych i wojskowych. Zaproponował mi, żebym się do ich grupy przyłączył. Tę akcję określił słowem: wojna. Może to nie jest przykład całkiem a propos, trochę jednak zawiera z tego, co chcę powiedzieć. Wojna, a tym bardziej powstanie, jest sprawą poważną. Niektóre elementy powagi ewentualnego powstania polskiego wskazaliśmy sobie powyżej. Otóż, jeżeli spotkam się z czymś niepoważnym, nieprzygotowanym, co ewidentnie bardziej służyć będzie Rosjanom, Prusakom, Austriakom niż Polakom, na pewno do tego palca nie przyłożę. Powtarzam: nie powinien liczyć na poparcie społeczeństwa polskiego człowiek, któremu się zechciało zawołać: „Bij Rosjan, kto w Boga wierzy!”, i jeszcze mi będzie wmawiał, że na pewno pomogą mu państwa ościenne, Francja czy Turcja. A wie pan, ile jest żołnierzy rosyjskich na terenie Królestwa Polskiego? Mogę to powiedzieć, bo to każdy może sobie przy odrobinie chęci policzyć. 113 tysięcy. A łącznie z naszą twierdzą i strażą graniczną na granicy z Prusami 130, 140 tysięcy. Oczywiście uzbrojonych po zęby, z całym zapleczem magazynów broni i sprzętu wszelakiego. W samej Warszawie jest 22 tysiące. Wystarczy? Na ilu ludzi możecie liczyć w szeregach partyzanckich? Jeżeli panu nie wolno, proszę nie mówić. Może lepiej ja panu powiem. Nie zapominajmy, że Królestwo liczy zaledwie 5 milionów ludzi. Otóż według mojego szacunku, gdyby powstanie wybuchło nagle teraz, mamy jesień 1862, zgłosi się 20 do 30 tysięcy ledwie uzbrojonych ludzi, to znaczy we flinty, kosy, widły itd. Jeżeli się mylę, to nie więcej niż o 10 tysięcy w dół albo w górę.
 Wybuchły głosy sprzeciwu:
 - Stanie pod bronią kilkaset tysięcy młodych ludzi. Myli się pan. Nie docenia nas.
 Przerwał im:
 - Pozwólcie, że skończę.
 Uciszyło się.
 - Ale jeszcze, odpowiadając na głosy, które się teraz podniosły. Jakie „kilkaset tysięcy pod bronią”. Pod jaką bronią? Chyba że nazywacie bronią sztachety wyrwane z płotu. Może ja jeszcze zrekapituluję moje warunki, jakie stawiam powstaniu. Ma być to wojna tylko przeciw Rosji. Prusy i Austria nie mogą powstaniu przeszkadzać, a umożliwiać transporty choćby broni z Francji – to robota dla dyplomacji. Po drugie, jako wojskowy muszę mieć pojęcie o potencjale militarnym Rosji. Otóż jest on ogromny. A poza tym jest to ogromny kraj. Napoleon Bonaparte, geniusz wojskowy, nie potrafił jej pokonać. A pan chce to zrobić gołymi rękami. Innymi słowy, Rosji nie zwyciężą Polacy, ale Polacy z Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami. Po trzecie, powstanie nie ma być sprawą szlachty, ale całego narodu, z chłopami przede wszystkim. Po czwarte, na czele powstania ma stanąć rząd z prawdziwego zdarzenia. I po piąte, po szóste, po siódme i po dziesiąte, powstanie musi być przygotowane. A to jest sprawa dobrych kilku lat. Zwłaszcza gdy chodzi o uświadomienie chłopów polskich, litewskich, białoruskich, ukraińskich.
 - Jeżeli pan sztabskapitan taki mądry, to proszę powiedzieć, co pan proponuje na obecnym etapie, na którym pańskie warunki nie mogą być zrealizowane.
 - Iść małymi krokami, na jakie nas teraz realnie stać, i uzyskać suwerenność Królestwa Kongresowego.
 - Wielopolski się panu kłania.
 - Otóż nie. Popieram niektóre poczynania Wielopolskiego...
 Sala zaszumiała sprzeciwem. „No, zwolenników pan margrabia to tu nie ma” – pomyślał. Ale odważył się mówić dalej:
 - Już uzyskał wiele. Krok po kroku coraz to przywozi z Petersburga nowe zdobycze.
 - Łaski! – ktoś z boku krzyknął.
 - Nazwa nieważna, chodzi o efekty. Ostatnio, jak słyszę, przywiózł przemianę pańszczyzny na czynsze, co uważam za nieporozumienie, gdyż nie jest to korzystne dla chłopów, ale i równouprawnienie Żydów.
 Tu ciszej, ale znowu zaszumiało. Dosłyszał zdanie:
 - Nie ma się z czego tak bardzo cieszyć.
 - A więc uważam, że jest się z czego cieszyć, bo jakby to nie brać, czy od strony chrześcijańskiej, czy tylko humanitarnej, jest to postęp. A póki co, iść małymi krokami. Wykorzystywać każdą okazję do uzyskiwania ulg u cesarza, usunąć z administracji Królestwa urzędników rosyjskich na rzecz polskich. Może nawet uzyskać pozwolenie na stworzenie własnej armii i czekać. Rozbudowywać rzemiosło, manufaktury. Równocześnie prowadzić robotę patriotyczną wśród Polaków, Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Zwłaszcza zająć się uświadamianiem chłopów. I czekać do chwili, gdy przyjdzie sposobny moment, aby uzyskać niepodległą Rzeczypospolitą.
 - Odpowiem panu krótko. To nie na nasz temperament. Za długo w tym pańskim programie czekania. My chcemy już, od razu. Natychmiast.
 - Proszę nie mówić mi o temperamencie jako takim, ale dodać, że w temperamencie indywidualnym i narodowym są cechy pozytywne i negatywne. Ta właśnie należy do negatywnych naszego temperamentu narodowego. I trzeba nad nią zapanować. Chyba że się chce na gwałt popełnić samobójstwo, to bardzo proszę. Ale ja z tym nie chcę mieć nic do czynienia.
 - Gdy wybuchnie powstanie...
 - Tak, powstanie, powstanie – dały się słyszeć poszczególne głosy.

 

 

strona: [1]  [2]  [3]  ...