Biblioteka
ZANIM POWIESZ KOCHAM
strona 47



WYCHOWANIE SEKSUALNE


          Uczę się ciebie, człowieku
          Powoli się uczę, powoli
          Od tego uczenia trudnego
          Raduje się serce i boli.
                                         (Jerzy Liebert)


     W gruncie rzeczy wychowanie seksualne dzieci i młodzieży nie istnieje, a jeżeli istnieje, ciąży na nim błąd, który ma za źródło chyba ascezę koszarową. Wychowuje się w czystości – dla czystości, w skromności – dla skromności albo jeszcze dla zdrowia, albo najwyżej jeszcze „dla Pana Boga”, ale nie dla przyszłego małżeństwa. W ten sposób wychowanie seksualne jest na tyle postawione na głowie, że w którymś momencie dziecko zadaje pytanie: Jeżeli to wszystko jest dozwolone w małżeństwie, to dlaczego to wszystko jest grzechem teraz, przed małżeństwem? Jaka jest różnica?
     A tymczasem, jeżeli nawet wychowawcy nie powiedzą tego wprost, na horyzoncie ich pracy powinny znajdować się sprawy przyszłego małżeństwa ich wychowanków. Przede wszystkim wychowawcy, a z czasem dzieci i młodzież, powinni sobie z tego zdawać sprawę, że wchodzi się w małżeństwo z tym balastem, który się nagromadziło w ciągu życia, a on może być tak wielki, że współżycie stanie się niemożliwe albo przynajmniej bardzo utrudnione. Trzeba, ażeby wychowawcy powiedzieli młodzieży wyraźnie, że człowiek jest takim mechanizmem, który łatwo popsuć. Ale różnica między człowiekiem a mechanizmem polega na tym, że w mechanizmie można wymienić zepsutą część, a w człowieku nie, że mechanizm można naprawić, a człowieka z trudem, a nawet jeżeli, to tak czy tak przeżycia i doświadczenia nagromadzone w dzieciństwie i młodości pozostają w nim na stałe. Nie da się ich wymazać gumką ani wyskrobać żyletką. I dlatego gdy się rozlatuje małżeństwo, to wina w pierwszym rzędzie spoczywa na rodzicach i wychowawcach tych młodych ludzi.
     Tymczasem przeważnie bywa tak, że wychowawcy ani tego pierwszego, ani tego drugiego, ani bardzo wielu innych prawd nie mówią, z tego prostego powodu, że sami tego nie wiedzą – nikt ich porządnie nie wychował, nikt ich też porządnie nie wykształcił.
     Dlatego ty, gdy będziesz miał dzieci, zbytnio nie licz na wychowawców. Zabierz się sam do wychowywania seksualnego swoich dzieci. Bo patrz tylko, jak ta sprawa wygląda praktycznie wokół ciebie.
     Uświadomienie seksualne dzieci otrzymują przez „świńskie” rozmowy prowadzone gdzieś pod murem, w których jeden szczeniak „uświadamia” drugiego szczeniaka, co „starsi” robią, a dzieciom o tym nie mówią. Przez oglądane w ustępach gryzmoły. Przez obrazki z czasopism pornograficznych, zdjęcia przemycane w czasie szkolnych lekcji pod ławką, pod stołem, pod bluzką, pokazywane z rozgorączkowaniem, oglądane w kącie, w ukryciu, z wypiekami na twarzy, z czerwonymi uszami. Przez filmy dla dorosłych, na które wślizgują się do sal kinowych dzięki tolerancji, „dobroci” (czytaj: obojętności albo dbaniu o kasę kina) bileterek. Przez filmy oglądane w telewizorze dzięki „dobroci” i tolerancji rodziców, którzy „dla świętego spokoju” ustępują. A już całkiem praktyczne wykształcenie seksualne zawdzięczają dzieci wakacjom szkolnym – swoim paniom wychowawczyniom opalającym się na leżakach w pełnym słońcu, podczas gdy one bawią się, w co mogą i w co im się zechce, a ponieważ natura ludzka skłonniejsza jest do złego niż do dobrego, nietrudno się domyślić, w jakim kierunku idą nieraz takie zabawy. Zawdzięczają tym samym paniom wychowawczyniom – śpiącym snem głębokim po całodziennym opalaniu, nie zwracającym oczywiście uwagi na to, co się dzieje w sypialniach chłopców i dziewcząt, które wkrótce po zgaszeniu światła przestają być chłopców i dziewcząt, a stają się koedukacyjne. Zawdzięczają skomplikowanej grze zwanej flirtem miłosnym, który krąży w czasie nudnych szkolnych lekcji po klasie. Jest to tekst, który zadziwiłby nawet marynarzy, słynnych z bogatego słownictwa dotyczącego tego tematu. Gdyby te zeszyciki wpadły w ręce pana nauczyciela, pani nauczycielki albo rodziców (w domu dzieci też to piszą), to oni musieliby stwierdzić, że spotykają się ze słowami w dużej mierze zupełnie nieznanymi. A te znane, które tam by wyczytali, powinny im odebrać sen przez następnych parę nocy. Ale na ogół obywa się bez tych tragicznych sensacji, ponieważ teksty te nie trafiają do „nieodpowiednich” rąk, a kursują tylko między swoimi. Młodzież – już nie dzieci – „zawdzięcza” swoje doświadczenia seksualne panom profesorom i paniom profesorkom, które prowadzą kilkudniowe wycieczki krajoznawcze z noclegami w schroniskach i hotelach, gdzie opieka nauczycielska ogranicza się do nadsłuchiwania, czy nie lecą szyby albo czy ktoś nie wywala drzwi, a jeżeli nie, to można spokojnie dalej grać w brydża i pić wódkę, bo młodzież jakoś sobie radzi. A pomysłowość dziewcząt i chłopców w takiej sytuacji jest przeważnie jednokierunkowa i prowadzi do niedwuznacznych zabaw podsycanych nierzadko alkoholem. Niemała w tym zasługa prywatek urządzanych z okazji imienin, urodzin, albo bez okazji, gdy rodzice wychodzą z domu, „aby dzieci nie czuły się skrępowane, aby się czuły swobodne, aby nie myślały, że je kontrolujemy, aby nie uważały, że nie mamy do nich zaufania...”, aby tam jeszcze nie wiem co, najważniejsze, że wychodzą z domu i zostawiają dzieci same. Jakby nie zdawali sobie sprawy, że jeżeli nawet mogą liczyć na swoje własne dzieci, to przecież nie wszystkie ich koleżanki i koledzy są tacy, a ci nieodpowiedzialni zechcą może przeistoczyć prywatkę w orgię pijacką i rozpustną. Niemała w tym zasługa i pustych domów, do których młodzież i dzieci przychodzą po lekcjach i w których mogą robić, co chcą, wraz z kolegami i koleżankami, bo rodzice wracają dopiero wieczorem. A do tego trzeba jeszcze wliczyć doświadczenia, których dostarczają buszujące w stadach płotek rekiny: pederaści, lesbijki wyszukujące swoje obiekty.
     A więc zanim zdecydujesz się wysłać swoje dziecko na takie szkolne wakacje – choć przyznam, że jest to dla mnie jakaś ostateczność – poznaj panie, które te wakacje będą prowadziły, które się będą twoim dzieckiem opiekowały. A więc jeżeli zezwalać będziesz twojemu dziecku na taką wycieczkę, przejdź się najpierw do wychowawcy klasowego i dowiedz się, jak to wszystko w detalach będzie zorganizowane. A przede wszystkim, czy będzie dostateczna opieka. Spytaj, czy może potrzeba, aby ktoś z komitetu rodzicielskiego – ktoś, kto umie z młodzieżą się dogadywać – towarzyszył tej wyprawie. A gdy chodzi o prywatkę, to najlepiej byłoby, gdybyś mógł urządzić ją u siebie w domu. To nie znaczy, że miałbyś towarzyszyć tańczącym cały czas. Ale po prostu nie odchodź z domu. Dowiedz się również, do kogo ono wychodzi. I tu się okaże, jak słusznym było twoje staranie, by mieć kontakt z rodzicami kolegów twoich dzieci.
     Powiedziałem: zabierz się sam do wychowania seksualnego swojego dziecka. Zacznijmy od zwrotu „uświadomienie seksualne”. Na ogół kojarzy się ono – w najlepszym razie – z opowiadaniem o pręcikach i pyłku kwiatów – tak czy owak ze sprawami technicznymi czy fizjologicznymi płci. A tymczasem w tym uświadomieniu ma być bardzo dużo o miłości, o małżeństwie, o miłości małżeńskiej i rodzinie. Owszem, również i o sprawach fizjologicznych, ale główny akcent ma spoczywać właśnie tam. To po pierwsze, a po drugie – tak samo ważne drugie jak pierwsze: rozmowy na tematy seksualne muszą towarzyszyć permanentnie wychowaniu dziecka, a potem dorastającego chłopca i dziewczyny. To nie ma być jakaś rozmowa jednorazowa, ale ten temat ma stanowić stały punkt w rozmowach dziecka z rodzicami. Ono musi się do tego tematu przyzwyczaić, musi o tym wiedzieć, że z wszystkich ludzi na świecie w sposób najbardziej uczciwy, prosty, właśnie rodzice mogą je informować na ten temat. Dziecko tak prowadzone przez swoich rodziców, nawet gdy zetknie się z tym, co w skrócie określić można słowem: pornografia, zepsucie czy wynaturzenie seksualne, nie przelęknie się. Już wie lepiej: tak jak to mama i tata powiedzieli. Już nikt i nic mu nie zaimponuje swoją „wiedzą”.
     I jeszcze jedno bardzo ważne. Rodzice powinni uprzedzać uświadomienie seksualne, które ciśnie się na ich dziecko z pokątnych, złych źródeł, demolując jego psychikę w sposób nieodwracalny, jak również powinni uprzedzić uświadomienie seksualne, które od czasu do czasu przeprowadza szkoła. Bo ona nie jest w stanie wypełnić tego zadania właściwie. Z tego prostego powodu, że nie wchodzi w zapotrzebowanie poszczególnego dziecka, tylko dokonuje tej akcji w sposób masowy: w wymiarze klasy. A klasa to zbiór indywiduów, z których każde jest na innym etapie rozwojowym. To, co jednemu jest już doskonale znane, dla drugiego dziecka będzie uderzeniem, po którym się nie pozbiera. Wobec tego szkoła może co najwyżej podsumować swoim autorytetem to, o czym już dziecko wie od rodziców. Mówi doświadczony pedagog: „Ja widzę, co się z dziećmi dzieje w klasie po takich pogadankach uświadamiających z dziedziny seksuologii. Dzieci są w większości zupełnie nieprzytomne, niezdolne do uczestniczenia w dalszych lekcjach. Zupełnie zszokowane”.
     A więc rodzice powinni przeprowadzać stopniowe uświadomienie seksualne swojego dziecka. Dlatego rodzice – bo rodzice mają wyczucie, jakie są potrzeby ich dzieci. Podkreślam to, bo mi się przypomina pewien młody „nowoczesny” tata, który przy pierwszej okazji za jednym zamachem uświadomił bardzo dokładnie swoje czteroletnie dziecko. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Za parę dni przyszli sąsiedzi z córeczką w tym samym wieku. Gdy rodzice rozmawiali sobie o swoich sprawach, dzieci bawiły się w drugim pokoju. Ale ponieważ było w nim za cicho, zaglądnęli rodzice, co tam się dzieje. A tam oboje dzieci bawiły się w stosunek małżeński.
     A więc z czuciem, stopniowo, z ręką na pulsie, w stałym kontakcie z dzieckiem, w szczerych rozmowach na wszystkie tematy, również i na „te” tematy. Które z biegiem lat wcale nie zanikają, ale wprost przeciwnie, wciąż narastają, niepokoją, domagają się w pełni uzasadnionej odpowiedzi. Trzeba mieć rękę na pulsie, bo wśród młodzieży łatwo o mody: psychozy, które ogarniają głowy jak pożar, niszcząc wszystko, co zdawało się być trwałym, niepodważalnym dorobkiem.
     Jednym ze stałych punktów „programu” rozwoju seksualnego młodzieży jest kompleks dziewiczy – dziewiczy w wydaniu „dziewczyna” i dziewiczy w wydaniu „chłopiec”. Kompleks, bo dziewice są wyśmiewane przy każdej okazji przez tych, którzy – które – mają „to” już za sobą. Przez tych chłopców – przez te dziewczęta, które mogą się poszczycić, ile stosunków mają na swoim koncie. Oni i one poniewczasie ciężko żałują, że do tego doszło, ale teraz zgrywają się na doświadczonych. I zazdroszczą tym, którzy – które się ostały na placu boju. Tytułem równania w dół chcą wszystkich – wszystkie – doprowadzić do tego stanu, w którym się oni sami – one same – znajdują. Rodzice powinni być dobrze zorientowani w tym, o czym seksuologia współczesna obszernie się rozpisuje – jakie ma znaczenie pierwszy stosunek płciowy. Że zostaje on wpisany w człowieka prawie jak model, że każdy następny będzie z nim porównywany. Że będzie obciążał późniejsze współżycie małżeńskie. I to młodzieży należy uświadomić. Bo nikt im tego nie powie. I decydują się na ten pierwszy stosunek czasem z byle kim, czasem byle tylko mieć „to” już za sobą, czasem pod wpływem pierwszego wrażenia, pod wpływem zamroczenia alkoholem, by nabrać odwagi w podjęciu tego kroku.
     Kolejnym takim tematem – moda, tematem – psychoza, który pojawia się wśród młodzieży, jest „odkrycie”, że stosunki seksualne potrzebne są „dla zdrowia”. Albo – na tej samej zasadzie: że samogwałt potrzebny jest „dla zdrowia”. I o tym rodzice powinni sobie porozmawiać kiedyś ze swoim dzieckiem. Trzeba mu wyjaśnić, że to jest po prostu nieprawda. Organizm sam sobie radzi. To są polucje nocne – gdy chodzi o chłopców. A przy tej okazji warto by poruszyć sprawę higieny psychicznej od tej właśnie strony. Bo to jest umiejętność decydująca niejednokrotnie o całej przyszłości. Przede wszystkim małżeńskiej, ale i zawodowej, o możliwościach prawidłowego rozwoju intelektualnego, o dalszym wykształceniu. Jakże to często bywa, że chłopiec czy dziewczyna napakuje sobie głowę „takimi sprawami”. Nie zdając sobie sprawy, jak to jest destrukcyjne dla psychiki, każdą „taką” szmatławą gazetę łapie do ręki, w ilustrowanych tygodnikach szuka „takich” zdjęć, w książkach wynajduje tylko „takie” fragmenty, w rozmowach nie schodzi z „takich” tematów, w filmach ważne są tylko „takie” sekwencje. Ale skutki dają o sobie znać: kuleje nauka, brak uwagi na lekcjach, niemożność skupienia się na temacie opracowywanego zadania. Musisz swojemu dziecku tłumaczyć wielekroć, na rozmaitych etapach jego dorastania, żeby nie robiło ze swojej głowy kosza na śmieci, żeby uważało, co bierze do rąk: jakie teksty, jakie ilustracje, żeby umiało sobie dobierać towarzystwo również pod tym względem. A to wszystko na to, aby wyrosło na normalnego człowieka – aby weszło kiedyś w małżeństwo jako normalny człowiek.

 
     

strona: ...[45]  [46]  [47]  [48]  [49]  ...