Biblioteka
HISTORIA KOŚCIOŁA
strona 47

 


PIERWSZA WOJNA ŚWIATOWA

 
     Aż przyszła pierwsza wojna światowa. Gdyby spytać ówczesnych władców, którzy decydowali się na rozpoczęcie tej wojny, jak sobie wyobrażają jej wynik, niewątpliwie żaden  z nich, przy najbardziej bujnej fantazji i biorąc najbardziej nieprawdopodobne warianty pod uwagę, nie potrafiłby podać nawet w przybliżeniu obrazu Europy i obrazu świata, który się wyłonił po jej zakończeniu. Tu nawet nie chodzi o powstanie nowych państw, o nowe ich granice, ale o zmianę psychiki ludzi. Nawet nie Europy, ale całego ówczesnego świata. Aż trudno uwierzyć, że dokonało się to w tak krótkim okresie czterech lat, ale bo i wydarzenia, które w tym krótkim czasie się rozegrały, miały monstrualne wymiary. Wojna pozycyjna, kiedy naprzeciw siebie leżały w okopach miliony ludzi, gnijąc w błocie na wiosnę i w jesieni, marznąc w zimie. Gigantyczne operacje wojskowe, w których uczestniczyły setki tysięcy ludzi. Wciągnięcie do machiny wojennej całego zaplecza ciężkiego przemysłu. Zastosowanie najnowszych wynalazków techniki, używanie najbardziej wymyślnych sposobów zabijania i unieszkodliwiania człowieka: pierwsze samoloty wojskowe i bombardowania z samolotów, pierwsze czołgi, pierwsze łodzie podwodne, gazy trujące.
     Miliony zabitych żołnierzy, miliony rannych i kalek, lazarety frontowe i szpitale, które nie były w stanie sprostać tej fali potrzeb, braki wśród personelu szpitalnego, brak lekarzy, brak pielęgniarek. Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc narastająca nienawiść, wyzwalające się okrucieństwo i bestialstwo, gwałty, rabunki, mordowanie ludności cywilnej, niszczenie dobytku materialnego wsi i miast, niszczenie dorobku kulturalnego narodów, pogrążanie się ludności w coraz większą nędzę, głód, szerzące się epidemie – a wszystko to, jak zawsze w okresach klęski, najbardziej dotykało ludzi najbiedniejszych.
     Do tego trzeba dodać fakt wciągnięcia w wojnę ludów kolorowych, zamieszkałych w koloniach mocarstw zaangażowanych w wojnę – ludów wychowanych niejednokrotnie w zabobonnym strachu i szacunku dla białego człowieka, które teraz przekonywały się, że mogą i muszą do niego strzelać, zabijać go, że ginie tak samo jak oni, że boi się tak samo jak oni – że jest takim samym człowiekiem jak oni.
     W miarę upływu lat wojny rosła – przede wszystkim wśród żołnierzy, ale i wśród ludności cywilnej – świadomość przerażającego bezsensu tego, co się dzieje, bezsensu śmierci tych milionów ludzi, bezsensu pieniędzy wyrzuconych na zbrojenia, bezsensu niszczenia dorobku, na który pracowały wieki całe. Rosła świadomość, że to wszystko trzeba co prędzej zakończyć. Równocześnie narastała potrzeba odpowiedzi na pytanie: dlaczego do tego doszło?
     Szerokie masy były coraz bardziej świadome, że najwyższy czas zakończyć to wzajemne mordowanie się i dojrzewały do przejęcia w swoje ręce losu państw Europy i świata.
     Wobec tych wszystkich kosmicznych nieszczęść, cierpień i tragedii wracała hierarchia wartości, opadało wszystko, co było pozorem, bezduszną formą, atrapą, za którą nic nie stało. To był czas, kiedy sprawdzali się ludzie sami przed sobą i przed innymi. Okazywało się, co jest dla nich prawdziwą wartością, co im pomaga przetrwać najgorsze tragedie, co ich trzyma w obliczu podstawowych praw życia i śmierci – ile jest warta ich ideologia i światopogląd, ich religia.
     Wreszcie nadszedł koniec tej bezsensownej wojny, powrót milionowych rzesz do zniszczonych domów albo tylko do miejsc, gdzie stały domy, do ludzi im bliskich, wciąż jeszcze przerażonych okropnościami, na które patrzyli, albo też tylko do grobów tych ludzi. Wobec tej katastrofalnej ruiny, w której się Europa po zakończeniu wojny znalazła, trzeba było zacząć nowe życie, wznosić z powrotem domy, zakładać instytucje, nawiązywać kontakty międzyludzkie. Ale ludzie nie chcieli tego robić ze świadomością, że to wszystko, co teraz pieczołowicie sklejają, zostanie zmiecione w kolejnym kataklizmie.
     Wracający z frontu byli przekonani, że tych doświadczeń, które niosą w sobie, nie można nie uwzględnić w budowaniu nowego życia, że trzeba z nich wyciągnąć wszystkie konsekwencje.
     Chrześcijanie chcieli doświadczenia z czasu wojny wykorzystać w czasie pokoju. Pytania, które wynieśli z tamtych tragicznych dni: co to znaczy wierzyć, co to jest religia, co znaczy być chrześcijaninem – stają się pytaniami najważniejszymi. W teologii chrześcijańskiej pojawia się nurt, który można by określić krótko: „powrót do źródeł”. Teologowie, usiłując odpowiedzieć na tamte pytania, poczęli stawiać sobie pytania pomocnicze: jak wierzyli pierwsi chrześcijanie – apostołowie, uczniowie apostołów i ich najbliżsi następcy. I tak rozwinęła się ogromna praca nad dokumentami, które pozostały z tamtych czasów: nad samym Pismem Świętym i nad pismami Ojców Kościoła.
     Równocześnie powstają pierwsze próby budowania teologii „dla ludzi”: mówienia o sprawach Bożych językiem ludzi współczesnych, tłumaczenia prawd objawionych przy pomocy pojęć obiegowych, a nawet szerokiego stosowania „świeckich” systemów filozoficznych do interpretacji teologicznych. Oczywiście nie zawsze udawały się te próby, a nawet gdy się udawały, nie zawsze były przychylnie oceniane.
     Z „powrotem do źródeł” związany jest też rozwijający się ruch odnowy liturgicznej.
     Rzecz charakterystyczna dla czasów międzywojennych: zmienia się stosunek polityków poszczególnych państw europejskich do Kościoła. Czynniki rządzące zaczynają traktować go jako element sprzyjający normalnemu życiu narodu. Powoli układają się stosunki pomiędzy rządem włoskim a Watykanem.

*

     W trzy dni potem mieli o świcie rozpocząć atak. Ksiądz Smith odprawiał mszę o trzeciej nad ranem w ziemiance majora. Miał na sobie szaty, które wyhaftowała mu matka de la Tour. Ornat złoty po jednej stronie, bo złoty kolor nadawał się na wszystkie święta i okazje, i czarny po drugiej, jako że wciąż trzeba było odmawiać requiem, tylu biednych chłopaków traciło życie.
     Większość katolików z batalionu przyszła na mszę i przystępowała do komunii świętej. Ksiądz Smith słuchał ich spowiedzi, bowiem nie wszyscy byli tak dobrzy, jak być powinni, ze względu na czerwone wino w „estaminetkach”, na dziewczęta i na wszystko inne. Ponieważ było ich około pięćdziesięciu, ksiądz musiał zacząć dość wcześnie – o wpół do drugiej mówiąc dokładnie – co dawało dwie minuty czasu na każdą spowiedź.
     Skrzyni, na której siedząc słuchał spowiedzi, ksiądz użył jako ołtarza, stawiając na niej portatyl, dwie świece i krucyfiks. Gdy odwrócił się i ujrzał w nikłym blasku świec surowe twarze modlących się w skupieniu mężczyzn, odczuł, że tak właśnie powinna być odprawiana msza: w wielkiej ciszy i w pobliżu śmierci. Nie było dzwonka, w który można by uderzyć na Sanctus, więc major stukał łyżeczką w blaszaną menażkę, co brzmiało zupełnie nabożnie. Jeszcze nabożniej nawet zabrzmiało przy Podniesieniu, gdy Chrystus znów wcielał się w Hostię i drżał w cieniach wina. Modląc się ponad tajemnicą ksiądz Smith dziękował wielkiemu, dobremu Bogu za ten jeden niezawodny mały cud, który zgodnie z Jego obietnicą trwać miał na zawsze, aby ludzie oderwać się mogli od swych grzechów i przylgnąć do jasnych spraw nieba. Potem znalazł się wśród żołnierzy, wprowadzając Boga do przybytków ich serc, aby byli oczyszczeni z wielkiej zgnilizny i zgorszenia tego świata i mogli Go poznać, gdy uśmiechnie się do nich w raju.
     Zdjąwszy szaty ksiądz Smith wyszedł zaraz z ziemianki, by złożyć swe dziękczynienie wśród ułożonych w stosy zimnych worków z piaskiem.

Bruce Marshall, Chwała córy królewskiej


 

strona: ...[45]  [46]  [47]  [48]  [49]  ...