Biblioteka
POKOCHAĆ ŻYCIE
strona 1

     TWÓJ ADWENT

 

     Tkwić w ciemności adwentowego świata. W szaleństwach nienawiści, wojen, terrorystycznych zamachów, wybuchających bomb, min, wylatujących w powietrze samochodów. W fanatyzmie, szowinizmie, nacjonalizmie poszczególnych narodów czy grup narodowościowych. W przemocy, wyzysku, uciskaniu, wykorzystywaniu jednych narodów przez drugie, manipulowaniu nimi. W balansowaniu tego świata na linie wojny nuklearnej. W wydatkowaniu na cele wojenne astronomicznych sum, gdy równocześnie ludzie wymierają z głodu, a przynajmniej degenerują się z niedożywienia. W szaleństwie wojen gospodarczych, w rosnącej gwałtownie spirali konkurencji, w narastającej dysproporcji pomiędzy ludźmi bogatymi i biednymi, pomiędzy narodami opływającymi we wszystkie zdobycze nowoczesności i narodami żyjącymi w prymitywnych warunkach czasów zamierzchłych. Tkwić w świecie, gdzie wzrasta liczba bezrobotnych: zwalniani są z przedsiębiorstw wieloletni pracownicy, młodzież po szkole nie jest w stanie uzyskać zatrudnienia. Tkwić w świecie, gdzie rośnie przestępczość, morderstwa, rabunki, napady, gwałty, kradzieże. Gdzie rośnie ilość alkoholików, narkomanów, psychicznie chorych, znajdujących się na pograniczu normalności, wyobcowanych, sfrustrowanych, załamanych, samotnych, zamkniętych w czterech ścianach swojego smutnego życia.
     Tkwić w ciemnościach adwentowego świata zabarykadowany w twierdzy swojego mieszkania. Schronić się w porcie swojego domu, do którego zdążyłeś dotrzeć ostatkiem sił, przed wichrami, które tobą miotały, przed falami sztormowymi, które zalewały ci twarz. Płoszony rykiem przelatujących obok ciebie samochodów. Umęczony przepychaniem się przez obojętne tłumy, poganiany przez opętanych pośpiechem kierowców. Zanudzony do obrzydliwości gigantycznymi plakatami, na których ulizane twarze albo nieprawdziwe kolorowe przedmioty z reklamowymi napisami. Wyrwać się z kipieli domów towarowych, do których wstąpiłeś, aby porobić obiecane zakupy, z których zawsze wychodzisz umęczony i smutny. Uciec do domu, azylu normalności, przestraszony dziwnymi ludźmi, których spotkałeś po drodze. Uciec przed tłumem nieustępliwym, obojętnym. Nie widzieć twarzy złych, agresywnych, ironicznych, bezczelnych, chamskich, prymitywnych, które na ciebie nałaziły. Nie być poszturchiwanym, popychanym, popychającym, roztrącanym, roztrącającym. Uciec przed złością ludzką, przed złością własną. Od gwaru ludzkiego. Skulić się w sobie, zamknąć się jak ślimak w skorupie, która by cię ochroniła przed niebezpieczeństwami, nie przepuściła głosu zagrożeń.
     Ale ten świat przyszedł za tobą. Słyszysz go przez okna, przez ściany, wciąż groźny, obcy, niebezpieczny. Wszedł do twojego domu. Wniosłeś go gazetami pełnymi zabójstw, morderstw, kradzieży, napaści, rabunków, gwałtów, oszustw, malwersacji, łapownictwa. Wchodzi do twego domu dziennikami telewizyjnymi, reportażami, które pokazują walczących i zabitych, zamordowanych i morderców, oszustów z twarzami spokojnych urzędników, dotąd szanowanych i nieskazitelnych, filmami telewizyjnymi, które cię straszą jeszcze długo w noc. W chwilach łaski odkrywać w sobie mrok, chciwość, pazerność, egoizm, interesowność. Przekonywać się, jak bardzo należysz do tego świata, jak ten świat zła, zbrodni, chciwości i nienawiści jest obecny w tobie, jak jesteś nim zarażony, tak jak on opętany grą, wczepiony w walkę z przeciwnikami, zaangażowany w handel, który się dzieje. Ze smutkiem stwierdzać, że ten świat jest w twoich domownikach. Oni też nim zarażeni tak jak ty. Czujesz go w ich agresywności, która nagle wybucha, w interesowności, która pojawia się niespodziewanie, w ich wygodnictwie, gdy zwalają na ciebie swoje obowiązki i niechętnie podejmują nowe. Boisz się tego świata. Rośnie w tobie strach przed nim, że tak blisko podszedł, już na wyciągnięcie ręki, pod samo gardło. Zanim jeszcze zaśniesz, barykadujesz się przed nim, żeby nie wtargnął do twojego domu, żebyś nie zginął z ręki jakiegoś bandyty. Zabezpieczasz drzwi wymyślonym przez ciebie systemem zamków. Upewniasz się, czy okna pozamykane. Wreszcie możesz zasypiać, aby śnić wyspy szczęśliwe, morza turkusowe, piaski nadmorskie, ludzi przyjaznych, przyjaciół serdecznych, miasta spokojne. Domy-przystanie. Śnić ucieczki, zagrożenia od wszystkich, przeraźliwą samotność i opuszczenie, wspinanie się na niedostępne skały, pod którymi otwarte przepaście, wchodzić po schodach stromych do niemożliwości, drapać się po drabinach sznurowych, po linach, wisieć na nich rozciągnięty na oczach obojętnych, pogardliwych tłumów. Schodzić w dół po usuwających się spod nóg kamieniach, gdy nie ma gdzie nogi postawić, gdy otchłanie pod tobą coraz bardziej bezdenne. Budzić się przerażony, spocony, z krzykiem przestrachu, długo nie wierząc, że to był sen. Gorączkowo świecić światło, włączać radio, by się przyprowadzić do przytomności.
     Czekać w ciemności adwentowego świata. A może znowu stanie się taki cud jak wtedy. Niebo otworzy się nad placami miast i skrzyżowaniami autostrad. Aniołowie zaśpiewają nad neonami reklam i światłami kierującymi ruchem. Rozlegnie się głos: "Oto zwiastuję wam radość wielką. Dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan" (Łk 2,11). Jego gwiazda zaświeci nad naszymi miastami i wsiami. I będą szli ludzie za nią, tak jak szli Mędrcy ze Wschodu, aby zrozumieć Jego naukę o miłości. I człowiek stanie się dla człowieka bratem. Witał go będzie uśmiechem. Pomagał mu będzie w każdej potrzebie. Będzie można chodzić bezpiecznie po ulicach, tak w dzień jak w nocy. Ustaną wojny i walki, znikną druty kolczaste na granicach państw.
     Czekać w ciemności adwentowego świata. A może stanie się cud - zajaśnieje w tobie światło Jego sprawiedliwości, opadną skorupy zła, fałszu, brzydoty, powrócisz do swojej prostoty, do swojej normalności. Popatrzysz na ludzi z miłością. Nawet na tych, którzy ci nieprzyjaźni, wrodzy, którzy w życiu skrzywdzili cię tyle razy. Popatrzysz na nich z miłosierdziem, że w nich tyle przewrotności, chciwości. Modlić się będziesz za nich. A może stanie się cud i zaczną i oni być normalnymi ludźmi.


strona: [1]  [2]  [3]  ...