Biblioteka
DRUGIE ŻYCIE KAROLA WOJTYŁY
strona 11


Przyjaźń
 

Wychodząc rano z Collegio, napotkałem przed drzwiami kobietę z mężczyzną. A miałem zamiar wyjść na miasto i pożegnać się z Rzymem. Teraz wiem, że nic z tego.

 

     - My do księdza Malińskiego.
     - To jestem ja.
     - Cudownie się składa. Tylko widzimy, że ksiądz wychodzi. Spieszy się ksiądz? Jesteśmy dziennikarzami, chcieliśmy zadać księdzu parę pytań. 
     - Miałem iść żegnać się z Rzymem. Z tego wynika, że trzeba będzie odłożyć to na później. Chodźmy do ogrodu.
     - Czy to prawda, co napisano w jednym z tygodników o księdzu, że ksiądz zawdzięcza Papieżowi swoją karierę?
     - Karierę? - zapytałem zdziwiony. - Nie pamiętam, żeby coś takiego zaistniało w moim życiu. Nie jestem ani kanonikiem, ani prałatem, ani infułatem, ani biskupem, ani profesorem.
     - Byliście przyjaciółmi od 1940 roku. I dokąd to trwało?
     - Trwa to do dziś i, na ile mogę powiedzieć, tak będzie zawsze.
     - Jednak potem Wojtyła był przełożonym księdza.
     - Tak. Był najpierw biskupem pomocniczym w Krakowie. Potem arcybiskupem Krakowa, czyli bezpośrednim przełożonym.
     - Czy można mówić w takim układzie o przyjaźni?
     - Pamiętam, jechaliśmy samochodem przez krakowskie Aleje Trzech Wieszczów - to było wkrótce po otrzymaniu sakry biskupiej - powiedziałem do Karola: "Tylko nie chcę, byś mnie popierał w jakikolwiek sposób".
     - I zgodził się z tą propozycją?
     - Mogę powiedzieć, że sprawdził się pod tym względem w zupełności.
     - Może ksiądz podać jakiś przykład?
     - Bardzo proszę. Myślałem nie o karierze, ale o nowej, zupełnie innej pracy. 
     - Cóż to miało być?
     - Zgłosiłem się do księdza biskupa Wojtyły z "propozycją nie do odrzucenia": "Chciałbym zrobić studia reżyserii filmowej w Łodzi".
     - A skąd nagle taki pomysł?
     - To nie był nagły pomysł, bo towarzyszył mi od dawna. Tylko z nim się nie zdradzałem.
     - Próbował ksiądz coś robić w tej materii?
     - Usiłowałem upewnić się w nim. Odnalazłem w Rabce reżysera dokumentalistę o nazwisku Kaden. Zaproponował mi towarzyszenie na planie zdjęciowym.
     - Przy tylu obowiązkach, które ksiądz wykonywał?
     - Wykorzystywałem fragmenty wakacji. I w ten sposób byłem którymś pomocnikiem reżysera w paru dokumentach i w paru fabułach. I czułem, że potrafię coś zdziałać.
     - Jak zareagował ksiądz biskup?
     - Karol popatrzył na mnie zdumiony: "Co ci chodzi po głowie?" Odpowiedziałem: "Trzeba kręcić katolickie filmy. I to trzeba robić fachowo, nie uznaję amatorszczyzny. Trzeba skończyć studia".
     - Co na to Wojtyła?
     - Usłyszałem odpowiedź: "Jestem przeciw. Obecnie potrzebujemy dobrych katechetów. Ty robisz to bardzo dobrze. Jeżeli chodzi o kręcenie filmów katolickich, to wiesz, że to nierealne. Władze komunistyczne na to nie pozwolą". "Przecież komunizm nie będzie wiecznie trwał, wreszcie się skończy" - argumentowałem. Odpowiedział: "Kto wie, kiedy, Na razie potrzebujemy dobrych katechetów. Zresztą to nie ode mnie zależy, tylko od arcybiskupa Baziaka, ale wiedz o tym, że arcybiskup spyta mnie o moje zdanie na ten temat. Odpowiem negatywnie".
     - Nie miał ksiądz żalu do niego, że nie przystał na księdza prośbę?
     - Chyba tak, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że dla niego, jako biskupa, ważniejsze jest aktualne dobro diecezji niż niepewna przyszłość.
     - I na tym się sprawa zakończyła?
     - Jeszcze był finał, ale po latach. Kiedy Karol, już jako Jan Paweł II, zaproponował mi, żebym się zajął telewizją i filmem watykańskim, odpowiedziałem, że nie jestem do tej roboty przygotowany. A więc kariery nie zrobiłem. I całe szczęście.
     - Jednak to nie był jedyny konflikt księdza z Wojtyłą.
     - Kiedyś w czerwcu przyszło zawiadomienie, że mam objąć stanowisko wikarego u Świętego Szczepana w Krakowie.
     - Po ilu latach?
     - Po 11 latach pracy w Rabce. Uśmiechnąłem się do siebie, bo mi się przypomniało, że gdy po święceniach kapłańskich żegnałem się z seminaryjnym ojcem duchownym, księdzem Stanisławem Smoleńskim, on westchnął i powiedział mi: "Nie wiem, gdy wytrzymasz w Rabce pół roku, to będzie dobrze. Ty, taki mieszczuch krakowski". A więc przeniesiono mnie z ukochanej Rabki do mojego Krakowa, o którym zapomniałem.
     - A w Krakowie?
     - Jak w Krakowie. Na początku ksiądz biskup Karol Wojtyła powiedział, że mam między innymi zacząć prowadzić duszpasterstwo studentów. Bo choć są kościoły z rozwiniętym duszpasterstwem akademickim, takie jak na przykład Święta Anna, Święty Florian, dominikanie, misjonarze na Czarnej Wsi, jednak to nie wystarcza i należy również rozpocząć duszpasterstwo studentów u Świętego Szczepana. A więc zacząłem. Były konferencje raz w tygodniu, z dyskusją, w kaplicy Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Były msze święte niedzielne z minikazaniem o godzinie 9.oo. I były telefony.
     - Jakie telefony?
     - Z Kurii. Raz w tygodniu, w poniedziałki. Żebym się zgłosił do księdza biskupa Karola Wojtyły, który zaczynał rozmowę pytaniem: "A cóżeś ty znowu mówił w ostatnią niedzielę na kazaniu?". Usiłowałem je powtórzyć, z większym czy mniejszym szczęściem. Karol podsumowywał: "Właściwie to jest w porządku. Tylko język inny". Radził mi: "Pisz kazania, zanim przystąpisz do ich wygłoszenia. Idź z nimi do któregoś z profesorów, choćby do księdza profesora Mariana Michalskiego, masz z nim dobry kontakt. Niech ci wygładzi ostrości". Odpowiedziałem: "Tylko sęk w tym, że ja piszę kazanie nie przed wygłoszeniem, a po wygłoszeniu.
     - I ustąpił?
     - Ustąpił. Bo tak sobie myślę, że on potrafił zachować przyjaźń, pozostając przełożonym. Przecież przyjaźń opiera się na zaufaniu, na elementarnym przekonaniu, że przyjaciel jest człowiekiem odpowiedzialnym i nie zrobi żadnego głupstwa.


 

strona: ...[9]  [10]  [11]  [12]  [13]  ...