Biblioteka
A GDY SIĘ MODLIĆ BĘDZIECIE
strona 4

 

Święć się imię Twoje

 
Nasza tęsknota za pierwotną czystością, niewinnością, niepokalanością. Za utraconym światem dzieciństwa – za pierwotną wrażliwością, prostotą, kiedy potrafiliśmy tak cieszyć się, kochać, śmiać się. Żeby ktoś okrył nas białą szatą jak śnieg ziemię. Żeby nas ktoś obsypał puchem kwiatów jak wiosna jabłonie. Żeby ktoś włożył na nasze ramiona szatę godową.
 Ale to niemożliwe. Za dużo zjedliśmy owoców zakazanych. Za dużo zdobyliśmy wiadomości z drzewa dobrego i złego. Nie da się zawrócić rzeki do źródła. Jedyną człowieczą drogą jest świętość. To już nie naiwność. To już nie dzieciństwo. Ale to świadomy wybór drogi.
 I obsypiesz się śniegiem kwiatów. Przyodziejesz się w szatę godową. Wybielejesz nad śnieg.
 

Powrócić do pierwotnej świętości, gorliwości? Do tych chwil, kiedyś czuł, że wierzysz, że miłujesz, że ufasz? Bezgranicznie, na zawsze, na całe życie, w każdej okoliczności?
 Jak powrócić? Przecież jesteśmy jak celnicy, jak nierządnice. Za dużośmy widzieli. Za dużo słyszeli. Za dużo zła uczyniliśmy. Każdy z nas stanął nad większą czy mniejszą przepaścią, ale dokładnie już i wystarczająco tak głęboką, że zobaczył w niej – swoją złość, przewrotność, podłość. Nad taką przepaścią, żeś się siebie przestraszył.
 

Czyś ty już kiedyś wchodził na szklaną górę? Czy już przeżyłeś kiedyś taką sytuację, że czegoś chciałeś za wszelką cenę, że ci na czymś ogromnie zależało i zaangażowałeś się całkowicie, i zmobilizowałeś wszystkie swoje możliwości, wszystkich swoich znajomych, i wydarłeś z siebie wszystko, na co cię tylko stać?
Czyś ty już kiedyś wchodził na szklaną górę? Choćby raz. Bo dzięki temu się tworzysz, kształtujesz, budujesz. Bo tylko wtedy stajesz się, realizujesz się.
A jeżeli tak, to spróbuj uświadomić sobie – Bogu: co to było, o co chodziło? Na czym ci tak zależało? Czy były sprawy wielkie: jakiś pomysł, idea, dzieło święte, Boże, ludzkie, które przyniosło dużo dobra? A może to były po prostu twoje pieniądze, wygoda, zazdrość? O co chodziło? Co cię zbudowało? Co cię ukształtowało? Kim się stałeś?
 

Trzeba mieć dobre oczy, żeby kochać ludzi; trzeba dobrymi oczami patrzeć na ludzi; trzeba z dobrocią patrzeć na ludzi. Bo tylko wtedy dostrzeżesz dobro w każdym, także najgorszym, człowieku. Często przywalone stosami śmieci, ale przecież dobro, którego żal, że nierozwinięte, przerosłe chwastami głupstw i złości, nawet względem ciebie. A to już jest miłość. Od tego punktu tylko krok, żeby pomagać, ratować, wyprowadzać ze ślepej ulicy.
 

Jesteśmy kapłanami. Każdy z nas. To ty sam siebie Bogu składasz w ofierze. I On osobiście przyjmuje. Nie za pośrednictwem księdza czy nawet Kościoła. Z Bogiem jesteś w nieustannym dialogu, w kontakcie, w łączności. On sam jest twoim odbiorcą, rozmówcą, partnerem – Ojcem. Wobec Niego bierzesz odpowiedzialność za swoje słowo, za swoją decyzję, za swój czyn.
 To po co księża sakramentalni? Po to, by ci to powiedzieć, że jesteś kapłanem. By wciąż to wyjaśniać, by cię pouczać, co to znaczy i jak to realizować. By ci pomagać, a więc i by dla ciebie sprawować sakramenty. Ale nawet wtedy oni nic za ciebie nie potrafią zrobić – ani żałować za grzechy w sakramencie pokuty, ani jednoczyć się z Jezusem w Eucharystii. Bo to ty jesteś kapłanem.
 

Tak jest człowiek ukształtowany, że każdy ma swojego Mojżesza, każdy ma swojego proroka, którego słucha. W drobnych sprawach , jak i dużych, w powszednich, jak i od wielkich dzwonów. Tylko pozostaje pytanie: Czy twój Mojżesz jest prawdziwy? Czy to nie fałszywi prorocy?
 I ty jesteś prorokiem. I ty jesteś Mojżeszem. Masz ludzi, którzy cię słuchają i idą za twoim głosem. W błahych sprawach i poważnych, w codziennych i kluczowych. Tylko pozostaje pytanie: Czy jesteś prawdziwym, czy fałszywym prorokiem?
 

Nieszczęściem jest, kiedy naród nie słucha swoich proroków, kiedy naród kamienuje swoich proroków i krzyżuje. Ale największym nieszczęściem jest, gdy naród nie ma swoich proroków. Gdy nie ma tych, którzy lepiej widzą, więcej wiedzą, bardziej chcą. Gdy nie ma swoich autorytetów, swoich wzorców. Taki rozproszony naród łatwo skłócić, łatwo zniszczyć.
 Najgorzej jest, gdy naród nie ma swoich proroków. I dlatego w państwie żydowskim – które w jakiś sposób jest prototypem wszystkich państw – królowie, którzy chcieli, aby ich obywatele byli ślepo posłuszni, więzili proroków, zabijali albo likwidowali ich oszczerstwami, kłamstwami. Bo wiedzieli, że dotąd nie mają władzy, dopóki poza nimi ktoś inny jest sumieniem ich ludzi.
 Szanujmy swoich proroków. Bez nich nie ma jedności, nie ma narodu.
 

Tak bardzo potrzebujemy Janów Chrzcicieli, którzy by nam powiedzieli prawdę, i to we wszystkich dziedzinach. Od religijnych aż po prawdę społeczną, gospodarczą, ustrojową. Bo błąkamy się we mgle i ciemności, po bagnach i manowcach, zwodzeni fałszywymi ognikami, bo straszą nas wampiry, zwidy, majaki. Tak bardzo potrzebujemy Janów Chrzcicieli, którzy by wezwali nas do pokuty za popełnione grzechy głupoty, powierzchowności, rozpaczy, rezygnacji, poddania się, obojętności, lenistwa.
 Tak bardzo potrzeba, żebyś sobie poszukał Janów Chrzcicieli, którzy by cię obudzili z marazmu, z zastoju, aby zadrgało ci serce, aby rozbłysły ci oczy, abyś się napełnił nadzieją na lepsze jutro, wiarą, że życie ma sens.
 

I dzisiaj jest wielu Janów Chrzcicieli. Cu nie uginają się jak trzcina pod wiatrem i nie dbają o drogie szaty, i nie biegną kłaniać się nowym mesjaszom, którym należy się kłaniać, jeżeli człowiek chce długo żyć i żeby mu się dobrze powodziło.
 I dzisiaj żyją Janowie Chrzciciele, którzy maja swoje zdanie i nie ulegają żadnym pogróżkom ani obiecankom, ale trwają przy swoich przekonaniach i pełnią służbę Bogu i ludziom w ciężkiej, codziennej pracy, będąc przekonani, że to stanowi istotny sens ich życia. I dzisiaj są Janowie Chrzciciele.
 Patrzymy na nich – na tych wielkich, znanych całemu światu, ale i na tych małych, żyjących obok nas, może tuż za ścianą – z podziwem, że też tak potrafią, że też tak nie boją się, że się nie zeszmacili, że się przez tyle lat nie zaparli siebie.
 A ile w tobie jest Jana Chrzciciela? Bo już przeżyłeś niejedno. Niejednemu kazano ci się kłaniać, w oczy miękko patrzeć i o łaskę prosić.
 Ile w tobie jest Jana Chrzciciela?
 

Ewangelia jest kamieniem szlachetnym, który potrafi zalśnić nagle nowym światłem, kolorem przejmującym, kształtem niespodziewanym. Ewangelia jest skarbcem najdroższym, do którego jesteś czasem zapraszany, w którym odkrywasz nowe wspaniałości. To może się zdarzyć przy jej czytaniu, słuchaniu albo całkiem nieoczekiwanie zadrży w tobie dawno zasłyszana przypowieść, zdanie, słowo – i już wiesz, rozumiesz. Stajesz się tym, który przeżywa kolejne wtajemniczenie w prawdę. W jej świetle widzisz na nowo ludzi, siebie, świat, Boga. Teraz już nadziwić się nie możesz, że tyle lat potrafiłeś obchodzić się bez niej, bez niej żyć. Nadziwić się nie możesz, że dopiero teraz tę prawdę odkryłeś, a przecież znasz ten tekst na pamięć, słyszałeś go tyle razy.
 I choć ci się zdaje, że to objawienie wystarczy ci do końca życia, to przecież za jakiś czas, a może już za chwilę, doznasz kolejnego olśnienia. Zależy to od tego, co zrobisz z poprzednim darem: czy pójdziesz za wskazanym światłem, czy wprowadzisz w życie to, coś zrozumiał.
 

Ewangelia święta to bardzo mała książeczka. Może czytać ją każdy człowiek. Nawet najprostszy, najbardziej prymitywny. A nawet jeżeli nie umie czytać, to można mu przeczytać i zrozumie. Zdumiewająca jest prostota tych tekstów. Bo prawda jest taka prosta. Cala nadzwyczajność w niej polega na tym, że Ewangelia, jak każda prawda, jest wielopłaszczyznowa. Patrząc w nią jak w diament, jak w kroplę rosy, jak w łzę, można w niej widzieć wszystko. Świat i siebie. Do końca, do najgłębszego zakamarka swojego serca, do najskrytszych swoich myśli i pragnień. Byłeś tylko chciał w nią patrzeć.
 

Ewangelia święta była dla ówczesnego świata rewolucją. Rewolucją człowieczą – rewolucją niosącą prawdę o godności człowieka, o wolności człowieka, o wyzwoleniu człowieka. Jej manifestem jest tekst o końcu świata, na którym Król oświadczy stojącym przed Jego sądem: Byłem głodny, nagi, chory, w więzieniu, a wy przyszliście – albo nie przyszliście – mi z pomocą. Kluczem do zrozumienia tego manifestu jest zdanie: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Ewangelia święta przetwarzała Żydów, Greków, Rzymian i barbarzyńców – całą Europę, potem cały świat.
 I tak doszliśmy i my do niej – i tak ona doszła do nas. Ale czy doszła? Czy Ewangelia działa w nas na zasadzie permanentnej rewolucji? Czy wpływa istotnie na nasz stosunek do ludzi?
 

A my mamy Ewangelię, tajemniczą księgę, stanowiącą klucz do zrozumienia pierwszej księgi, jaką jest Biblia Starego Testamentu. A my mamy Ewangelię, tajemniczą księgę niosącą Słowo Boże – będącą Słowem Bożym. A my mamy Ewangelię, przez którą, w której spotykamy się z Jezusem, Słowem Ojca – Synem Ojca, na to, abyśmy się sami stali synami Bożymi.
 Tylko trzeba z nią obcować – trzeba z Nim obcować przez czytanie Ewangelii. Tak w oryginale, jak i w refleksjach, w esejach, w poezji, prozie, w komentarzach tych, którzy przed tobą zafascynowali się Ewangelią, również i tych, którzy idą obok ciebie urzeczeni jej prawdą i chcą się nią podzielić z tobą jak chlebem. Trzeba z nią obcować – trzeba z Nim obcować – przez uczestniczenie w obrzędach liturgicznych Kościoła, wśród których najważniejsza jest Msza święta. Trzeba z nią obcować – trzeba z Nim obcować – w roku liturgicznym, który się rozwija przed tobą, w tobie, jak twoje życie: z narodzeniem, wiekiem dojrzałym, śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa.
 

Jezus liczy wciąż, że ktoś Go usłyszy, zrozumie, że ktoś się Jego nauką zachwyci. Bo Ewangelią trzeba się zachwycić: prawdą o Bogu, który kocha każdego. Prawdą o ludziach, którzy są twoimi braćmi. Prawdą o świecie, do którego należysz, a w którym On jest obecny. Prawdą o tobie, który jednoczysz się z Nim, gdy idziesz drogą miłości i mądrości.
 Trzeba się zachwycić Ewangelią: wolnością, jaką przed tobą rozpościera. Pokojem, jaki ci gwarantuje. Odpowiedzialnością za życie, której od ciebie wymaga. Bezinteresownością, do której cię wzywa. Wyzwalaniem się z nienawiści. Wymiarem człowieczeństwa, które możesz osiągnąć.
 Trzeba się zachwycić prostotą Ewangelii i jej poezją, głębią, jej rozwiązaniami i przypowieściami.
 Tylko czy to nie za wysoka poprzeczka? Czy Ewangelia nie jest dla romantyków, utopistów, marzycieli, a przynajmniej dla wybranych? Jest dla wszystkich. Na taką miarę, na jaką jesteś w stanie nią się zachwycić. Jezus liczy wciąż, że Go usłyszysz, zrozumiesz, że się Jego nauką zachwycisz.
 

Dlaczego Narodzenie Jezusa stanowi taki ważny moment dla ludzkości?
 Czy to tylko dlatego, że to Syn Boży? Jezus w centrum świata postawił człowieka. Odrzucił obowiązujący dotąd schemat, że najważniejsze jest imperium, państwo, naród czy nawet lud wybrany. Za najważniejsze ogłosił człowieka. I to nie tylko wyłącznie cezara, faraona czy innego władcę, ale każdego człowieka, nawet najbiedniejszego. Dlatego narodził się w stajni, jako syn cieśli, z jakiegoś Nazaretu, leżącego w pogardzanej Galilei. Potem nauczał prawdy o godności człowieka – umiłowanego stworzenia Bożego – domagając się dla niego wolności.
 Ludzkość odchodziła wiele razy od tej prawdy, poddając się rozmaitym reżimom i systemom totalitarnym. Ale na końcu wciąż wracała do tego stwierdzenia, że najważniejszy jest wolny człowiek.
 

Poszli za Nim, który stanął w obronie Boga. Bo w tamtym czasie nauczano w Izraelu: przeklęci poganie, nieobrzezańcy i świniożercy. Przeklęci Samarytanie, którzy nie uczęszczają do świątyni jerozolimskiej. Przeklęci ubodzy, chorzy, ginący na krzyżu, bo ukarał ich Bóg za liczne grzechy ubóstwem, chorobą, przedwczesną śmiercią – gdyby byli uczciwi, stanąłby Bóg w ich obronie.
 Poszli za Nim, który głosił, że Bóg kocha nie Izraela, ale każdego Izraelitę, że kocha tak samo jak Izraelitę każdego Samarytanina, Greka, Rzymianina – każdego człowieka, pariasa tak jak arystokratę, biednego jak bogacza, chorego jak zdrowego, głupiego jak mądrego, grzesznika jak świętego – kocha każdego indywidualnie, osobiście, jak swoje dziecko najdroższe.
 Poszli za Nim, choć czatowano wciąż na Niego, aby Go zabić. Choć wywleczono Go z synagogi, aby Go zrzucić w przepaść, choć porywano się na Niego, by Go ukamienować, choć codziennie groziła Mu śmierć. Poszli, bo uwierzyli w takiego Boga, którego głosił, bo uwierzyli w Niego: Jezusa, który chciał zbudować królestwo miłości na ziemi.
 

Na ile ty jesteś chrześcijaninem? Na ile identyfikujesz się z Ewangelią świętą? Na ile twoje przekonania są identyczne z przekonaniami Jezusa – na 10 procent, na 20, na 50, na 80, na 100?
 Na ile jesteś chrześcijaninem? Na ile żyjesz Ewangelią? Na ile twoje życie identyfikuje się z życiem Jezusa? Na ile twoje postępowanie jest takie, jak postępowanie Jezusa? Na 10 procent, na 20, na 30? Boję się wyżej iść.
 Ale gdybyś był chrześcijaninem tylko w jednym procencie, to najważniejsza jest odpowiedź na pytanie: Rośnie ten procent w tobie, czy maleje? Stajesz się coraz bardziej Chrystusowy, czy coraz mniej? Ogarnia cię światło, czy wchodzisz w mrok?
 

I choć jesteśmy czasem wątpiący jak Tomasz, tchórzliwi jak Piotr… Choć od tylu lat słuchamy Jego nauk, a wciąż, jak Jego uczniowie, nie całkiem pojmujemy, o co Mu chodzi, to przecież do Niego wracamy jak oni, wyznając: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego.
 I choć nie dorastamy do tego, czego Jezus wymaga w swojej Ewangelii, upadamy i błądzimy, to przecież w głębi duszy jesteśmy przekonani, że tylko On jest naszym Mistrzem.
 I choć mamy tylu opiekunów, nauczycieli i przyjaciół, to przecież Jezus wszedł w nasze życie jak nikt inny na świecie. Tyle razy towarzyszyliśmy Mu w Jego narodzinach. Tyle razy uczestniczyliśmy w Jego męce, ukrzyżowaniu, zmartwychwstaniu. Tyle razy nawrócił nas z drogi, gdyśmy odchodzili od Niego do Emaus. Tyle razy otwierał nam Pisma. Tyle razy objawiał się nam przy łamaniu Chleba.
 

Stałeś się już mędrcem Bożym? A przynajmniej dorastasz do tej godności? Bo jak długo chcesz uczyć się? Jak długo jeszcze chcesz czerpać z tego, co ci powiedzą, co ci pokażą, co wyczytasz – żyć cudzym życiem? Bóg stworzył cię jako indywiduum jedyne, niepowtarzalne. Wreszcie musisz zacząć chodzić na własnych nogach, dorabiać się własnej mądrości. Znaleźć swój kamień filozoficzny, znaleźć swój klucz do tej rzeczywistości, w której dano ci żyć.
 

Aniś ty jeszcze pszenica, aniś ty jeszcze kąkol. Aniś ty biały, ani czarny. Ani cię Bóg nie zasiał, ani szatan. Ale jesteś ciastem, w którym tkwi zaczyn Boży. Rok po roku, miesiąc po miesiącu, dzień po dniu coraz bardziej zakwaszasz się Nim, jednoczysz się z Bogiem. Przez twoją miłość, bezinteresowność, przez twoją codzienną pracę wtapiasz się w otoczenie, w społeczność, do której należysz. Służysz ludziom, stając się jak brat, jak siostra, jak matka, jak ojciec. Na końcu świata zabiorą cię Aniołowie Boży i zaniosą do spichrza Bożego.
 Albo nie zakwasisz się. Nie dopuścisz miłości w swoje życie. Nie podniesiesz głowy znad siebie. Pozostaniesz zakalcem, obcym dla swojego otoczenia, nieprzyjaznym. Będziesz strzegł swojego stanu posiadania, pozostaniesz twardy na każdą ludzką biedę, nieszczęście, smutek – niewrażliwy na wszystko, co nie jest tobą. Na końcu świata zbiorą cię Aniołowie Boży jak kąkol i spalą w ogniu nieugaszonym.
 

Tacy jesteśmy niechlujni, niedopracowani, tak niedomyci, niedoczesani, tak wszystko na ostatnią chwilę. Tak mowa nasza jest byle jaka, połykane litery, zniekształcane wyrazy, zdania niegramatyczne, niewykończone, słownictwo zaśmiecone. Tak ruchy, gesty nasze są nieskoordynowane, nasze zachowanie w towarzystwie domowników, jak i gości, niekontrolowane. Całe postępowanie nasze przesycone jest lenistwem, ogarnięte brakiem koncentracji, czekaniem na ważne sprawy. Wciąż mamy przekonanie, że do większych rzeczy jesteśmy stworzeni, a to wszystko, cała nasza codzienność, jest nieważne.
 Nie rozumiesz, że do wielkich rzeczy musisz dorosnąć przez ostrość widzenia, solidność w wykonywaniu swoich obowiązków. I trzeba wciąż sobie deptać po piętach, wypominać potknięcia, przejęzyczenia, kontrolować to, co już zostało powiedziane, zrobione. Czekać na uwagi krytyczne, być wdzięcznym za nie, wysłuchiwać oceny tych, co się na tobie znają, nie dawać sobie spokoju, bez końca doskonalić, wciąż stawiać sobie nowe zadania, wymogi, podnosić poprzeczkę, nie zadowalać się tym, co zostało zakończone, nie delektować się osiągnięciami, ale krytykować, widzieć niedociągnięcia, nawet gdy wszyscy chwalą. I tak do końca. Aż nawet nie zauważysz, żeś stworzył wielkie dzieła – żeś stworzył wielkie dzieło, które się życiem nazywa.
 

Dlaczego się modlisz, pracujesz, spieszysz się, pomagasz, uśmiechasz się, mówisz miłe słowa, przynosisz kwiatki? Dlaczego?
 Z miłości? Z poczucia obowiązku? Z chęci pomocy drugiemu człowiekowi? A może chcesz go kupić, sprzedać, oszukać, omamić, może chcesz coś zarobić, może boisz się stracić?
 Wciąż pytaj siebie, co jest motywem twojego postępowania. Kontroluj się bez przerwy. By nie było w tobie zdrady. Aby uśmiech był uśmiechem, czyn – czynem, praca – pracą, pomoc – pomocą, dar – darem.
 

Dawaj to, co masz, czym jesteś. Dawaj przedmioty, ale nade wszystko dawaj siebie, swoją opiekę, swoją pomoc, swoje współczucie. Dawaj póki czas, póki masz co dawać, póki masz rzeczy, póki masz siły, póki stać cię na serdeczną troskę, na współczucie, na śmiech i radość.
 Dawaj swoją pomoc, dawaj siebie samego, póki jeszcze cię trochę jest.
 

Co robisz, żeby było lepiej w twoim domu, w kręgu twoich najbliższych, w miejscu twojej pracy zawodowej?
 Miarą twojego człowieczeństwa jest wielkość twojej troski o drugiego człowieka. Czym większe to twoje staranie, zaangażowanie w ludzkie sprawy – tym większy jesteś sam.
 Dochodzisz do dna swojego człowieczeństwa, gdy mówisz: Mnie nic nie obchodzi. Niech inni – jak chcą – głowy sobie urywają.
 

Apostołem być. Najpierw trzeba się prawdą Chrystusa tak bardzo zachwycić. Ale już zaraz trzeba się prawdą życia tak bardzo przestraszyć – tym, co się dzieje na świecie, tym, jak ludzie żyją.
 Apostołem być. Trzeba się przekonać, że jedynym ratunkiem dla świata współczesnego, dla dorosłych, dzieci i młodzieży, dla narodów i państw – jest Chrystus.
 

Być misjonarzem – jechać w dalekie kraje, tam, gdzie szerokie oceany, strzępiaste pióropusze palm, tam, gdzie długie łańcuchy gór i wielkie stepy, do ludzi brązowych, czarnych, żółtych…
 Co to znaczy być misjonarzem? Czy tylko opowiadać o tym, że Jezus w Betlejem się narodził i w Nazarecie wychował, że na Golgocie umarł i po trzech dniach zmartwychwstał? I kropić święconą wodą, żegnać krzyżem świętym, odprawiać Mszę świętą i udzielać sakramentów? „Po tym poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jedni ku drugim”. To trzeba nieść ludziom. Wszystko inne wraz ze Mszą świętą i sakramentami ma pomóc, aby TO się w nas stało.
 Misjonarzem być. Przy okienku na poczcie, w urzędzie, w sklepie, w tramwaju, na ulicy, w swoim zakładzie pracy, dla sąsiada za ścianą, w swoim domu rodzinnym, dla żony, dla dzieci, dla rodziców, dla rodzeństwa. Być zawsze tam, gdzie dzieje się krzywda. Pomagać tym, którzy są w potrzebie. Misjonarzem być.
 

Gdy w zimie zakwitnie kwiat, to trzeba go ochraniać od złych wiatrów, od ciężkich śniegów, żeby kwitł dalej i owoc wydał.
 Gdy na pustyni wyrośnie palma, to trzeba ją podlewać i podsypywać ziemią, żeby nie uschła i dała początek oazie.
 Gdy w deszczu uda się zapalić mokre patyki złożone na ognisko, to trzeba zrobić wszystko, żeby płomyk, który się zatlił, wybuchnął w wielki ogień i ogarnął wszystkie mokre drewna.
 Cieszyć się należy z każdego dobra, które pojawi się w człowieku złym, w społeczeństwie zmęczonym i zniechęconym. Ale nie radością obserwatora, który przygląda się, co z tego wyniknie, tylko twórczą, wspomagającą, współpracującą, ażeby to, co się dobrze zaczęło, nie rozpełzło się przez naszą obojętność, lekkomyślność, głupotę.
 

O czym marzysz: na dziś, na jutro, na za rok, za dziesięć lat? Co jest marzeniem twojego życia? O czym marzysz, do czego dążysz, co chcesz osiągnąć? Co sobie wyznaczyłeś, zaplanowałeś, wytyczyłeś? O czym marzysz?
 Czy wiesz, że marzenia się spełniają? Częściej niż się ludziom – niż się tobie zdaje. Bo nawet nie zauważasz, jak podporządkowują sobie wszystkie szczegółowe decyzje, etapy, cele. Trzeba więc mieć marzenia, one uskrzydlą życie, ale dbaj, by były najwyższej próby, by reprezentowały najwyższe ambicje człowiecze. Tylko niech ci się nie wymkną spod kontroli, niech cię nie sprowadzą na manowce, niech się nie ześlizną na doraźne sukcesy. Byś kiedyś, po ich ziszczeniu – na końcu twojej drogi czy nawet w jej połowie – nie powiedział sobie: zmarnowałem życie.


 

strona: ...[2]  [3]  [4]  [5]  [6]  ...