Biblioteka
ŻYCIE JEZUSA W ROKU LITURGICZNYM
strona 1


ZWIASTOWANIE    

     Szła szybko, choć ciążył Jej nieznośnie tobołek na plecach. Bolały Ją nogi. Słońce stało już wysoko. Pot spływał utartymi ścieżkami po Jej twarzy i po szyi. Nie była przyzwyczajona do takich długich marszów. Na szczęście to ostatni dzień.
     Miała być w domu przed porą deszczową. Z pewnością rodzice wtedy Jej się spodziewali. Ale jakieś tam sprawy ludzi zatrzymały Ją w świątyni aż do tego czasu.
     Chciała wszystko załatwić do końca, bo nie wiedziała, czy tam jeszcze kiedyś powróci. Zdecydowała się towarzyszyć swoim rodzicom w ich starości. Towarzyszyć im aż do śmierci. Jak długo ta starość trwać będzie - oby jak najdłużej. Potem co zrobi ze sobą, tego nie planowała. Co Bóg da: tak, jak Jej Bóg dalszy los sam wyznaczy. Ruszyła w drogę przed paroma dniami. I był to dla Niej czas jakiegoś podsumowania dotychczasowego życia. Czas samotności i ciszy.
     Na drodze rzadko tylko natrafiała na ludzi. Nie zwracano na Nią uwagi: na biedną, wędrującą samotnie dziewczynę z węzełkiem na plecach. Mogła trwać w swojej niezamąconej ciszy. Dopiero teraz. Kiedyś, przed laty, gdy szła na służbę do świątyni, wyobrażała sobie, że tam znajdzie ostoję ciszy i spokoju. To było jedno z Jej rozczarowań. Życie w świątyni było wirem i to wirem rozkręcającym się coraz bardziej w miarę upływu lat. Wir ludzi, spraw, problemów. Dojrzewała do samodzielności szybciej, niżby tego nawet chciała. Myślała, że w świątyni znajdzie atmosferę modlitwy, skupienia. A tylko Bóg Ją uchronił od tego, że nie uległa zgorszeniu. To, na co patrzyła, określała nieraz słowem "szaleństwo". Czasem przypominało straszliwy czy śmieszny cyrk. Rozgrywki ideologiczne pomiędzy faryzeuszami a saduceuszami. Walka o władzę pomiędzy faryzeuszami i kapłanami. Walka o władze pomiędzy najwyższym kapłanem a sanhedrynem. W tych walkach posługiwanie się wszelkimi metodami, łącznie z szukaniem pomocy u Rzymian - co już dla przeciętnego Żyda było nie do pojęcia.
     Nie, nie chciała do tego wracać. Podniosła głowę do góry. Głęboki błękit nieba, rozciągające się jak okiem sięgnąć przestrzenie pagórkowate, pokryte ostrą, stepową trawą, na nich rozrzucone kępy krzaków i drzew. Słońce stało wysoko, ale na szczęście wiał suchy wiatr.
     Przypomniała się Jej rozmowa z faryzeuszem, która tkwiła w Jej pamięci jak bolesny cierń. Tak. Faryzeusze. Faryzeusze pozostają zwycięzcami na placu boju - przynajmniej dla szerokich mas narodu wybranego - faryzeusze ze swoim Talmudem. W nim wszystko jest wyraźnie określone, przepisane, wyliczone, ma swoje paragrafy, punkty i podpunkty. Nawet gdy chodzi o takie szczegóły jak mycie rąk po powrocie do domu, jak obmywanie kubków i garnków, nie mówiąc już o sposobie zachowania się w czasie szabatu, gdzie przepisy są już bardzo drobiazgowe, łącznie z wyznaczeniem ilości kroków, które w szabat wolno uczynić. Kompletne wariactwo. Owszem, są różnice pomiędzy nauką poszczególnych rabbi, ale one nie wykraczają poza detale tak drobne, że aż śmieszne. Właśnie - albo w to uwierzyć, albo wyśmiać. A wtedy w co uwierzyć? Jak żyć? Jaka inna możliwość? Czy saduceusze, którzy cynicznie twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, nie istnieje nieśmiertelność dusz ani Opatrzność Boża i równie cynicznie współpracują z okupantem rzymskim.
     Znowu się szarpnęła. Nie chcę wracać do tamtego świata. Nie. Chcę wreszcie pić ze źródła, spać na trawie, zrywać owoce z drzewa, a nawet powspinać się po drzewach, bawić się z dziećmi, opowiadać im bajki na dobranoc, odwiedzać stare ciotki i starych wujków, palić ogniska i śpiewać, ile tylko siły w gardle. I śmiać się pełnym głosem, ażby się echo niosło. Czy jeszcze mnie będzie na to stać? Czy jeszcze tak potrafię żyć? Poczuła się stara. Za dużo widziałam. Za dużo przeżyłam.
     Wstrząsnęła się na wspomnienie swoich pierwszych lat tam spędzonych. To były dni - całe okresy - grozy i męki. Przyszła służyć Bogu, a co zastała - to była rzeźnia. Początkowo mdlała albo prawie mdlała na widok zabijanych wołów, baranów, gołębi. W czasie jakiegokolwiek ze świat to nie były pojedyncze sztuki, ale setki i tysiące. A to, co się działo w czasie Świąt Paschy, było czymś nierzeczywistym. Później już jakoś przywykła. Ale do końca unikała ołtarza ofiarnego. Ale do końca nie znosiła dymu, który śmierdział tłuszczem zwierzęcym i palonym mięsem. Gdyby tylko to. Ale wszystko inne. A to wdzieranie się na teren świątyni targowiska. Za zezwoleniem cichym kapłanów, zresztą przepłacanych przez handlarzy. Wprowadziły się stada baranów, wołów, gołębi. Trwała wymiana pieniędzy na kramach bankierów.
     Najbardziej kochała proroków. Zwłaszcza Jeremiasza i Izajasza. Ale nie tylko. Miała swoje ulubione teksty, którymi żyła, które pozwalały Jej żyć. Teksty, które były treścią Jej modlitw i rozmyślań. Choćby zdanie Ozeasza: "Miłosierdzia chcę, nie ofiary". Albo Izajasz: "Ten lud czci mnie wargami, ale sercem swym daleko jest ode mnie. Ale czci mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi". I znowu Izajasz: "Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów. Lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców". Ale to były Jej skarby odkryte prawie przypadkowo, które zachwycały swym pięknem i głębią. Przez faryzeuszy były zapomniane, a nawet wręcz świadomie odsuwane. Była przekonana, że gdyby ktoś chciał tak uczyć albo postępować, byłby przez nich potępiony.
     Z zamyślenia wyrwał Ją tętent koni. Za chwilę wyłonił się zza wzgórza oddział konny. Rzymianie. W hełmach przyozdobionych grzywami, w półpancerzach, z nagimi rękami, z mieczami u pasa i dzidami. Oddział karny - pomyślała. Znała ich obyczaje. Na czoło nasunęła głęboko pled przykrywający Jej głowę. Chustę ochraniającą Jej twarz podciągnęła też prawie do wysokości oczu. Zeszła z drogi. Wciąż szła, nie spostrzegając ich na pozór. Zbliżyli się. Słyszała ich głośne rozmowy, pochrapywanie koni, tętent kopyt grzmiał Jej w uszach. Przejeżdżali tuż obok. Jeden z nich pokazał na Nią ręką i coś powiedział. Najbliżsi wybuchnęli śmiechem. Ale nie zatrzymali się. Został po nich tylko obłok kurzu i ostry zapach końskiego potu. Odetchnęła.
     Jak oni są znienawidzeni przez naród, przez wszystkich po kolei, do szpiku kości: przez faryzeuszów i kapłanów, nazarejczyków i saduceuszów, choć ci ostatni tak chętnie się nimi posługują, a wreszcie przez cały lud.
     Przyłapała się na tym, że prowadzi prawie dialog wewnętrzny z samą sobą. Ale te wspomnienia wzburzyły Ją. Gdy wychodziła z Jerozolimy, już za murami miasta, na wzgórzu Golgota wisiał na krzyżu człowiek. Jeszcze żył. Tylko raz spojrzała w jego kierunku. Ale ten widok miała jeszcze do tej chwili pod powiekami. Rozciągnięte ręce i nogi przybite do drzewa. Straszna twarz. Usta otwarte, łapiące powietrze. I oczy. Oczy szeroko otwarte. Przerażone. Okropne. I roje much. Uciekła przestraszona. Tak jak i uciekali inni przechodnie, oprócz paru gapiów i dwóch żołnierzy rzymskich, którzy stali pod krzyżem na straży.
     Biedny nasz naród - westchnęła. Dyszy zemstą. Chęcią odwetu. Za wszystkie krzywdy. Za krzyżowanie bohaterów, którzy podrywali się do powstań. Za wszystkie upokorzenia. Choćby za spisy świętego ludu. I czeka na wyzwolenie spod tego jarzma, które od rana do wieczora ugniata mu kark. Mesjasz. Aż zwolniła kroku z przejęcia. Niechby już przyszedł. Boże, daj Go wreszcie naszemu udręczonemu narodowi, Niechby stanął na czele narodu. Zestrzelił w sobie wszystkie jego pragnienia. Zjednoczył go. Daj Mu, Boże, mądrość Salomona, siłę Samsona, pobożność Dawida. Daj nam Mesjasza. Wyczekiwanie całego narodu. Przez wszystkich. Od dziecka do starca. Jedyne to jest światło w ciemności, która zaległa w narodzie. Daj, niech zbawi nasz lud. Prawdą. Nauką. Powiedzeniem do końca, kim Ty jesteś, czego od nas chcesz. Jak mamy żyć. Daj nam Mesjasza. Wyczekiwanie całego narodu. Utęsknienie. Daj nam Go, proszę.
     Modliła się gorąco o przyjście Mesjasza od lat. Wierzyła, że Bóg wysłucha Jej próśb. Że wysłucha próśb zanoszonych przez cały udręczony naród. W świątyni klękała albo siadywała najchętniej przed zasłoną dzielącą Święte Świętych od reszty świątyni i modliła się, by Bóg się zmiłował i zesłał Mesjasza, jak zsyła rosę na wyschniętą ziemię, jak daje księżyc ciemnej nocy.
     W miarę jak płynęły godziny i dni Jej wędrowania do Nazaretu, to, co się w Niej kotłowało i burzyło do bólu serca, do bólu głowy, to wszystko uspokajało się. Cisza, która wisiała nad polami, i przestrzeń, niebo otwarte, za którym tęskniła tkwiąc w świątyni, jakby nadały gnębiącym Ją sprawom inny wymiar. Jakby zaczęła inaczej patrzeć - z mądrością starca, z pobłażliwością filozofa, z dobrocią matki. Uciszała się. Upodabniała się do świata przyrody, w który wchodziła: świata wspaniałego, bogatego, pięknego, wiecznego i dlatego wyrozumiałego.
     Bo właściwie ja jestem dziewczyna z Nazaretu i miasto wcale mi nie odpowiada, a co dopiero świątynia. Niech się tam oni dalej kłócą, zrywają sobie głowy nawzajem, sprzeczają się, czy powinno się płacić podatek cesarzowi, czy też nie i czy w niebie będą się ludzie żenić i za mąż wychodzić. Mnie to naprawdę nic a nic nie obchodzi - mówiła do siebie. - I chyba to naprawdę nie jest wcale ważne.
     No, to już się starzeję, skoro mówię ze sobą. Bo z kim tu mówić, gdy na niebie tylko skowronki, a na ziemi motyle. Tam miała grupę wróbli: dziewcząt i kobiet służących tak jak Ona świątyni, które bardzo chętnie świergotały. Zresztą uważały Ją za milczka. Spośród nich najbardziej przywiązana była do Anny, córki Fanuela z pokolenia Asera, jak ją nazywały: prorokini. Dzieliła je różnica wieku. Anna miała chyba osiemdziesiąt lat. Stanęła Jej przed oczami ich seniorka. Znała jej życiorys dobrze, zresztą ta się z nim nie kryła. Mąż jej umarł po siedmiu latach pożycia małżeńskiego. Jako wdowa zdecydowała się zostać w świątyni. Teraz już nie była w stanie podejmować się żadnych prac. Ale trwała przy świątyni, modląc się i poszcząc. Prorokini. Mówiła, że słyszy głosy, które jej nakazują, zakazują, obwieszczają. Maria nie bardzo wiedziała, jak to być może. Nigdy nie słyszała żadnych głosów. Jeżeli - to światło, jeżeli - to ciszę, jeżeli - to radość, jeżeli - to miłość do Boga, która była i światłem, i ciszą, i pokojem, i radością. Anna była bardzo mądrą i świątobliwą kobietą. Maria miała wobec niej dużo szacunku i sympatii. Skąd ta przyjaźń między Nią a Anną? Maria sama sobie zadawała to pytanie. Chyba stąd, że Annie leżał na sercu los narodu żydowskiego i upatrywała jedyne dla niego zbawienie w Mesjaszu.
     Cieszyła się drogą, którą jeszcze miała przed sobą. I już nie chciała więcej myśleć o świątyni. Chciała o tym wszystkim zapomnieć. Cieszyła się, że zobaczy wnet rodziców i już będzie wreszcie mogła żyć normalnym życiem. Wstawać ze wschodem słońca i kłaść się z kurami. Chodzić po wodę do studni, mleć na żarnach i piec placki w piecu. Już miała dość tych miejskich wygód. Cieszyła się wolnością, wiatrem, zapachem pól, szerokością horyzontów. Podskakiwałaby chętnie, gdyby nie tłumoczek na plecach i obawa, że ktoś Ją może zobaczyć. - Ale kto zobaczy, nikogo nie ma, a Pan Bóg na pewno tylko by się ucieszył.
     Dawno się nie widziała z rodzicami. Przez pierwsze parę lat spotykała ich, gdy przychodzili do Jerozolimy na Święto Paschy. W ostatnich latach już tylko krewni albo przyjaciele przynosili Jej od nich pozdrowienia i jakieś drobne, wzruszające upominki. Tłumaczyli, że chociaż rodzice są zdrowi, to jednak nie są w stanie podjąć tak dalekiej drogi, Pogodziła się z tym. Jednak rokrocznie, kiedy świątynia zapełniała się tłumami ludzi, wyczekiwała ich.
     Dawno się nie widziała z rodzicami. To jedno z większych umartwień, jakie Bogu składała w ofierze. Ale teraz była tak bardzo ich ciekawa. Jak żyją. Jak wyglądają. Jak sobie dają radę.
     Wreszcie ukazał się Jej Nazaret w całej okazałości. Już od paru godzin pojawiał się przed Jej oczami, to znowu znikał szczyt wzgórza nazaretańskiego, wzbudzając wspomnienia. Teraz przystanęła z bijącym sercem. Patrzyła rozradowanymi oczami na swoje rodzinne miasto. Rozłożone wygodnie w szerokiej niecce wspinało się ostatnimi domami na wyrastające nad nim wzgórze. Pomarańczowo-żółta tonacja ziemi i skał przetykana białymi kwadracikami domów i zielonymi plamami ogrodów.
     Dawno tu nie była. Wiele lat minęło od chwili, kiedy jako dziewczynka wyjechała do Jerozolimy. Teraz przypomniały się Jej różne szczegóły. Odszukała poszarpaną kreskę ścieżki zbiegająca na sam dół do źródła, jeszcze dla Niej niewidocznego. Tyle razy schodziła po niej, trzymając się matki za suknię. Tak, a ta ścieżka na prawo, idąca już wzdłuż zbocza, prowadzi właśnie do ich domu. Wciąż go jeszcze nie widziała. Zasłaniał go potężny załom skalny. Z trudem powstrzymywała się, aby nie biegnąć.
     Na drodze pojawili się jacyś ludzie. Ukradkiem spoglądając, próbowała w ich twarzach rozpoznać znajome rysy. Nie poznawała jednak nikogo. Weszła do miasteczka. Przywitała Ją szeroka droga i pierwsze zabudowania. Przed domami, w cieniu palm, siedziały kobiety. Rozmawiały. Niektóre z nich były zajęte jakąś pracą. Spostrzegły Ją: Ją obcą-nieobcą. Gdy się zbliżyła, umilkły. Najchętniej podeszłaby, przywitała się z nimi, przysiadła obok nich i pogadała. Wstrzymała Ją jednak nieśmiałość i pośpiech, by jak najszybciej spotkać się z rodzicami. Przyglądały się ciekawie. Oglądały się za Nią. Czuła na sobie ich pytający wzrok. 
     Weszła na placyk. Po lewej stronie skała i źródło, tak dobrze przechowane w Jej pamięci. Skręciła ku niemu. Ogarnął Ją cień skały i chłód, jaki niosła woda. Tyle razy śnione w snach, opowiadane w opowiadaniach - gdy pytana była o Nazaret, mówiła:
     "Ale najpiękniejszym miejscem w Nazarecie, poza moim domem, jest nasze źródło". Nachyliła się. Czy jest większy cud na świecie niż woda? Nadstawiła obie dłonie pod płynącą strugę. Poczuła jej zimno przenikliwe aż do bólu. Obmyła twarz uważnie, żeby nie rozchlapać tego skarbu, nie sponiewierać go. I piła z ręki, tak jak wtedy, gdy była dzieckiem. Piła i piła bez końca. Aż poczuła, że ktoś stoi za Nią. W pierwszej chwili pomyślała, że to Jej matka. Odwróciła się gwałtownie. Ale nie. Jakaś obca kobieta z dzbanem czekała na swą kolej, uśmiechając się. Maria wyszła z cienia skały. Poczuła się odświeżona i wypoczęta. Zdolna do życia i dalszej drogi. Zgarniała z twarzy krople wody.
     Odnalazła bez trudu "swoją ścieżkę", ścieżkę do swojego domu. Dróżka wiła się pomiędzy zabudowaniami. Wszystko było takie samo, jak wtedy, tylko jak gdyby przybladło, spełzło, zmalało, wcisnęło się w ziemię.
     Ich dom był wysoko położony. Już z daleka zobaczyła ogród. Zaniepokoił Ją. Był zaniedbany. Chwasty rozpleniły się. Dlaczego? Co się stało? Matka tak dbała o ogród. Czyżby była chora? Ale zaniedbania były zastarzałe. Przyspieszyła kroku. Dom coraz bardziej bielał pomiędzy zielonością. Jeszcze kilka kroków. Stanęła przerażona. Okna były założone kamieniami. Wejścia bronił duży, płaski kamień. Przed domem panował nieład. Jakieś porozbijane skorupy, rozrzucona słoma, śmieci. Stała tak chwilę. Z osłupienia przebudził Ją głos kobiety, która niepostrzeżenie wyszła spomiędzy krzaków.
     - To Ty jesteś Maria, córka Joachima i Anny? - mówiła spokojnym, łagodnym głosem.
     - Tak.
     - Rodzice Twoi nie żyją. Spodziewali się, że przyjdziesz przed porą deszczową. Najpierw umarł ojciec, a wkrótce po nim matka. Nie chorowali długo.
     Nic nie odpowiedziała.
     - Zawołam męża, pomożemy Ci odsunąć kamień.
     Stała zdrętwiała, jak rażona piorunem. Oparła się o litościwe jakieś drzewo. Zdawało się Jej, że jeszcze moment, a zapadnie się, rozpłynie, wtopi się w ziemię, zniknie. Skierowała głowę w stronę kobiety, która przyniosła Jej tę straszną wiadomość, żeby szukać u niej jakiegoś wytłumaczenia, wyjaśnienia, pociechy. Ale tam już nie było nikogo. Może to był sen, przemknęło Jej przez myśl. Ale nie. Usłyszane słowa potwierdzała trupia martwota. Jakby chciała przywrócić życie, które stąd odeszło, zbliżyła się do drzwi. Zdjęła z ramion tobołek. Chwyciła mocno kamień tarasujący wejście. Był ciężki. Ale i Ona była silna. Zaparła się nogami, pchnęła całą siłą ramienia. Drgnął. Potem już ostrożnie odtoczyła go trochę. Z wnętrza wionęła na Nią starość i stojące, zbutwiałe powietrze. Weszła. W izbie panował nieład. Kurz pokrywał wszystko grubą warstwą. Sprzęty były niedbale rozsunięte. Na podłodze wszędzie jakieś skorupy i słoma. Patrzyła na to, doszukując się logiczności, ładu, który tu być powinien, który przechowała w swojej pamięci. I poczęła robić porządek, wciąż na wpół przytomna. Znajdowała na ziemi, po kątach, jakieś drobiazgi najdroższe, które pamiętała z dzieciństwa, wywołujące fale obrazów, zdarzeń, słów, które wtedy mówiła, które wtedy słyszała. Do przytomności przywołał Ją głos: 
     - Przyprowadziliśmy Ci kozę i kury Twoich rodziców.
     Rozgdakały się, spacerując po izbie. Kobieta z mężczyzną w milczeniu zdejmowali kamienie z otworów okiennych. W izbie robiło się coraz jaśniej. Maria wciąż porządkowała. Ustawiała sprzęty na właściwym miejscu. Zbierała skorupy. Zamiatała. Pot z kurzem zalepiał Jej oczy, wciskał się do ust.
     Kobieta znowu weszła i położyła na stole owoce, dzbanek z mlekiem i chleb.
     - Czy zostaniesz z nami? - spytała.
     - Czy zostanę z wami? Nie wiem - pytanie sensowne, przecież spadło na Nią nieprzygotowaną.
     Właściwie, po co? Jeżeli rodzice nie żyją, pobyt Jej w Nazarecie traci cel. Przyszła po to, aby pomóc im w ich starości. A wrócić do Jerozolimy? Z pewnością przyjmą Ją z otwartymi ramionami. Właściwie wcale nie chcieli Jej puścić do domu. Tam naprawdę jest dużo pracy. Ale nie ciągnęło Jej do świątyni. Na razie powinnam chyba pozostać w Nazarecie. Chyba jestem przemęczona. A więc na razie tutaj. Tym bardziej, że nie mogę odejść z tego domu jak od czegoś obcego. Porzucić tego, co było budowane przez moich rodziców z taką miłością, trudem i znojem. Przynajmniej trzeba tym jakoś rozporządzić, zadecydować, komuś to oddać, przeznaczyć, albo wydzierżawić. Nie. Ale najpierw powinnam odwiedzić ich grób. Spytała kobietę:
     - Czy możesz mnie zaprowadzić do nich?
     - Chcesz iść na cmentarz? - zdziwiła się.
     - Tak.
     To było niedaleko za miastem. Weszły na miejsce odludne, najwyraźniej nieuczęszczane.
     - Twoja rodzina starała się przygotować Twoim rodzicom najlepszy grób, na jaki ją było stać.
     Kobieta prowadziła Ją pewnie pomiędzy grobowcami. Aż wreszcie przystanęła i wskazując ręką, powiedziała:
     - To tu.
     Maria spojrzała. Duża piwniczka. Solidny kamień zamykający wejście. Starała się sobie uprzytomnić, że to jest miejsce spoczynku Jej rodziców. Usiadła naprzeciw grobu. Zatopiła się w modlitwie.
     - To ja już sobie pójdę. Do domu trafisz - usłyszała głos kobiety.
     Została sama. Było cicho. Czasem tylko tę ciszę przerywał wrzask sępów. Przepraszała rodziców, że Jej tyle czasu z nimi nie było, że nie towarzyszyła im nawet w ostatnich chwilach i przy śmierci. Chciałaby trwać wiecznie z nimi. Prosiła Boga o miłosierdzie nad nimi. O opiekę nad sobą.
     Wróciła do domu uspokojona, żeby się zabrać do dalszego sprzątania. Tylko nie była już sama. Przyszli Jej do pomocy. Rodzina. I ciotki, i kuzynki. Witali się z Nią wszyscy serdecznie. Ale równocześnie witali Ją jako Tę, którą odzyskali na zawsze. Dowiedziała się, że czekali na Nią. A potem słuchała, jak opowiadali Jej o tym wszystkim, co wydarzyło się przez lata Jej nieobecności. Zasypywali Ją wiadomościami. Jakby chcieli nadgonić Jej niewiedzę. Ale słuchała tego wszystkiego jeszcze jak ktoś obcy. Podczas gdy oni Ją uważali już za swoją. Wreszcie kuzynostwo przyszli, aby Ją poprosić na wieczerzę.
     Podczas wieczerzy dowiedziała się jeszcze więcej: że już przygotowywano Jej zamążpójście. Poczuła się nagle zagrożona. Wiedziała, że na tę trudność natrafi. Ale nie spodziewała się, że już, od razu, na samym początku. W świątyni złożyła ślub, że pozostanie dziewicą do śmierci. I chciała tego dotrzymać.
     - Ja nie myślę o zamążpójściu - odparła poważnie.
     Nie zrozumieli, w jakim sensie to powiedziała.
     - Wydaje Ci się, że wciąż jesteś dzieckiem. I na Ciebie przychodzi czas. A chłopców w Nazarecie mamy dość.
     Jak się okazało, nie tylko rodzina potraktowała Jej powrót jako coś naturalnego. Również całe miasteczko, po którym ta wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Zaraz na drugi dzień z rana przyszli do Niej sąsiedzi z prośbą, aby obejrzała ich dziecko. Rozchorowało się i nie wiedzą, co mu jest. Byli pewni, że poradzi. Nie tylko umie opiekować się chorymi. Wszystko umie. Niejedną sprawę ludzie z Nazaretu załatwiali w Jerozolimie za Jej pośrednictwem.
     Wieczorem jakaś kobieta przyniosła len, prosząc Ją, żeby go uprzędła na pieluszki dla dziecka.
     - Moje ręce są twarde. Nie potrafię snuć tak cienkich, delikatnych nitek.
     Każdy następny dzień przynosił nowe biedy ludzkie, choroby, kłopoty. A to ktoś nogę zwichnął. Ktoś inny poranił sierpem rękę. Rodzice przyprowadzali Jej dzieci, aby je zabawiała, gdy musieli wyjść w pole albo do miasta. Odpłacali Jej za usługi czym mogli - dobrym słowem, mąką, serem. Pomagali Jej porządkować ogród, ktoś nawet przyniósł pień z pszczołami. Wieczorami schodziły się do Niej kobiety z dziećmi. Prosiły, aby opowiadała. Więc mówiła im o świątyni, o nabożeństwach, o Panu Bogu. Pismo Święte znała na pamięć całymi partiami. Śpiewała im psalmy. Miała miły, głęboki głos.
     Marzyła o jednym: o krosnach. O takich, jakie miała w Jerozolimie. Rozpytywała się, kto by potrafił je zrobić. Wszyscy jednomyślnie wskazali Józefa, tego z rodu Dawidowego.
     - Ojciec nie, ale on z pewnością potrafi. On wszystko zrobi. Trochę mruk, no bo to z rodu królewskiego, ale przecież biedak. Żyją z pracy rąk. Może go sobie nawet przypominasz. Znasz ich przecież.
     Tak, chyba coś sobie przypominała, ale jak przez mgłę.
     - Może nie pamiętasz Józefa, bo oni mieszkają na drugim końcu miasteczka.
     Poszła. Był wysoki, czarny, silnie zbudowany. Dobrze mówili, że mruk. Patrzył pochmurnie i milczał, i słuchał uważnie.
     - Czy potrafisz?
     Namyślał się, jakby nie dość było poprzedniego milczenia.
     - Spróbuję, ale razem z Tobą. Nigdy tego nie robiłem.
     Długo mu wyjaśniała, pomagając gestami rąk, rysując palcem na piasku.
     Odtąd przychodziła do niego prawie codziennie. Przeważnie pod wieczór. Stawała przy nim i patrzyła, jak pochylony nad warsztatem robił dla Niej krosna. Potem, gdy były już gotowe, składał je w Jej izbie.
     Wreszcie nadeszła radosna chwila, gdy po raz pierwszy zasiadła przy nich do pracy. Ale w działaniu wychodziły usterki, niedociągnięcia. Józef przychodził, aby poprawiać. Potem przychodził, chociaż nie było już koniecznej potrzeby. Patrzył na Jej skupioną twarz, na zręczne ruchy rąk.
     Zachodzili do Niej ojcowie i matki w poszukiwaniu żony dla ich synów. Cóż, była w ich oczach panną na wydaniu. Sprawa zamążpójścia interesowała nie tylko ich, ale - jak to dawali do zrozumienia - również Ją. Wobec tego opowiadali o swoich synach. Wymieniali ich zalety. Niektórzy nie omieszkiwali określać ich wad. Obiecywali, że ich przyślą do Niej, ot, za jakąś sprawą.
     Nie mogła tych spotkań uniknąć. Wobec tego wysłuchiwała cierpliwie, przyjmowała drobne upominki i odwzajemniała się również jakimiś drobiazgami. Wciąż nie wiedziała, jak ta sprawa dalej się potoczy. Ufała bezgranicznie Bogu i gorliwie się modliła.
     Dla Marii rysowało się coraz wyraźniej pytanie: co dalej robić? Albo wrócić do Jerozolimy, albo zostać. Ale wtedy tylko jako mężatka. Najprościej byłoby wrócić. Coraz bardziej jednak czuła, że to nie jest słuszne wyjście. Rozumiała, że w pewnym sensie należy do tej społeczności, że jest jej bardziej potrzebna, stokroć bardziej niż w Jerozolimie. Ale równocześnie zdawała sobie sprawę z trudności: tu obyczaj każe wyjść za mąż. Tam nie byłaby wyjątkiem. Tutaj pozostawanie w panieństwie naruszy prawo zwyczajowe, tym samym odetnie Ją od społeczeństwa. Będzie jakimś zgorszeniem. A przynajmniej kimś nienormalnym. Nie chciała rezygnować z tego ślubu, który kiedyś Bogu złożyła. Nie składała go pochopnie. Dorastała do niego latami. Chciała stać się wyłączną własnością Boga. I chciała tą miłością, która Ją coraz bardziej ogarniała, obdzielać wszystkich. Zwłaszcza tych, którzy miłości potrzebowali. Potem, w miarę upływu czasu, nigdy tego kroku nie żałowała. I nie żałowała go i teraz. I chciała tak pozostać.
     Modliła się gorąco do Boga, prosząc o pomoc, o światło, o wskazanie drogi. Wreszcie Bóg Jej ukazał wyjście: Józef.
     Wiedziała, że pokochał Ją od pierwszej chwili całą siłą prostego serca. Wiedziała, choć jej tego dotąd nigdy nie powiedział. I Ona go pokochała, za jego dobroć, za prostotę, delikatność, mądrość. Wiedziała, że jest bardzo nieśmiały i nie odważy się zrobić pierwszego kroku. Wobec tego sama zdecydowała się to uczynić.
     Przygotowywała się do tej rozmowy długo i uważnie. Układała sobie w głowie każde słowo. Budowała uważnie poszczególne zdania, aby pokrótce powiedzieć mu wszystko. Ale miotały Nią fale niepewności. Co on na to powie. Czy mnie zrozumie. Czy potrafi zrozumieć. Czy mnie nie uzna za nienormalną. Czy nie wyśmieje. Modliła się gorąco. Byle zechciał wysłuchać. Byle zechciał zrozumieć. Żeby się zgodził. Starannie wybrała dzień. Chwilę. Zaczęła:
     - Chciałam ci powiedzieć coś bardzo ważnego.
     Popatrzył na Nią pytająco:
     - Proszę, mów.
     Nie wytrzymała tego wzroku, swojej powagi, którą sobie założyła. Rozpłakała się. Podbiegła do niego, uchwyciła jego ręce i pełna nieśmiałości, obawy i niepewności zaczęła mówić:
     - Kocham cię i chcę być z tobą przez całe życie. Ale jak brat z siostrą, jak siostra z bratem. Ja złożyłam Bogu ślub czystości. I tak chcę zostać. Bo Go kocham nade wszystko i chcę wszystkim ludziom służyć. Rozumiesz mnie? - podniosła na niego oczy.
     - Rozumiem Cię - był poważny i wzruszony.
     - Wiem, że najlepiej, gdybym wróciła do świątyni. Ale myślę, że tu jestem bardziej niż tam potrzebna. A poza tym myślę, że razem moglibyśmy dużo dobrego zrobić dla ludzi. - Przerwała. - Chyba jesteśmy tu potrzebni? - zapytała.
     Spojrzała powtórnie na niego. Po jego twarzy płynęły łzy.
     - Jesteś tu potrzebna.
     - Ale powiedz, zgadzasz się?
     Odpowiedział Jej natychmiast:
     - Tak, zgadzam się. I będzie wszystko tak, jak Ty chcesz, tak jak mówisz.
     Nieprzytomna z radości zaczęła go całować po rękach, mówiąc:
     - Dziękuję, dziękuję ci.
     Potem zaczęło się przygotowywanie do ślubu. Przeżywała ten czas jako jeden z najpiękniejszych okresów Jej życia. Była wdzięczna Bogu za ten dar, jaki otrzymała: za Józefa. Przygotowywała dom na wspólne zamieszkanie. Trzeba było go trochę przerobić, a w ogóle to odremontować, odświeżyć. Trzeba było wymienić stare meble, naprawić te, które się jeszcze nadawały do użytku. Oczywiście, główny ciężar tych prac przejmował Józef.
     Jak zwyczaj nakazywał, Józef prowadził Ją do swoich krewnych, aby przedstawić im przyszłą żonę, tę, która wejdzie w skład rodu. Chodziła z Józefem również do ważnych członków swojej rodziny, aby przedstawiać swojego wybranego. Wszyscy byli jednomyślni, że wybór po jednej jak po drugiej stronie był trafny. Maria z radością stwierdzała, jaką sympatią i szacunkiem otaczany jest Jej Józef: jak doceniają jego pracowitość, jego mądrość. Przy okazji ze zdziwieniem niejakim dowiedziała się, że ich decyzja nie była niespodzianką dla większości członków rodziny, że obserwowali ich bacznie, że od dawna już byli przekonani o miłości Józefa do Niej i zaakceptowali tę decyzję, a nawet bardzo się cieszyli jego wyborem. Słyszała komplementy pod swoim adresem: że pracowita, gospodarna, mądra.
     Wiadomość o ślubie rozniosła się po miasteczku. Chłopcy zazdrościli Józefowi. Kobiety przytakiwały: dobrze wybrała. Wprawdzie biedny, ale przecież z królewskiego rodu.
     Nadszedł dzień zaślubin. Błogosławieństwo rodziców. Modlitwa. Przyrzeczenie wierności, przy którym popłakała się ze wzruszenia. Wieczorem przyjęcie, przy lampionach, w ogrodzie pod palmami, przewidywane dla grona najbliższych osób stało się uroczystością całego miasteczka. Późnym wieczorem zeszła się młodzież na muzykę i tańce.
     Na dobrą sprawę liczyła się z tym i przygotowała się dobrze na tę ewentualność. Napożyczała konwi na wodę, wypełniła je dobrym winem. O pomoc przy pieczeniu jagnięcia i baranów nie musiała prosić. Kuzyni podjęli się tego. To Ona wymyśliła, że przyjęcie będzie pod lampionami rozwieszonymi na drzewach i sznurach. Gdzieś to kiedyś tak widziała. Spodobało Jej się i teraz ten czyjś pomysł wykorzystała. Było wszystko, co trzeba. Muzykanci przygrywali całą noc. Józef rozpromieniony witał przychodzących gości, sadzał przy stołach, pilnował, żeby byli obsłużeni, żeby im nie brakło jadła, wina, bakalii, słodyczy. Były i tańce, i śpiewy. Było tak, jak sobie wymarzyła.
     Zamieszkać mieli pod wspólnym dachem, zgodnie z tym jak obyczaj nakazuje, dopiero za parę miesięcy. Trudniej było Jej znosić ten okres, bo Józef wyjechał na robotę. Niechętnie, ale nie chciał sprzeciwiać się ojcu. Ojciec rozumiał jego rozterkę, ale miał jeden argument nie do odparcia, który mu wyraźnie przedłożył:
     - Ożeniłeś się, będziesz potrzebował pieniędzy. Przyjdą dzieci na świat. Przyjdą nowe wydatki. Musisz być na to przygotowany. No, powiedz sam, nie mam racji?
     Józef przytaknął:
     - Słusznie. Ale...
     - Nie ma żadnego ale. A nie daj Boże jakaś choroba twoja albo Marii. Parę miesięcy przeleci jak z bata strzelił. Wrócisz akurat wtedy, gdy powinieneś z Nią zamieszkać.

     W tym czasie nastąpiło Zwiastowanie. Było wcześnie rano. Maria przed chwilą wstała, ogarnęła się i klękła do modlitwy. Lubiła modlić się, mając przed sobą wschodzące słońce. Wczesne rano to był jedyny czas, kiedy mogła się modlić bez przeszkód. Później sprawy ludzi wypełniały Jej dzień bez reszty. Przymknęła oczy. Skupiła się, jak zawsze, na fakcie obecności Bożej. Powoli spływała na Nią cisza, uspokojenie. Trwała tak w tym bezmiarze pokoju, aż wreszcie sformułowała swoją codzienną prośbę:
     - Daj nam Mesjasza, Boże, daj nam Mesjasza.
     I nagle usłyszała Głos:
     - Bądź pozdrowiona, łaskiś pełna, Pan z Tobą.
     Nie, nie przesłyszała się. Podniosła oczy. Oślepiła Ją łuna światła we wszystkich kolorach tęczy, która zlewała się z kulą słońca wychodzącego zza wzgórza. W tym blasku i w tym głosie, choć cichym, była taka potęga, że Maria zadrżała. Nie z przerażenia, paniki przed czymś, co by Jej zagrażało. Ale ze zdumienia, osłupienia wobec piękna i mocy, która się nagle Jej objawiła. Głos mówił dalej:
     - Nie bój się, Mario, znalazłaś bowiem łaske u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i dasz Mu imię Emanuel. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego.
     Jeszcze nie zdążyła ochłonąć z wrażenia, jakie na Niej wywarło objawienie się Anioła Bożego, gdy teraz spadała na Nią niepojęta zapowiedź. Rozumiała treść tego oświadczenia z dokładnością taką, jak się widzi drobne kamyki na dnie czystego źródła. Przyjdzie Ten, który ma przyjść, wyczekiwanie całego naszego narodu, i ja mam być Jego matką. Zachwyt, który zaczął w Niej wzbierać falą, został zatrzymany całkiem ludzką refleksją, która jak z innego, ziemskiego świata wtargnęła ostrym, zimnym chłodem. Ale przecież ślubowałam Bogu dziewictwo. Głos, jakby odpowiadając na Jej obawy, mówił dalej:
     - Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego zacieni Cię. To Święte, które się z Ciebie narodzi, będzie nazwane Synem Bożym.
     To już przekraczało Jej możliwości pojmowania. Ale równocześnie było dla Niej jasnością blasku słońca, że ma się wydarzyć coś, co nie wydarzyło się nigdy dotąd: że będzie matką Mesjasza za działaniem Boga samego. Poczuła się niegodna tego daru, który się ma stać Jej udziałem. Ale zarazem wybuchła w Niej radość tak ogromna, wdzięczność dla Boga tak wielka, że przewyższyła wszystkie opory. Na miłość Boga chciała odpowiedzieć miłością, na jaką tylko mogła się zdobyć:
     - Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego.
     I wtedy stało się w Niej. Poczuła się tak, jakby się świat zapadł, jakby słońce się w Niej zapaliło. Serce tłukło się w Niej jak oszalałe, aż do utraty tchu. Była zupełnie nieprzytomna ze szczęścia. Zdawało Jej się, że umiera i śmierć połączy Ją na zawsze z Bogiem. Gdy oprzytomniała, wiedziała, że poczęła.
     Później, z perspektywy dni, wydarzenie to mogło się wydać niepojętym snem. I to, co Anioł mówił, i to, co Ona mu odpowiedziała. I to, co się w Niej stało. Dziecię jednak, które nosiła w swym łonie, świadczyło, że to wszystko było rzeczywistością. Tamto szczęście, tamta radość wciąż w Niej trwała.
     Jedno tylko napełniało Marię niepewnością i lękiem: jak to przyjmie Józef. Czy zrozumie. Czy potrafi zrozumieć. Bała się, że może nie uwierzyć, że może poczuć się przez Nią oszukany, zdradzony - że go utraci. A przecież go kochała. Tęskniła za nim. Modliła się. Prosiła Boga, by uchronił Józefa od cierpienia. Płynęły tygodnie, miesiące. I Józef za Nią tęsknił. Po paru miesiącach nie wytrzymał. Wyrwał się z roboty na kilka dni. Obiecywał ojcu, że po powrocie wszystko nadrobi. W domu matka przyjęła go gratulacjami:
     - Pan Bóg pobłogosławił wam.
     Józef nic nie rozumiał:
     Spodziewała się wybuchu radości. Usłyszała wypowiedziane zmienionym głosem:
     - Coś ty powiedziała?
     To nie był głos Józefa. Zwróciła się ku niemu. Stał stężały jak żona Lota, z bladą, kamienną twarzą.
     - Coś ty powiedziała? - powtórzył raz jeszcze i ruszył ku niej.  Uchwycił ją mocno w ramiona. Ujrzała jego oczy wpatrzone w nią. Zdziwione, przerażone, nieprzytomne. Przestraszyła się. Nie poznawała w nim tego spokojnego, opanowanego, dobrego syna, jakiego znała. Zaczęła mówić zdławionym głosem:
     - Nie zdaje mi się. Już po  Niej widać. Zresztą sąsiadki też tak mówią.
     Wypuścił ją z objęć nagle, tak jak ją objął, aż się zachwiała, i wybiegł na dwór.
     - Józefie, co ci - zdążyła za nim zawołać, nie rozumiejąc nic z tego. 
     Ale jego już nie było.
     Nie wierzył. Nie chciał wierzyć. Plotki. Pusta gadanina. Chciał Ją jak najprędzej zobaczyć. Biegł na wpół przytomny. Mówił coś do siebie. Ludzie oglądali się za nim ze zdumieniem. Ale wiedział, że to prawda, że się tylko broni nadaremnie. "A więc zdradziła mnie". To zdanie narastało w nim, ogarniało go coraz bardziej. Doprowadzało do szaleństwa.
     I wtedy Ją zobaczył. Szła pod górę drogą od źródła i niosła dzban na ramieniu. Jeszcze była daleko. Skrył się pomiędzy drzewami. Oparł się ciężko o pień, bo chyba nie utrzymałby się na nogach. Wszystko, co w nim się tak kotłowało, opadło jak spieniona fala. Patrzył, jak szła lekka, zwiewna, trochę przechylona na bok pod ciężarem dzbana. Ogarnęła go ta sama czułość, to samo wzruszenie jak zawsze, gdy na Nią patrzył. Przecież ja Ciebie kocham. I będę Cię kochał, jak długo będę żył. Chciał podejść, przywitać się z Nią. Ale natychmiast z tego zrezygnował. Bał się wyjaśnień. Nie chciał, by musiała mówić, że przeprasza, że Ona kogo innego pokochała, że prosi, aby on to zrozumiał, że życzy mu, aby sobie znalazł kobietę, która go pokocha tak, jak Ona pokochała ojca tego dziecka. Stał tak przez jakąś chwilę, a potem odwrócił się i załamany, z obwisłymi rękami, począł iść w kierunku domu rodzinnego. Nie doszedł, bo i po co. Co będzie mówił matce. Jak będzie się przed nią tłumaczył. Wróci do ojca na robotę.
     Szedł miotany sprzecznymi uczuciami. Przecież mówiła, że chce być dziewicą. Mówiła, że go kocha. Na pewno nie kłamała. Ona nie potrafi kłamać. A więc jak mogła go zdradzić? Zmieniła swoje plany życiowe w tak krótkim czasie. Złamała przysięgę złożoną Bogu z miłości dla człowieka?
     Ojciec zdziwił się, gdy zobaczył Józefa. Dlaczego tak prędko wrócił, przecież mógł zostać jeszcze. Józef na wszelkie pytania odpowiadał wymijająco. Ale ojciec nie chciał na tym poprzestać. Spytał o to, co dla każdego Żyda było najważniejsze:
     - Maria spodziewa się dziecka?
     - Tak.
     Twarz ojca rozjaśniła się. Bardzo Marię kochał.
     - To dlaczego jesteś taki ponury? Czemu chociaż teraz się nie cieszysz? Trzeba się spieszyć z robotą, aby jak najprędzej wrócić do domu i pomóc Marii.
     Józef wyraźnie marudził w pracy. Ojciec stale go popędzał. Nadszedł dzień powrotu. Wieczorem ojciec, licząc pieniądze, powiedział:
     - No, nareszcie będziemy w domu.
     - Ja do domu nie wracam - oświadczył Józef.
     Ojciec osłupiał.
     - A Maria? A dziecko? Co to ma znaczyć?
     Józef milczał. Ojciec zdawał się rozumieć.
     Zerwał się. Podszedł do niego. Hamując gniew, zaczął mówić:
     - Boisz się obowiązków? Mogłeś w takim razie iść na pustynię, a nie żenić się. 
     Oburzenie go ponosiło. Chwycił Józefa za suknię pod szyją.
     - Musisz wrócić.
     Józef potrząsnął spuszczoną głową:
     - Nie wrócę.
     - No to wynoś się ode mnie. Nie chcę cię znać. Bez ciebie wychowam dziecko - huknął mu nad głową.
     Józef wybiegł z domu. Szedł przed siebie, dopóki zmęczenie nie zwaliło go z nóg. Był zdecydowany: nie zamieszka z Marią. Nie może, nie jest w stanie. Niezależnie od wszystkiego. Nie mógłby patrzeć na Nią ani na Jej dziecko. Woli cierpieć w samotności. Pozostanie sam. Położył się pod jakąś kępą krzaków i rozszlochał. Wreszcie znużony usnął. We śnie był Nazaret i ich dom, i Maria. Tłumaczyła mu z radością, że go kocha, ale nade wszystko kocha Boga. Nagle znikła mu z oczu. A on szedł za Nią wciąż gdzieś pod górę. Pod taką wysoką górę jak góra Synaj, na której Mojżesz otrzymał od Boga przykazania. Szedł uparcie, bo był pewien, że Ona tam jest. Nagle ktoś zagrodził mu drogę. To był Anioł. Wyraźnie czekał na niego z posłaniem. I nagle Józef już wiedział wszystko. Wszystko stało się dla niego jasne i proste. Aż dziwił się, że mógł tego wcześniej nie wiedzieć. Nie potrzebował już żadnych słów Anioła. Ale ten, nie zważając na jego rozradowaną twarz, przekazywał uroczyście swoje posłanie:
     - Józefie, synu Dawida, nie bój się przyjąć do siebie Maryi, małżonki twojej. To bowiem, co się w Niej poczęło, pochodzi z Ducha Świętego. Oto Ona porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus.

 

strona: [1]  [2]  [3]  ...